BLOG

Czarna Góra Andrzej Pilipiuk

Gdzie się spotkamy

Z okazji premiery zbioru "Litr ciekłego ołowiu" będzie można zdobyć autograf...

 

21.04, godz. 18:00, Warszawa, Księgarnia Świat Książki, al. Solidarności 119/125, 

22.04, godz. 18:00, Kraków, Księgarnia Pod Globusem, ul. Długa 1

jutro rocznica

Jutro rocznica wybuchu powstanie a getcie warszawskim. Chciałbym aby pan Prezydent składając kwiaty pod pomnikiem wspomniał o prawdziwych bohaterach tamtych walk – tak długo wykreślanych z kart historii żołnierzach i oficerach Żydowskiego Związku Wojskowego.

Chciałbym by miejsce propagandowych wypocin M.Edelmana i H.Krall zajęły na liście lektur wspomnienia ukazujące obiektywnie tragedię getta i przebieg walk. 

Pierwsza recenzja

Zbioru "Litr ciekłego ołowiu"

http://szortal.com/node/9750

PiSowska rewolucja w ZUS!?

Ważne - do poczytania - jeśli to wprowadzą...

http://www.fronda.pl/a/abramowicz-dla-frondy-o-dobrej-zmianie-w-zus,69994.html

o wydawaniu książek

wyimek z dyskusji na weryfikatorium

*

Powiedzmy tak: jeśli mamy do czynienia z redaktorem który w danym wydawnictwie przygotował już do druku np 30-40-50 książek z danego gatunku i on mówi że spieprzyliśmy - to sorry Winnetou - ale koleś zapewne ma rację. 

Jeśli mamy do czynienia z redaktorem który "zna się na tym" bo "przygotował" do druku aż 5 książek a zasadniczo - pracuje tam bo koledzy zakładali "wydawnictwo" i przypomnieli sobie że w podstawówce on był najlepszy "z polaka"... To generalne z tego że on coś mówi niewiele wynika. 

jak redaktor pracował przy harlekinach i dostaje od nas powieść SF to jest fachocem ale w naszym przypadku jego fachowość generalnie na wiele się nie zda... 

czasem trafiamy na takich nawet w dużych wydawnictwach - w ogóle ludzie czasem pracują w zawodach których nigdy nie powinni wykonywać - nie raz takich spotkaliście i nie raz jeszcze spotkacie. Wszędzie. nie tylko w wydawnictwach. Są ludzie dostają robotę bo to wujek kierownika zmiany, bo to kuzyn ważnego urzędasa lokalnej sitwy, bo to oddany członek naszej partii towarzysze... etc.

A czasem jakiś palant zajmuje etat normalnym pracownikom dla tego że u dyrektora zadzwonił telefon z gatunku tych których pan dyrektor nie może zlekceważyć bo kiedyś podpisał kilka głupich papierów które miały być spalone ale dziwnym trafem... (oczywiście jak mamy wujka który obecnie udaje że całe życie był taksówkarzem i postawimy mu flaszkę to może do takiego zadzwonić - wtedy wydanie mamy od ręki).

O czym to ja? a tak: 

historia literatury to cały szereg przykładów ludzi którzy pukali do kilku-kilkunastu wydawców aż się gdzieś dopukali. Czasem zeszło im kilka tygodni - zazwyczaj kilka lat. Czasami było tak że ktoś się dopukał wydali mu książkę i kariera wystrzeliła jak rakieta... (poczytajcie powieść "Martin Eden" Jacka Londona). Zazwyczaj po kilku latach poszukiwań udawało się znaleźć wydawcę i po prostu zaczynał mozolnie budować karierę (mój przypadek). 

ergo: trzeba chodzić po wydawnictwach aż trafimy na fachowca który nas doceni. W okresie zanim nas docenią trzeba siedzieć na tyłku i pisać na zapas...

gonienie zachodu?

Czy było możliwie dogonienie zachodu? Wydaje mi się że tak ale z kilku przyczyn to nie nastąpiło.

