BLOG

Czarna Góra Andrzej Pilipiuk

Ciekawostka

Prototypowy rewolwer z czasów gdy jeszcze nie wymyślili że najlepsze są 6-cio strzałowe.

http://www.horstheld.com/0-30-shot.htm

Przyznam że myśłałem o podobnej konstrukcji mając lat naście. 

Zagadka epoki

Przy okazji porządków znalazłem książkę P.Kurtha „Anastazja”. Wydano ją na pocz. lat 90-tych, jeszcze przed badaniami genetycznymi które wykazały jednoznacznie że Anna Anderson – kobieta podająca się za najmłodszą córkę cara Mikołaja II – Anastazję była w rzeczywistości Franciszką Szanckowską – polską robotnicą spod Gdańska.

                Zagadka „Anastazji” nurtowała kilka pokoleń. Kobieta nie ułatwiała rozwikłania zagadki. Rozumiała język rosyjski czasem wymykały jej się pojedyncze zdania – ale odmawiała mówienia w tym języku „po tym co nam zrobili”. Znała też angielski i gorzej francuski (analogicznie jak dzieci cara). Mówiła dobrze po niemiecku. Znając jej prawdziwą tożsamość możemy też uznać za pewnik że znała polski – co starannie ukrywała.

                Ludzi którzy się z nią zetknęli zaskakiwała jej perfekcyjna znajomość szczegółów życia carskiej rodziny. Rozpoznawała dziesiątki osób które znała prawdziwa wielka księżna. Miała też paskudne blizny, m.in. od pchnięć bagnetem które uprawdopodabniały jej wersję.

                Zastanawiałem się nad tymi paradoksami i nagle błysnęło mi rozwiązanie. Ta kobieta była agentką CzK, potem OGPU. Znajomość jeżyków i zasób informacji które posiadała wskazują że przygotowano ją do odegrania roli Anastazji. Po co? Wdaje mi się że chodziło o przejęcie aktywów carskiej rodziny zdeponowanych przed rewolucją w Bank od England… Operacja się nie powiodła i Szanckowska przestała być potrzebna. OGPU po prostu ją porzuciło, zostawiło swojemu losowi. A ona? Zakosztowawszy życia na wysokiej stopie grała konsekwentnie wyuczoną komedię aż do końca życia.

O nierówności ocen...

                Żydzi podczas wojny kilkakrotnie chwytali za broń. Doszło do kilku zbrojnych powstań w gettach – najsłynniejsze (i niestety najbardziej zakłamane) jest oczywiście powstanie w getcie warszawskim. Doszło do szaleńczych powstań w obozach zagłady - co najmniej dwu buntów w Treblince i buntu połączonego z masową ucieczką z Sobiboru. Oba obozy zostały przez powstańców podpalone co na kilka tygodni utrudniło niemcom plany shoah.

                Żydzi chwytający za broń są bohaterami absolutnymi, bez zmazy i skazy. Nieliczni ocaleni otaczani byli czcią nie podlegającą weryfikacji. Mogli nawet podle łżeć jak Edelman – nadal pozostawali autorytetami moralnymi i intelektualnymi. Powstania w gettach pozbawione były jakiegokolwiek sensu militarnego. Wygrać nie mogli. Czy choć trochę przedłużyli życie? Trudno ocenić, raczej tylko przyspieszyli swoją śmierć i zagładę gett. Tylko nieliczni uczestnicy zdołali się wyrwać poza mury i druty.

                Nikt nie zastanawia się nad sensem tej walki. To nie podlega ocenie. Podkreśla się na każdym kroku bohaterstwo Żydów, wolę walki, przemożne pragnienie wolności i wyrównania rachunków z niemcami.

                To bardzo ładnie że ci ludzie doczekali się uhonorowania. Kłopot widzę w potwornym dysonansie, ogromnej niewspółmierności ocen ludzi często z jednego rocznika. Dla masy publicystów powstanie w getcie to bohaterski zryw bohaterów pożądających wolności i godności a powstanie warszawskie jest bezsensownym narażaniem ludności cywilnej.

                Społeczeństwo polskie i AK jest surowo piętnowane że nie udzieliło masowego wsparcia ŻOB (wspierało owszem ale bojowników z ŻZW), a jednocześnie brak wsparcia dla powstania warszawskiego ze strony Rosji i aliantów jest czymś niemal oczywistym – nad tym przechodzi się do porządku dziennego. Powstańcy z getta walczyli do bohaterskiego końca – do powstańców warszawskich kierowane są połajanki że nie poddali się po 3-4 dniach. Mordechaj Anielewicz bohatersko popełnił samobójstwo, podczas gdy dowódców powstania warszawskiego „należałoby osądzić”.

