BLOG

Czarna Góra Andrzej Pilipiuk

O społeczeństwie

W normalnym społeczeństwie mamy ok 10% elity, 80% klasy średniej i 10% marginesu. 

elita żyje oczywiście na innym poziomie - dzieciaki chodzą do dobrych szkół, mają znacznie lepsze przygotowanie do robienia dowolnej kariery. Jeśli poświęcają się nauce to nie muszą się martwić o zarobki - bo ile by nie zarobili na uniwersytecie tak partycypują w dochodach klanu. 

klasa średnia kształci się na poziomie niższym, do tego nie ma dojść w stylu "tata chodził z ministrem do jednej klasy w Eton" - ale ponieważ masą ośmiokrotnie góruje nad elitą generuje wystarczającą ilość wybitnych jednostek by bez trudu rozepchnąć się łokciami na salonach i na uczelniach zapewne stosunek eliciarzy do nuworyszy jest już rzędu 1:1 a byłbym zapomniał - istnieją systemy wychwytu zdolnych dzieciaków i stypendia dla nich. zdobycie posady na uczelni to przepustka do świata elity. Także jeśli chodzi o zarobki. Elita formatuje życie uczelniane narzucając mu rytm, tradycje, sposóob ubierania się, wszystko co tworzy swego rodzaju obrzędowość, do pewnego stopnia poglądy. (przynajmniej tak dawniej było). Czlowiek albo szybko załapał albo wypadał z gry. Problem zaczął się gdy rozpaskudzone dobrobytem inteligencjie synki zaczęły demolować uczelnie w imę przemalowania świata na czerwono...  

Klasa średnia w rozwiniętych krajach zachodu ma auta z salonu, mieszkania i domy, na wakacje lata przeważnie do tanich krajów w rodzaju Hiszpanii gdzie posiada letnie mieszkania w kompleksach. z każdej pensji coś zostaje co da się uciułać. 

w Polsce uczelnie płacą dziadowsko (jednocześnie forsę wywalają na głupoty garściami jak pijany marynarz...), sitwy cementują wszystko, stypendiów dla zdolnych dzieciaków - brak. Stypendia doktoranckie to często kompletna żenada (np 120 zł miesięcznie).

Nasze elity to flora jelitowa paroksyzmem historii wypchnięta na wierzch...

 i do rana by o tym... 

Widziałem zdolnych studentów którzy rzucali archeologię na 3-4 roku albo brali urlopy dziekańskie i już po nich nie wracali. Powód: brak kasy. Zakładam że rodziny by ich wsparły - gdyby miały... Na przełomie rzadów AWS i SLD mało kto miał... 

W Polsce do dziś aby się spokojnie kształcić trzeba mieć albo bogatych rodziców albo bogatego współmałżonka, albo duży spadek lub trafić w lotto. 

Pauperyzacja inteligencji jest w Polsce smutnym faktem. Bez stabilnej klasy średniej i zarobków na poziomie przynajmniej Grecji nie ruszymy z miejsca. Bez rozpierniczenia sitw uczelnianych - też nie.  

Fatalną sytuację może złagodzić odwołanie się do wartości konserwatywnych i rodzinnych. Klan rodzinny robiący zrzutkę ot choćby po stówaku od łba jest w stanie zapewnić środki na kształcenie najmłodszego pokolenia. Czyli wracamy do patriarchatu 

z kuźni

Kawalątek opowiadanka do planowanego na 2018r. 9 tomu przygód Jakuba Wędrowycza...

 

/.../ 

Co jakiś czas Śmierć wyciągała kościstą rękę i pociągała z kubka niewielki łyk grzańca z piszczelówki doprawionej arszenikiem. Ulubiony kruk ponuro krakał w kratce. Szczury piszczały pod podłogą. Błogi nastrój głębokiego relaksu przerwało nagłe pukanie do drzwi. Kubek wyśliznął się spomiędzy paliczków i roztrzaskał o kamienną posadzkę.

-Co jest to cholery!? – zdumiała się Śmierć.

Jak świat światem to ona przychodziła do ludzi, a jej nikt jakoś nigdy nie odwiedzał. Znów zapukano tym razem jakby mocniej.

-Eeee… Proszę wejść! – wykrztusiła.

Zamka nie było, bo i po co? Drzwi otworzyły się z upiornym skrzypnięciem. W progu stanęli dwaj malowniczo obdarci starcy. Niższy miał na sobie waciak i czapkę uszankę. Wyższy odział się nieprawdopodobnie zszargany mundur.