*

Zacznijmy od początku: określenie „wzrost PKB” nie znaczy NIC. Jak w Bangladeszu postawią fabrykę trampek to wzrost roczny im skoczy o 5%. Jak Niemcy postawią 50 podobnych fabryk to PKB im wzrośnie o 0,2%. Przed wojną mieli parametr „produkcja przemysłowa”. Także dochód w dolarach per capita niewiele nam mówi – bo żywność mamy nadal o 3/4 tańszą niż w Szwecji. Dolar ma u nas zupełnie inna siłę nabywczą. A jeszcze inna miał w 1985-tym gdy dobra płaca to było 20 dolarów albo po uwolnieniu rynku walutowego w 1990-tym gdy zarobki skoczyły do 150-200 dolarów.

*

Owszem startowaliśmy z bardzo niskiego pułapu. Park maszynowy polskich przedsiębiorstw i zakładów wytwórczych był horrendalnie przestarzały. Ostatnią wielką inwestycją były działania Gierka – w latach 70-ttych masowo wymieniano obrabiarki. Stare szły na złom na ich miejsce instalowano niemieckie, angielskie, francuskie.  

Uściślijmy: na złom szły totalnie wyeksploatowane maszyny carskie, sanacyjne, poniemieckie i dary od przyjaciół z ZSRR – sowieckie z lat 40-tych. Na ich miejsce montowano maszyny zachodnie – ale nie nowe tylko te które odsłużyły w ich fabrykach 5-7-10 lat, zostały uznane za zakumulowane i wymieniano je na nowe. Używane nasze centrale kupowały po cenie złomu.  U nas remontowane albo i nie służyły spokojnie kolejne 20 lat.

W 1990-tym mieliśmy park maszynowy którego główną masę stanowiły maszyny przestarzałe o 30-40 lat w stosunku do zachodnich.  Było trochę nowocześniejszych – ale np. dawne zakłady Majewskiego w Pruszkowie (kredki i ołówki) nadal pracowały na maszynach carskich!!!

*

Co do technologii. Mieliśmy trochę własnych i trochę kupionych przez Gierka. Oczywiście nie sprzedawano mu technologii najnowszych ani najlepszych. To co wytwarzał nasz przemysł doby Gierka i Jaruzela było nowoczesne w porównaniu z wyrobami  sowieckimi i w miarę przyzwoite jak na warunki RWPG. Nasze fiaty 126p. były lepsze od trabantów. Nasza coca-cola (napój o nazwie „Bambo”) była smaczniejsza (tzn. bardziej podobna do oryginału) niż robiona w NRD.

*

Odgryzaliśmy się też na innych polach. Mieliśmy przyzwoitą czekoladę (okresowo na kartki). Nasze tekstylia były obiektem westchnień mieszkańców ZSRR. Ale namioty już wtedy sprowadzaliśmy z Chin… - nasz przemysł nie nadążał. Byliśmy królami tego śmietnika. Robiliśmy rzeczy niezłe – przyzwoite radiomagnetofony, magnetowidy np. seria magnetowidów „Kasprzak” do użytku domowego – niestety powstały tylko serie sygnalne lub prototypowe. W 1987 robiliśmy już komputery szkolne  https://pl.wikipedia.org/wiki/Elwro_800_Junior

*

Ogromna siłą Polski w krajach RWPG było to że JAKO JEDYNI NIE PRZESZLIŚMY KOLEKTYWWIZACJI ROLNICTWA. Wszędzie wokoło były kołchozy. Od NRD po Rumunię. Mieliśmy też „wolne” rzemiosło. Prywaciarzy. Rzecz za granicą nie do pomyślenia – tam fachowcy robili fuchy po godzinach pracy albo w trakcie godzin pracy) u nas były prywatne firmy. Malutkie – ale dużo. Im też przywalono u progu transformacji mordercze podatki. A te które były w rękach towarzyszy z podatków zwolniono. I dano im kredyty które potem umorzono... Ubecja się uwłaszczała przez całe lata 80-te.