                Choć daleki jestem od antysemityzmu ten rozdźwięk ocen budzi moją głęboką niechęć.

IMG 1303

Sprany i zetlały kawałek szmatki - numer obozowy - pamiątka po Cioci - uczestniczce Powstania...

a jakby ktoś...

...chciał się pośmiać to tu jest hłe hłe "polemika"

http://liberalis.pl/2008/03/27/igor-belczewski-infoanarchizm-to-marksizm/

zacytuję najgłupszy kawałek:

Jak zatem można sprawić by pisarze etc. byli w stanie na siebie zarobić? Można chociażby wprowadzić system umów. Gdy konsument kupuje książkę, podpisuje z wydawcą umowę, że nie będzie jej kopiował, odczytywał publicznie etc. etc. Można również wydawać książkę jak gazetę, nie od razu w całości, i umieszczać w niej reklamy. 

Infoanarchizm to marksizm

wrzucam mój tekst z roku bodaj 2005-tego

***

Aberracja

Środowiska wolnościowców opierają się na zasadzie, że granice wolności jednostki kończą się tam gdzie zaczynają się granice praw i wolności innej jednostki. Z rosnącym niepokojem obserwuję, więc jak do naszego domu zakradły się szczury, które w samym mateczniku myśli kapitalistycznej rozsiewają niebezpieczny bakcyl socjalistycznej lumperki.

W moim KOMENTARZU do WYWIADU z jednym z czołowych polskich infoanarchistów rzuciłem wprost argument, iż infoanarchizm to odmiana „starego dobrego” marksizmu. W odpowiedzi zamiast argumentów posypały się na mnie inwektywy. Widząc, że dyskusja wspina się na coraz wyższe wyżyny idiotyzmu postanowiłem niniejszym przedstawić moje stanowisko.

I


Jakie są podstawy marksizmu wdrażane przez jego rozmaitych pogrobowców? Ustrój oparty na „kapitale” charakteryzuje się trzema najważniejszymi cechami: zanikiem lub ograniczeniem własności prywatnej, brakiem powiązania między wartością pracy a wysokością zarobków, oraz szerokim dopuszczeniem do władzy lumpów. (Dla celów tego wywodu pomijam oczywistości w rodzaju likwidacji rodziny, religii i świadomości przynależności etnicznej). Postulaty wrogów własności intelektualnej są identyczne: pragną dokonać zamachu na moją własność, wymyślają teorie wedle, których mój byt będzie uniezależniony od wyników mojej pracy, program swój kierują zaś tradycyjnie - do lumpów.

Kto najłatwiej zakwestionuje prawa własności drugiego człowieka? Lump. Człowiek, który z racji swojego lenistwa, nałogu lub patologicznej niezaradności życiowej sam własności nie posiada, ale pożąda rzeczy bliźniego swego. Do kogo najlepiej trafia program głoszący wolność kopiowania filmów, gier komputerowych, muzyki czy książek? Do lumpów. Do nastolatków, którym nie chce się na płytę czy grę zapracować, do dorosłych, którzy uważają, że lepiej dany towar ukraść a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na inne przyjemności.

Do kogo trafiał socjalizm implantowany Polakom przez władzę sowiecką? Kto zasilał szeregi PPR, UB, ORMO etc? Czym i jak wynagradzano tych ludzi? Kto zajmował umeblowane mieszkania konfiskowane burżujom? Kto chodził potem w ich futrach? Analogie są oczywiste. Klientami i zapleczem infoanarchistów jest ta sama, co u marksistów grupa społeczna: złodzieje, lenie, kombinatorzy i cwaniaczki. Czyli ogólnie rzecz biorąc lumpy.

II


Daleki jestem od uznawania pracy za wartość samą w sobie. Ważniejsze są jej efekty. To za te efekty wynagradza się pracownika. Górnik kopiąc wydobywa węgiel – tworzy wartość materialną. Węgiel możemy wziąć do ręki, poczuć jego ciężar. Pisarz, muzyk czy reżyser tworzą wartość intelektualną. Od niedawna efekty ich pracy zapisuje się głównie w postaci cyfrowej. Panienka spod latarni pracując zmienia jedynie równowagę biochemiczną w mózgu klienta (i to na krótko). Wszyscy wykonują jakąś pracę i choć jej efekt zaliczymy do trzech różnych „stanów skupienia” są za nią wynagradzani. Przeważnie wartość tej pracy określa rynek.