-Dzień dobry – burknął ten mniejszy roztaczając wokół intensywną woń nadtrawionego alkoholu i starych skarpetek. – Czekaliśmy i czekaliśmy, w końcu pomyśleliśmy że sami się pofatygujemy.

-Niech się pani nie przejmuje, każdemu może się  zdarzyć drobne przeoczenie, my w każdym razie nie powiemy nikomu – wyższy uśmiechnął się do Śmierci jakby konfidencjonalnie.

-Ale o co chodzi!? – Kostucha wytrzeszczyła puste oczodoły.

-O wypadek – wyjaśnił Wedrowycz.

-Jaki znów wypadek!?

-O nasz wypadek – uściślił Semen. – Samochodowy… to znaczy kombajnowy raczej. Spaliśmy zachlani na polu i kombajn nas skosił. /.../

Fanom "Oka Jelenia"

Zwiedzanie wnętrza domu hanseatyckiego w Muzeum Hanzeatyckim w Bergen. 

https://www.youtube.com/watch?v=1YfzURX_jMM

Jak ktoś czytał "Drewnianą Twierdzę"...

jak zarobić a się nie narobić...?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta - trzeba zacząć uprawiać gender zawodowo... http://www.wykop.pl/ramka/3032087/na-co-sroda-dostala-milion-to-lepsze-niz-wygrana-w-totka-blog/

O paleniu

Niejaki Piotr Rybak idzie siedzieć. Co nawywijał? Dwa lata temu podczas wiecu przeciw imigrantom spalił kukłę Żyda. Jego linia obrony była w sumie dość logiczna - wedle jego słów nie palił kukły anonimowego Żyda ale wyobrażać miała George Sorosa - jednego ze sponsorów wielkiej wędrówki ludów. Sąd jednak nie uwierzył. Jak ja to widzę? Palenie kukły Żyda - powinno być potraktowane jak wybryk antysemicki i ukarane. Palenie kukieł sorosa, michnika, urbana, hartmana i im podobnych kreatur powinno być dozwolone - choć kroczymy tu już po bardzo cienkim i kruchym lodzie - niezależnie od tego ile zła ci ludzie wyrządzili - rozhuśtanie nastrojów społecznych nie jest dobrym pomysłem. Po prostu to zbyt łatwo może się wymknąć spod kontroli. Swoją drogą w Polsce mamy tradycję wielkanocnego włóczenia i palenia kukły Judasza. Nie jest już powszechna - zanikła na obszarze większej części kraju.

Fragment 2 rok 1999

Gdy dotarliśmy do Sztokholmu, żyła jeszcze Astrid Lindgren. Miała dziewięćdziesiąt dwa lata, ale była szansa siąść na ławce w Vasaparken i zobaczyć choć z daleka, jak idzie na spacer albo do ulubionej biblioteki. Oczywiście żeby to zrobić, musiałbym wiedzieć, gdzie mieszka i którędy chodzi na spacery. Dziś takie rzeczy można ustalić bez większego trudu. Adres Dalagatan 46 jest do wyszukania w trzy minuty. Wtedy net dopiero raczkował i nie wiedziałem nawet, że pisarka mieszka na stałe w tym mieście. Nie wiedziałem o Vimmerby i „czerwonym domu” w Näs, nie wiedziałem, że Bullerbyn istnieje naprawdę.