*

Zderzenie z gospodarką krajów wolnego świata musiało zdemolować nasz świat. Pytanie tylko o skalę tej demolki. I jak szybko zdołalibyśmy się pozbierać gdyby władza nie waliła nas na odlew maczugą po łbie… Gdyby np. zakłady takie jak Kasprzak czy Elwro dostały np. 10 lat zwolnień podatkowych, zamówienia rządowe i kredyty na rozwój? Bo te największe firmy niszczono celowo zadłużano, sprzedawano elementy majątku etc. Hmm… a gdyby te firmy chapsnął jakiś cholernie ważny ubek albo partyjniak? Swojaka by chyba nie skrzywdzili. Akademickie rozważania…

De facto po 1990-tym otworzyliśmy nasze rynki na produkcję zachodnią i zaczęliśmy forsowną prywatyzację wszystkiego – bez choćby próby restytucji (tzw. reprywatyzacji) mienia zagrabionego przez niemców i  komuchów. Zachodnie wyroby nas zalały. I co więcej przepływ ten był jednostronny – bo niemieckie rynki były chronione cłami zaporowymi i wyśrubowanymi normami które nasze wyroby by zapewne spokojnie spełniły – ale tamci wymagali drogich certyfikatów jakości wystawianych przez swoje laboratoria.

Mówiąc brzydko wydupczyli nas jak chcieli a „nasze” władze zachowały się jak obozowi kapo.

*

Gdyby Europa zachodnia zachowała się fair a nasza władza nie przeszkadzała – mielibyśmy te 10-15% wzrostu rocznie przez dekadę. Weszlibyśmy w niszę ekologiczną Turków i Chińczyków – zalalibyśmy rynek wyrobami ciut gorszymi niż ich – ale za to śmiesznie tanimi. Zalalibyśmy ich rynek naszą żywnością – a polska świnka ze skupu od chłopa, pasiona kartoflami, śrutą i pokrzywą smakuje nieporównywalnie lepiej niż ich pierońsko droga z hodowli ekologicznej…

Po prostu nie dano nam tych 5 minut. Mieliśmy może 20% ich potencjału ale nie dano nam szansy o wykorzystać. Bo nie. Bo mieliśmy być niewolnikami.  Od razu spod ruskiego knuta w szkopskie kajdany… 

Co to jest prawica...

Podczytałem wpisy w księdze gości… Hmm… Kurcze – troch nieprecyzyjnie się wysławiam – a publicystyka polityczna  powinna być właśnie precyzyjna jak ostrze skalpela… Ech. Literatura jest jednak łatwiejsza.

No to jedziemy:

PiS da facto nie jest prawicą – to partia socjalistyczna – czyli lewica – ale „kościółkowa” - odwołująca się do tradycji sanacyjnego PPS, a nie komunistycznych  bandziorów z KPP i KPZU. W obecnej Polsce przywykło się mówić „prawica” na wszystko co jest choć trochę antykomunistyczne…  Tak po prostu zmienia się nasz język… Prawicy zdolnej zdobyć 5% głosów w Polsce nie ma. Podobnie nie udała się próba zbudowania ruchu narodowego.

Czy PiS uratuje Polskę? Wydaje mi się że mają taki szczery zamiar. Tylko że jako niestety – są to sieroty po Marksie zatem będą próbowali kopiować programy przedwojenne, zamiast wprowadzić zwykły kapitalizm. Reindustrializacja, plan Morawieckiego etc. – To wszystko już było w latach 30-tych gdy p. Kwiatkowski budował Centralny Okręg Przemysłowy.

II RP była krajem biednym, targanym wieloma konfliktami. Pod koniec lat 30-tych zaczęła wychodzić na prostą. Minęło 80 lat – inne są czasy, inni luzie, inne oczekiwania i zupełnie inaczej wygląda gospodarka. Mam nadzieję że stratedzy PiS zdają sobie z tego sprawę… Jeśli nie zdają sobie sprawy – no cóż będziemy nadal biedni ale nad głową będą nam łopotać białoczerwone sztandary. Mi się ta wizja podoba bardziej niż bieda bez sztandarów albo bieda po unijnymi…