Dlaczego więc ni z tego ni z owego ktoś postuluje by jedną z tych grup odciąć od efektów finansowych jej pracy? I dlaczego w pierwszej kolejności odcięci mają być właśnie artyści? Czemu nie panienka spod latarni, której pracy po kilku godzinach nie da się już wykryć żadną aparaturą? Czemu nie górnik, z którego węgla niebawem zostanie tylko dwutlenek węgla? Jeśli ktoś się krzywi, że pisarz zarabia wielokrotnie niech zaproponuje panience by świadczyła usługi za darmo. Wszak jej „narzędzie pracy” też przynosi zyski latami. Niech zaproponuje górnikowi by kopał za darmo – ostatecznie cała jego praca to tylko trochę wysiłku fizycznego.

Napisanie książki to pomijając proces wymyślenia pięćset tysięcy uderzeń w klawisze komputera. Tyle trzeba wtopić wysiłku, aby uzyskać efekt w postacie 300 stronicowej książeczki. Jej skopiowanie to kilka, kliknięć myszką. I to właśnie boli. Pracę polegającą na uderzeniu pół miliona razy palcami w klawisze byle lump jest w stanie zniweczyć w ciągu 10 sekund. Napisanie książki to minimum 250 godzin poświęconych na samo wklepywanie. Redakcja, korekta, przygotowanie do druku to kolejne 250 godzin. A jeszcze trzeba wymyślić… A jeszcze trzeba umieć napisać… Uporządkowanie pięciuset tysięcy znaków w słowa i zdania dla infoanarchistów najwyraźniej nie jest pracą godną wynagrodzenia.

Zapytam przewrotnie a ile książek napisali polscy infoanarchiści? A może mają jakieś inne dokonania, które mogą nam zaprezentować?

III


Niektórzy pseudowolnościowcy znowu przywołują czysto socjalistyczne pomysły. Twierdzą, że artysta powinien pracować dla sztuki a nie dla pieniędzy. Jest to oczywiście chora bzdura. Artysta (pomijam tu rozmaitych hochsztaplerów od sztuki nowoczesnej) wkłada w swoją działalność pracę. Najpierw koncepcyjną, potem fizyczną. Wreszcie tworzy jakiś wyrób artystyczny. Jeśli wyrób jest dobry to się go sprzedaje (nie ważne czy na rynku czy mecenasowi, który daną rzecz zamówił) i zabiera się do tworzenia kolejnego dzieła. Co sprawi oderwanie artysty od efektów finansowych jego działalności? Cóż z czegoś trzeba żyć, więc artysta poszuka sobie pracy pozaartystycznej. W efekcie kolejne dzieła nie powstaną, a lista utworów do skopiowania nagle okaże się rozpaczliwie krótka.

Nie jest to czcza spekulacja. Weźmy taki przykład prosto z życia. W latach 1990-2001 rynek polskiej literatury fantastycznej opanowało jedno wydawnictwo. Płaciło kiepsko (za to dużo mówiło się tam autorom o „misji” i artyzmie). Polskiej fantastyki wydawano w porywach do 8 książek rocznie. Bywały lata, kiedy nie wręczano nagród w kategorii powieść – nie było, komu ani za co. Potem na ten rynek nagle weszły dwa nowe prężnie działające wydawnictwa, które na dzień dobry zaoferowały stawki 3-4 razy wyższe. W efekcie od pięciu lat mamy niezwykły i bezprecedensowy rozkwit tej literatury. Rocznie ukazuje i po 30 książek. Wzrosła objętość, skoczyły nakłady, poprawiła się dystrybucja. Kupa ludzi, którzy wcześniej pisali tylko w wolnych chwilach lub nie pisali wcale bo musieli pracować w innych zawodach zabrała się do roboty. Najlepsi w ogóle przeszli na zawodowstwo – żyją tylko i wyłącznie z pisania. Przykład ludzi, którzy w pocie czoła dorabiają się pisząc książki podziałał elektryzująco. Coraz więcej młodych próbuje zmierzyć się z oporem słów. Sensowne wynagrodzenie za pracę uruchomiło uśpione talenty.

IV


W ciągu ostatnich 25 lat ludzkość przeszła daleką drogę. Pojawiły się i upowszechniły komputery osobiste, potem także internet. Logiczne iż dotychczas obowiązujące systemy prawne musiały przejść ewolucję obejmując nowe zjawiska i nowe problemy związane z postępem technicznym. W roku 1850 nie było zakazu jazdy przy czerwonym świetle bo nie było samochodów. W roku 1980-tym kradzież własności intelektualnej mogła polegać co najwyżej na skopiowaniu taśmy perforowanej, bo ksero było zbyt drogie i zbyt dobrze pilnowane przez smutnych panów by kopiować w ten sposób książki. Postęp techniczny po prostu drastycznie zwiększył możliwości nadużyć.

Niektórzy pseudowolnościowcy próbują się usprawiedliwiać i zagłuszać głos sumienia twierdząc że człowiek, którego efekty pracy zostaną nielegalnie skopiowane nie ponosi żadnej szkody. Jest to oczywista aberracja – dowód na to jak bardzo marksizm i lumperka przeżarła ludziom mózgi. Straty oczywiście są. I to gigantyczne.