Raport z północy fragment

Thor Heyerdahl jest obok Nansena i Amundsena najbardziej chyba znanym na świecie Norwegiem. Patrzę z boku i zazdroszczę. Wpadł na wariacki pomysł. Zdołał znaleźć świrów, którzy uwierzyli, że ich poprowadzi. Zdobył fundusze i poparcie władz odległego kraju. Zorganizował ekspedycję kompletnie od czapy. Zdołał przeżyć i nie stracił żadnego z towarzyszy! O wyprawie napisał książkę, która stała się międzynarodowym bestsellerem. Za kolejne wydania w różnych językach dostawał przez lata całe walizki pieniędzy, dzięki czemu mógł bez szukania sponsorów i dotacji realizować wyprawy kolejne, o których też pisał książki. Piękne, twórcze życie... Patrząc jednak dokładniej, widzimy smugę cienia. Pierwsza żona rzuciła go, bo się wkurzyła, że popłynął z kolegami na tratwie do Polinezji, zamiast siedzieć w domu. Z drugą żoną też się rozstał. Dopiero trzecia została przy nim do końca. Wykopaliska, które prowadził, nie potwierdziły żadnej z jego teorii, a po latach badania genetyczne całkowicie je obaliły... Z jego wspaniałych, śmiałych i wizjonerskich teorii nie zostało praktycznie nic, co dałoby się obronić. Przeczytałem „Wyprawę Kon-Tiki”, ale większe wrażenie zrobiły na mnie książki o Wyspie Wielkanocnej. Pożyczyłem z biblioteki „Aku-Aku”, a w skupie makulatury dorwałem „Sztukę Wyspy Wielkanocnej” – piękne albumowe wydanie w języku rosyjskim, pełne fotografi i z jego badań. Z tego, co wiem, książka ta nie była nigdy tłumaczona na język polski. Wyspa Wielkanocna kojarzy nam się z moai – gigantycznymi posągami „długouchych”. W książce „Aku-Aku” Th or Heyerdahl opisuje swoje przygody podczas podróży i pobytu na tym spłachetku ziemi. Używając wdzięku osobistego, atrakcyjnych towarów i wykorzystując zabobony tubylców, pozyskał niezłą kolekcję starych i bardzo starych małych rzeźb. Czyta się to bardzo nieprzyjemnie. Norweg, by wycyganić od tubylców pamiątki, cwaniaczył w mocno żenujący sposób. Z drugiej strony – gdyby nie jego zainteresowanie, część tych przedmiotów po prostu by przepadła.

A może by tak...

Na wojnie istnieje coś co nazywa się „inicjatywa strategiczna”. Biega o to by nie czekać, nie odpowiadać na ataki wroga ale samemu atakować, nie dawać przeciwnikowi chwili wytchnienia, nieustannie zmuszać go do zmieniania planów. Polska polityka zagraniczna to próba przetrwania w okopach zmasowanego ataku artyleryjskiego. Atakowani jesteśmy zaś nieustannie i ze wszystkich stron. Niestety ostrzał zadaje nam wymierne straty. Z rzadka odpowiadamy pojedynczymi strzałami… A może pora przewartościować cale podejście do zagadnienia? Może zamiast ignorowania zaczepek, obrony i nieśmiałych kontrataków przejąć całą inicjatywę? Uderzyć w zachód dziesiątkami not dyplomatycznych, rezolucji, uchwał naszego parlamentu? Potępić burzenie kościołów we Francji. Dopierniczyć się do cenzury w niemieckich mediach. Zasugerować Niemcom że mogliby w ramach relokacji zabrać do siebie część Czeczeńców którzy dostali azyl w Polsce. Napiętnować Szwecję za czystki etniczne i sterylizację Lapończyków w latach 70-tych. Wezwać Riksdag do wypłaty odszkodowań żyjącym jeszcze ofiarom. Na forum europarlamentu zaatakować Belgię za ludobójstwo w Kongo. Rzucić eurodeputowanym prosto w twarz projekty delegalizacji wszystkich organizacji odwołujących się do marksizmu. Zażądać zakazu uboju koszernego i halal na terenie całej UE. Walić jak cepem żeby musieli się bronić. Nie dawać im nawet minuty wytchnienia – a na wszelkie protesty reagować zarzutami o faszyzm. Aż się od nas odp…ą raz na zawsze.

O profilowaniu

Jak to jest? Programy komputerowe mogą w kilkanaście – kilkadziesiąt sekund przeczesać całą sieć szukając słów kluczowych w dowolnych językach. Wyszukiwarki są w stanie „ukrywać” informacje – przed tymi którzy ich szukają. Samym pozycjonowaniem treści niewygodne daje się wypchnąć gdzieś na całkowity margines skutecznie utrudniając ich odnalezienie. Zdjęcia niewygodne - np fotki z ekshumacji w Jedwabnem, czy zdjęcia z islamskich zamieszek w Goeteborgu - potrafią zniknąć całkowicie, raz na zawsze.   

Jednocześnie internet przypomina dziki zachód w najgorszych latach. W kilka minut można znaleźć najobrzydliwsze odmiany pornografii. Bez trudu znajdzie się informacje pozwalające wyprodukować w warunkach domowych materiały wybuchowe czy narkotyki. Samobójca który chce ze sobą skończyć też może liczyć na „życzliwą” pomoc. Piractwo kwitnie. Do tego bezkarnie grasują w sieci fabryki trolli. Ktoś co i rusz wpuszcza rozmaite wirusy. Ogólnoświatowa nagonka na pedofili nie przeszkadza im zakładać stron oraz umieszczać najobrzydliwszych zdjęć i filmów. dostep do tego typu materiałów jest z reguły płatny - zate gdzieś istnieją konta bankowe należące do mafii. Nawet jeśli znajdują się w rajach podatkowych tanskcje takie można zablokwać  Wiele przestępczych procederów w sieci dało by się ukrócić a nawet w wielu przypadkach zidentyfikować ofiary i ukarać sprawców.