Z całą pewnością po 8 latach kompletnie tragicznych rządów należało odsunąć PO od władzy i dlatego choć jestem postupeerowskim paleokapitalistą poparłem PiS. Pisałem już dlaczego:

http://pilipiuk.com/index.php/blog/1996-2015-05-06-11-47-16

Zapowiadana hucznie „dobra zmiana” idzie dość kulawo ale wierzę ze przez te 4 lata gdzieś tam uda im się zajść… Może to będzie 8 lat? PiS to zło. Mniejsze zło. Oczywiście fajnie byłoby głosować  na prawdziwą prawicę która wprowadziła by nam kapitalizm – ale takiego ugrupowania po prostu w Polsce nie ma. 

 

ps. jest jeszcze jeden powód dla którego warto było poprzeć PiS - niemcy zarówno otwarcie przez swoje media i polityków oraz skrycie - poprzez ageturę z prawdziwą furią atakują ten rząd... Przez ćwierćwiecze Polska była dla nich dojną krową. Chyba przeraża ich świadomość że ludy kolonialne podnoszą głowę... 

500 tyś

Ło w mordę!

Na liczniku pół miliona odwiedzin ;)

Fajny film

O tym jak żyli ludzie którzy zbudowali okręt Vasa. 

https://www.youtube.com/watch?v=rO2vP47_fME

Zawsze zawodzi człowiek

w wydawnictwach niewielkich - zatrudniających kilku - max kilkunastu pracowników. 
tam jest szef który jest właścicielem lub większościowym udziałowcem spółki, a zarazem naczelnym lub kolesiem który czyta i podejmuje ostateczne decyzje. 

w dużych wydawnictwach jest jak w korporacji. sa gdzieś tam właściciele którzy oczekują zysków, od czasu do czasu zlecają audyt, przychodzi jakiś palant podlicza i stwierdza "debiutanci się nie opłacają - lepiej podkupić doświadczonych autorów konkurencji" albo: "trzeba wprowadzić karty maagnetyczne bo redaktorzy za długo siedzą w kiblu" albo...

Z tym że w takiej duuużej firmie gdzie sa tez duuuuże przychody są ogromne możliwości "skręcenia" kasy - np. wydajemy naszego kolesia i dzielimy z nim kasę z honorariów pod stołem. albo drukujemy bestselery zagraniczne które tłumaczył "nasz" tłumacz. Albo... A okładki może i gówniane ale robi je dla nas zaprzyjaźniony "wybitny" artysta. Obraca się cudzą kasę w przypadku dużych korporacji - anonimową kasę... Za często się nie da - bo ryzyko audytu - ale pokombinować można. 

Zawodzi człowiek. Zawsze. 

Czasem zawodzi właściciel który nie spostrzeże potencjału albo przegapi cały kierunek natarcia. Albo ma jakąś błędną wizję i się jej kurczowo trzyma. Zobaczcie "supervową" - byli monopolistą. Autorów do wykreowania było multum. Maszynopisów mieli zapas - około setki nieprzeczytanych. Wydawnictwo poniekąd jednego autora - trafili w samą dychę z Sapkowskim - ale mogli mieć takich kilku. 

Czasem zawodzi marny redaktor który przegapi obiecujące dzieło, czy obiecującego autora. Było tak bodaj w Pruszyńskim i w Muzie - przegapili Harrego Pottera. 

Czasem zawodzi autor - są tacy ludzie "jednego strzału" przynosi dobrą książkę, ale kolejne są już marne... Albo nie przynosi już żadnej. Są tacy którzy popracują pomarudzą a potem dają dyla do konkurencji. (mnie parę razy próbowano podkupywać... raz proponowano zaliczkę taką że kupiłbym za to samochód - i to nie na giełdzie). 

Czasem zawodzi czytelnik - książka jest fajna - ale z jakiegoś powodu "nie chwyci" - i kompletnie nie wiadomo czemu. Można się domyślać... 

*

Są i tragiczne przypadki losowe - tak sobie dziś wspomniałem Wojtka Świdziniewskiego "Cleritusa" - zmarł nagle w chwili gdy jego pierwsza książka była już w druku...

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/