Wyobraźmy sobie sytuację: wyspecjalizowany gang zakrada się nocą do fabryki, uruchamia linię produkcyjną wytwarza partię wyrobów identycznych z oryginalnymi, po czym znika. Następnie rzuca je na rynek dużo taniej lub rozdaje za darmo. Sytuacja z kopiowaniem pliku jest analogiczna. Ktoś produkuje wyrób identyczny z oryginalnym a następnie oferuje go dużo taniej (no cóż w przeciwieństwie do wytwórcy nie ponosi żadnych kosztów) lub zgoła darmo. Na rynku konkurują, zatem wyroby legalne i nielegalne – z tym że te ostatnie oferowane są po cenach dumpingowych. To powoduje że sprzedaż legalnych wyrobów przestaje być opłacalna. To pociąga za sobą plajtę i co ważniejsze zanik produkcji czegokolwiek. Do obliczania wielkości strat koncerny i wydawnictwa mają obecnie algorytmy analizujące dynamikę sprzedaży – straty można więc w przybliżeniu oszacować.

W moim przypadku dysponuję wycinkowymi liczbami. Około miesiąca po premierze jednej z moich powieści namierzono w sieci stronę oferującą ją w postaci elektronicznej. Co raczej niespotykane miała ona licznik pobrań. Wynikało z niego niezbicie iż tylko z tego miejsca rozeszło się więcej kopii niż ilość sprzedanych egzemplarzy papierowych.

V


Infoanarchiści bredzą coś na temat innych niż sprzedaż sposobów zarabiania na własności intelektualnej. Oczywiście jest to kolejna porcja banialuk i samookłamywania się. Z książkami już próbowano. Przed kilku laty Stephen King umieszczał w internecie swoją powieść w odcinkach. Każdy chętny mógł je sobie ściągnąć. W zamian należało uiścić niewysoką opłatę. Pisarz zadeklarował, że kolejne odcinki będą zamieszczane, jeśli minimum ¾ ściągających zapłaci.

Niestety amerykanie – ludzie żyjący od dziecka w dużo lepszym ustroju niż nasz, zarabiający średnio siedmiokrotnie lepiej niż Polacy uznali, że mogą na tym zaoszczędzić i projekt upadł. Podobnie zdechł w Polsce projekt sprzedawania powieści w odcinkach za pomocą SMS-ów.
Kinematografia nigeryjska zderzyła się z problemem piractwa video. Skala tego zjawiska była tak ogromna, że wytwórnie filmowe zdecydowały się na znalezienie alternatywnych sposobów zarabiania na filmach. Rozwinięto usługi typu product-pleacement.

Wytwórca dajmy na to papierosów dawał kilka tysięcy dolarów, aby bohaterowie przez kilka minut dajmy na to mordowali się „przypadkiem” koło podświetlonej reklamy używki. Dochody z tego źródła pozwalają od biedy kręcić kolejne filmy. Ale kinematografia nigeryjska nie jest w stanie wyjść poza granice swego kraju. Nie stać ich na podniesienie poziomu technicznego, nie stać na efekty specjalne czy choćby ciekawe plenery. Wegetują zjadani przez infoanarchistów. Wprawdzie mówi się, że Polacy są sto lat w tyle za murzynami, ale jakoś nie mam ochoty patrzeć jak stajemy się drugą Nigerią (i to bez złota, ropy i diamentów).

(a tak na marginesie – starsi czytelnicy pamiętają zapewne masową plajtę kin na początku lat 90-tych spowodowaną głównie piractwem video).

Dodawanie reklam do książek też już wypróbowano w USA i szybko zarzucono.

Te przykłady pokazują, że alternatywne źródła finansowania działalności artystycznej to (przynajmniej na razie) kompletna mrzonka. Pomysły typu: ktoś czyta za darmo po czym wspomaga dobrowolnym datkiem ulubionego autora to niestety także fantastyka. Pamiętam jak zaledwie kilka dni po śmierci Tomasza Pacyńskiego jacyś „infoanarchiści” sprzedawali(!) na allergo Jego książki w postaci elektronicznej - zeskanowane przez OCR. Jeśli zabrakło im przyzwoitości do tego stopnia że w biały dzień podcinali ostatnie skromne źródło dochodu wdowy po pisarzu to kto uszanuje żywego?

O oczywistej dewiacji, jaką jest finansowanie artystów przez państwo nawet nie wspomnę.