Nie da się ocenzurować i kontrolować netu? Wolne żarty. Da się. Czemu zatem się tego nie robi? Ktoś chce zostawić wentyl bezpieczeństwa? Tylko po co wentyl bezpieczeństwa gdy mówimy o działaniach stricte kryminalnych, a nawet zbrodniach? Do tego każdy serwer musi się gdzieś fizycznie znajdować, da się ustalić gdzie stoi, kto jest jego właścicielem etc. Tego też się nie robi.

W takich chwilach człowiek zaczyna się zastanawiać nad tym czy ciche przyzwolenie na cały ten syf nie jest elementem większego planu demoralizacji lub profilowania społeczeństwa…  

Jednolita cena? Khm...

Wraca pomysł ustawowego zamrożenia ceny okładkowej ksiązek. O co chodzi? Teoretycznie o ochronę małych księgarni. Posłowie wymyślili że zablokują w ten sposób marketom i księgarniom sieciowym możliwość sprzedawania bestselerów z bardzo niską marżą - po cenach na jakie nie mogą sobie pozwolić małe księgarnie...

https://www.msn.com/pl-pl/finanse/gospodarka/jednolita-cena-ksi%c4%85%c5%bcki-za-i-przeciw/ar-BBEStk5?ocid=spartandhp

Jak ja to widzę:

Po pierwsze - jest już de facto za późno - rządy tuska i jego przydupasów spowodowały w branży księgarsiej pożar stepu. Z ok 800 księgrani w roku 2007 obudziliśmy się po 8 latach PO-muny z 400 księgarniami. Odbudowa branży potrwa lata. 

Po drugie - kięgarnie zabiły 3 czynniki 

-ZUS - księgarz prowadząc działaność gospodarczą musi odprowadzić ponad 1200 zł miesięcznie. Oznacza to konieczność sprzedaży kilkuset książek by  zaspokoć tylko to roszczenie nienasyconego molocha... To bandyckiej stawce ZUS "zawdzięczamy" śmierć wszystkich nieomal księgarni na prowincji. (oraz rzemiosła i kilku innych branż...)

-Czynsz - tylko ok. 10% księgarni posiada własny lokal - cała reszta wynajmuje. na pocz. lat 90-tych podczas prywatyzacji nie zezwalano na wykup lokali - "prywatyzowali" je różni "towarzysze" - dziś księgarnia musi bulić od metra kwadratowego stawkę identyczną jak lombard, sklep monopolowy czy lumpex. To wymordowało księgarnie "tworzące klimat" - ulokowane w centrach miast, na starówkach etc. W Krakowie przy rynku były 4 księgarnie. Nie ma już ani jednej!

-VAT na książki - czyli zbrodnia a polskiej kulturze - zresztą popełniona przez wnuka folksdojcza. Wprowadzenie tego podatku w 2011-tym roku znacząco spowolniło przepływy gotówki, zwiększyło koszta księgowe, oraz podniosło cenę książek powyżej pewnej granicy psychologcznej. Vat wprowadzono w chwili narastającego kryzysu co spotęgowało poziom znszczeń. Efektem był drastyczny spadek sprzedaży sięgający 30-35%   DO DZIŚ NIE UDAŁO SIĘ ODBUDOWAĆ NAKŁADÓW. Minęło 6 lat a nadal nie zasypaliśmy tej wyrwy. 

Gdyby władza na poważnie myślała o rozwoju czytelnictwa należy:

-szeroko udostępnić zbędne lokale miejskie na potrzeby tworzenia księgarni, z gwarancją możliwie niskiego czynszu i z możliwością wykupu w przyszłości.

-objąć księgarzy preferencyjną składką ZUS. oraz na 5-10 lat zwolnić z konieczości płacenia podatku CIT lub dać duże ulgi prorozwojowe. 

-znieść podatek vat na książki i zagwarantować ustawowo że to dziadostwo NIGDY nie wróci. 

Reszty dokona rynek.  5-10 lat i bedziemy mieli normalną sieć księgarską - jak w normalnych krajach,

 

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/