VI


Argument o tym, że bezpłatny dostęp do dóbr kultury jest motorem rozwoju kulturalnego można zbić niezwykle łatwo. Starczy spojrzeć na Kazachstan. Kraj ten nie podpisał żadnych umów o ochronie własności intelektualnej. W efekcie gdyby twierdzenia infoanarchistów były prawdziwe powinien promieniować własną kulturą i sztuką inspirowaną najlepszymi światowymi dziełami, a jego mieszkańcy mając nieograniczony dostęp do skarbów naszej cywilizacji powinni wspiąć się na szczyty wyrafinowania. Tymczasem prawdziwy Kazachstan sądząc po zdjęciach nie odbiega specjalnie od tego co ukazano w filmidle „Borat…”.

Nie mam specjalnie nic przeciwko temu by ktoś oferował swoje książki, obrazy, filmy czy muzykę za darmo przez internet. Jeśli go na to stać, jeśli ma taką fantazję, jeśli sztuka jest dla niego ważniejsza niż forsa niech robi, co zechce. Mnie nie stać by rozdawać darmo efekty mojej ciężkiej orki. Poza tym uważam, że rozdawnictwo demoralizuje.

VII


Problem kolejny – prawa patentowe. Grupa pseudowolnościowców głosi publicznie pogląd, że patenty to straszliwe zło hamujące postęp światowej cywilizacji. Czy tak jest na prawdę?

Związek radziecki był krajem iście infoanarchistycznym. Jego władze nigdy nie podpisały umów o międzynarodowej ochronie patentowej. W efekcie powinien powstać raj na ziemi, kraina niezwykłego postępu „gdzie dzień dzisiejszy jest już jutrem”. Tymczasem za sąsiada mieliśmy państwo, które potwornie toporne wyroby mogło sprzedawać tylko w swoich koloniach sztucznie utrzymywanych na bardzo niskim poziomie rozwoju.

W końcu XVIII wieku zbudowano maszynę parową. Ochrona patentowa wówczas nie istniała. James Watt udoskonalił urządzenie, żyjący na Syberii Połskunów błyskawicznie splagiatował konstrukcję. I co było dalej? Nic. Przez dobre osiemdziesiąt lat postęp stał w miejscu. Maszyny parowe podczepiano, do czego tylko się dało, lokomotywy zrobiły się większe silniejsze i szybsze – ale na dobrą sprawę nie następował rozwój. Jeśli potrzebowano mocniejszej maszyny dawano jej większy kocioł, jeśli chodziło o zwiększenie szybkości mocniej sprężano parę i tyle. Zasada konstrukcji pozostawała taka sama, energii z paliwa pozyskiwano tyle samo. To dziecko nie rosło – a jedynie tyło.

Wyobraźmy sobie teraz, że Watt ma możliwość opatentowania swojego urządzenia. Co ulega zmianie? Ma monopol. Część zysków z jego eksploatacji przeznacza na projekty badawcze, – ale jako monopolista nie czuje na karku oddechu pogoni. Maszyny parowe rozwijają się więc wolno. Co robią inni? Muszą ominąć „zator na drodze” zatem budują silnik spalinowy albo elektryczny – na całe dziesięciolecia wcześniej niż w naszym strumieniu czasu. Watt widząc realne zagrożenie inwestuje część swojej miliardowej fortuny by ich wyprzedzić i dajmy na to znajduje człowieka który robi mu coś lepszego niż silnik spalinowy…

Konkurencja wymusza Postęp. Maszyna parowa była wyrobem bardzo dobrym. Masowy dostęp do maszyn parowych, brak ograniczeń w ich produkcji sprawił że dobry wyrób znalazł szerokie zastosowanie w gospodarce. Sprawił też że na dobre osiem dekad zaprzestano poszukiwań lepszych rozwiązań.

I jeszcze jeden przykładzik. AK-47 Automat Kałasznikowa. Bardzo udana konstrukcja wymyślona w latach czterdziestych od 1947 roku weszła do produkcji. Wyrób z uwagi na kraj powstania nie był chroniony patentami. Skutkiem tego „kałasze” robiono w kilkunastu krajach świata. Były proste w produkcji, obsłudze, w miarę niezawodne. Robi się je nadal. Przez 60 lat ich konstrukcja nie zmieniła się specjalnie. Zastosowano trochę inne stopy, pokombinowano z kolbą, ale nadal jest to ten sam karabinek. Dzisiejszy żołnierz na poligonie używa takiej samej broni co jego dziadek odbywający służbę w latach 50-tych, czy ojciec służący w latach 70-tych. Można powiedzieć wręcz o tradycji. Ale gdzie podział się postęp?

VIII


Co jest najgorsze w infoanarchizmie? Demoralizacja.

Po pierwsze jest to budowanie „zaplecza ideologicznego” dla zwykłej kradzieży, bzdurne szukanie usprawiedliwienia na lumpów. Próba prymitywnego obejścia przykazania „nie kradnij”.

Po drugie infoanarchizm tworzy grupę ludzi nastawionych roszczeniowo – przekonanych, że coś im się należy, że mają do czegoś prawo związane z samym faktem ich istnienia. Wyznawca infoanarchizmu przekonany o swoim prawie do kopiowania nie różni się specjalnie od chłopa z czasów reformy rolnej uważającego, że ziemia dziedzica po prostu mu się należy.

Po trzecie infoanarchizm nawet w swej łagodnej formie zakładającej istnienie zgody twórcy opiera się na rozdawnictwie. Rozdawnictwo jest demoralizujące. Rozdawnictwo totalne będzie demoralizujące totalnie. Głównym odbiorcą książek i filmów są młodzi, czasem bardzo młodzi ludzie. Wmówienie im że dostęp do dóbr kultury powinien być niezależny od zasobności ich portfela zatrze w ich mózgach związek pomiędzy pracą a posiadaniem dóbr. Idąc dalej: dzieciak oswojony z kradzieżą i kombinowaniem kilka lat później nie będzie miał oporów by kupić od pasera kradzione radio samochodowe.

Po czwarte część infoanarchistów zakłada zgodę twórców. Przypomnę że w XIX wieku istnieli utopijni socjaliści przekonani że jak przyjdzie co, do czego kapitaliści dobrowolnie oddadzą fabryki klasie robotniczej. Po pewnym czasie „przyszło, co, do czego” i naraz okazało się jak ta dobrowolność wygląda w praktyce.

O skutkach wdrażania utopii i liczbie ofiar można poczytać w „czarnej księdze komunizmu”. Socjalistów w XIX wieku nikt nie brał na poważnie. Za 30 lat na gruzach UE infoanarchiści i kierowane przez nich bandy lumpów mogą z kałaszami w ręku polować na ostatnich zwolenników istnienia własności intelektualnej.

Mała furtka, niewielka szczelina w murze prawa i tradycji poszerza się błyskawicznie. Kto nie wierzy nich zobaczy w jakim tempie Europę przeżera rak poprawności politycznej. Jak szaleje ideologia poraborcyjna i proeutanazyjna. Ideologia atrakcyjna dla lumpów może okazać się siłą straszliwą.

***


Powtórzę raz jeszcze na koniec. Infoanarchizm jest niebezpieczną postmarksistowską dewiacją, bijącą w prawa własności stanowiące podstawę kapitalizmu. Własność jest gwarantem wolności. Infoanarchiści kwestionują prawa własności. Tym samym jak komunistyczni aparatczycy chcą realizować swoją wolność kosztem ograniczania własności i wolności innych. Zdumiewa mnie głęboko i niepokoi fakt jak niewielu to dostrzega.

Zdumiewa mnie i niepokoi fakt, że ich pseudoargumenty prezentowane na „wolnościowych” stronach www i na łamach „Najwyższego Czasu” nie doczekały się jak dotąd żadnej ostrzejszej reakcji, ani choćby poważnej polemiki. Niczym fanatycy poprawności politycznej bezrefleksyjnie tolerujemy (właściwie akceptujemy) wśród nas ludzi nawołujących wprost do obalenia naszych zasad. Już to pokazuje jak głęboko lumposocjalistyczne myślenie wżarło się w nasze mózgi.

Odpowiadając Pilastrowi.

1) nie jestem jakimś szczególnym entuzjastą PiS. Singapuru nam tu nie stworzą - ale jak ma być biednie to niech bedzie chociaż patriotycznie i trochę moherowo. Głosuję na nich bo po pierwsze są opluwani przez ludzi których nie lubię, po drugie za ich rządów było mi dobrze - więc zaryzykuję danie mi kolejnej szansy. Po trzecie jestem elektoratem negatywnym PO więc głosuję tak by tuska zabolało. Po cichu liczę że Jarosław Krwawy w przypływie euforii zrobi obecnym władzom jakąś malowniczą krzywdę... Ale tu się oczywiście przeliczę. Niestety nie jest tak krwiożerczy jak go media malują... No i trzeba wyjaśnić Smoleńsk. 

2) patrząc obiektywnie rządy PO doprowadziły kraj do totalnej ruiny. Nie wiem jakie wskaźniki doganiamy. Tzn. ceny w Krakowie zaczynają sie zbliżać do tych które pamiętam z Berlina ale chyba nie o to chodzi? Powiedzmy tak: mógłbym być nieobiektywny bo żyję z pisania książek - książka to pierwszy artykuł na któym ludzie zaczynają oszczędzać - więc niewielkie spadki koniunktury powodują istne tąpnięcia na rynku. Kłopot w tym że wśród moich znajomych pracujących w rozmaitych zawodach coraz liczniejsza rzesza trafia na bezrobocie lub się tego realnie boi. Znikają księgarnie (padła ok 1/3), znikają kioski. Na prowincji likwiduje się placówki pocztowe i posterunki policji. Zamyka się szkoły (ok 2800 przez 7 lat).  

3) głosowałem na Korwina przez wiele lat - w czasach gdy w oddany głos był już tylko symbolicznym, rytualnym potwierdzeniem że UPR jeszcze istnieje, ktoś o niej słyszał i popiera. Startowałem z list UPR/KNP choć nie było szans na przekroczenie progu licząc że moje nazwisko przyciegnie uwagę paru osób które zaciekawią się dzięki temu programem ugrupowania. Niestety moim zdaniem Korwina bili tak długo aż osiągnęli swój cel -  zwariował i stracił jakiekolwiek poczucie rzeczywistości. Symptomy były widoczne już dekadę temu - dziś niestety polityk ten znajduje się w stanie tragicznym - uniemożliwiającym w moim odczuciu nie tylko kierowanie organizacją ale sprawowanie funkcji publicznych. 

4) Ubolewan nad tym bo naprawdę z przyjemnością poparłybym KNP a nie PiS - zwłaszcza że rysują się realne szanse nie tylko na przekroczenie progu wyborczego ale i zajęcie zauważalnej liczby foteli w Sejmie. Obawiam się jednak np. sojuszu KNP z PO. 

5) datę poprawiłem, dziękję za zwrócenie uwagi. Głupi błąd - myślałem cały czas o niezbędnych pracach na "naszym" cmentarzu i że został rok do rocznicy bitwy.... 

Szpital w ręce swojaka

                Czytam różne komentarze dotyczące sprawy prof. Chazana i łapię się za głowę nad bezdenną głupotą naszego społeczeństwa i tym jak łatwo daje się łapać na prymitywne zagrywki mediów.

                Co wie przeciętny człowiek? Kobieta miała urodzić dziecko bez szans na przeżycie, a wredny ginekolog-sadysta w dodatku kato-talib kazał jej donosić ciążę.

                Moim zdaniem była to od początku ustawka. Moja hipoteza robocza jest następująca: Grupa naszych femi-nazistek spod znaku szczuki, środy, seneszyn i reszty tej lewackiej mętowni potrzebowała mocnego przykładu dla podgrzania sprawy dopuszczalności aborcji. Rozpuszczono wici po ginekologach zainteresowanych powrotem do dawnych czasów legalnych abrocji. Ci czekali na odpowiedni przypadek. To nie mogła być zwykła trisomia (zespół Downa) – potrzebowali czegoś znacznie mocniejszego. Zakładam że czekali nawet wiele miesięcy przepuszczając mniej drastyczne przypadki. Wreszcie trafiła im się odpowiednia osoba – kobieta z poważnymi powikłaniami ciąży, wyznająca odpowiedni zespół antywartości, zdeterminowana do wykonania aborcji, a przy tym na tyle mało kumata by dać się elegancko zrobić w bambuko.

                Kobietę wysłano na konsultacje do człowieka o którym powszechni było wiadomo że jest przeciwnikiem aborcji, sam ich nie dokonuje, nie dopuszcza ich wykonywania w szpitalu którym kieruje i skierowania „na zabieg” gdzie indziej też nie da. Być może sprawę przeciągnięto na tyle by prof. Chazan nie miał wyjścia – nawet gdyby się złamał i dopuścił wykonanie aborcji – byłoby już po terminie kiedy jest dopuszczalna?

                Odmowa ze strony profesora nikogo nie zaskoczyła (może z wyjątkiem kobiety jeśli została wmanewrowana przez cwane feministki i ich kumpla lekarza prowadzącego ciążę). Za to na podorędziu był już sztab fachowców od prania mózgu by wbić jej do głowy że została straszliwie skrzywdzona, grono naszych pseudodziennikarzy by maksymalnie rozdmuchać aferę wedle wcześniej ustalonego scenariusza i oczywiście prawnicy by wydębić dla niej odszkodowanie. (walka z katolikami rozgrywa się też w przestrzeni finansowej). Być może kobiecie obiecano pieniądze wcześniej? Np. na szóste zapłodnienie in vitro – tym razem na zachodzie? Dziennikarze uderzyli wedle otrzymanych instrukcji - uzywając podobnych zbitek pojęciowych. Z przeinaczeń i niedomówień można było wydedukować że kobieta była pacjentką profesora i została nie tylko "spuszczona po schodach" ale odmówiono jej jakiejkolwiek pomocy. 

                Obok rozpalenia emocji społecznych uzyskano doraźne korzyści – pozbyto się nielubianego przez władze kierownika nowoczesnego szpitala, a na jego miejsce w ekspresowym tempie osadzono człowieka znacznie bardziej uległego wobec żądań różnych popaprańców. Być może nowoczesna baza sprzętowa szpitala zachęci nowe kierownictwo do wprowadzenie usług komercyjnych a może z czasem do prywatyzacji placówki?

                „lody będą kręcone w służbie zdrowia” – jak to swego czasu nagrał agent Tomek.

 

ps. Swoja drogą nasi dziennikarze - na codzień czujni jak sępy krążące nad padliną - jakoś dziwnie łukiem omijają matkę dziecka. Zacytowali jej kilka wypowiedzi, ale nie są w stanie "ustalić" czy ma na imię Agnieszka czy Marta. Wiemy o niej jedynie że stać ją na jednego z droższych adwokatów w kraju (chyba że to siostrzyce feministki sponsorują). Musi to być jakaś szycha - co może potwierdzać teorię ustawki. 

O eunuchach w psychiatryku

               Premier Holandii proponuje Putinowi deal – jeśli Rosja przestanie dozbrajać separatystów UE nie nałoży sankcji. Mówiąc po ludzku w imię niemieckich biznesów jest w stanie przełknąć i zamieść pod dywan śmierć 200 obywateli. A myślałem że tylko nami rządzi banda pazernych eunuchów… Smutne. 

*

               Jarosław Grzędowicz napisał kiedyś opowiadanie o tym jak bohater odkrywa że nasza cywilizacja to błędna zdegenerowana rzeczywistość alternatywna. Rafał A. Ziemkiewicz napisał tekst w którym nasz świat okazuje się efektem głupiego eksperymentu szalonego naukowca. Jakub Ćwiek napisał opowiadanie w którym kazuje się że wszyscy już nie żyjemy a otaczająca nas rzeczywistość to już czyściec. Bliżej nie znany mi Marek Nowak już w latah 80-tych napisał powieść "Klinika psychiatryczna" - w której nasza planeta jest zakladem do którego wysyła się chorych umysłowo z całego kosmosu. (uprzednio pierze się im pamięć i zmienia ciała by sądzili że sa ziemianami).

*

            Smutne gdy tak wielu ludzi uważa pospołu że świat nas otaczający jest tak bardzo chory i zły... A jeszcze smutniejsze jest że rzeczywistość co chwila potwierdza tę diagnozę. 

 

Zatrzaskiwane okiennice.

                Powstanie styczniowe upadło z bardzo prostej przyczyny – było zorganizowane i przeprowadzone siłami szlachty i inteligencji (często szlacheckiego pochodzenia). Oczywiście w szeregach powstańczych walczyli dzielnie chłopi, mieszczanie, żydzi i cudzoziemcy lecz ich liczebność nie była w stanie przechylić szali.

                Pozytywiści przyczynę klęski zrozumieli błyskawicznie. Zaczęła się praca u podstaw. Wyjście w lud. Szerzenie idei wolnej Polski. Zakładano pospołu towarzystwa trzeźwości, partie polityczne i kluby sportowe pod przykrywką których szkolono kadry. Wprawdzie Pierwszą Kadrową powitał łomot zatrzaskiwanych okiennic – ale w 1918-tym na prowincji to polscy chłopi kłonicami i widłami gnali precz pruskich okupantów (W Wojsławicach posterunek na stacji kolejowej rozbrojono przy użyciu drewniane atrapy karabinu maszynowego…).

                Dzisiejsza Polska przypomina mi jako żywo tę popowstaniową. Bez bumagi – pozwolenia od urzędasów nic w zasadzie nie wolno. Rządzą jakieś obmierzłe typy wysługujące się carowi. Lojalistów legitymizujących ich władzę jest nadal 25%.

                A obok powstają Kluby Gazety Polskiej, grupy dyskusyjne, serwisy internetowe. Jutro być może rozlegnie się jeszcze łomot zatrzaskiwanych okiennic. Ale co będzie za kilka lat?

Powstanie - kto zawinił?

                Odnośnie Powstania Warszawskiego – publicyści lewicowi wieszają wszystkie psy na dowództwie które decydując się na walkę w mieście doprowadziło do hekatomby ludności cywilnej. Publicyści prawicowi bohatersko zwalczają ich tezy.

                MAM JUŻ TEGO POWYŻEJ USZU – dlaczego nikt nie pisze wprost: winni śmierci cywilnej ludności warszawy są niemcy i tylko niemcy. (niektóre zbrodnie popełnili hiwasi – ale na wyraźne polecenie niemców).

                Po pierwsze: w chwili wybuchu otoczyli miasto kordonem i uniemożliwili ucieczkę mieszkańcom próbującym opuścić teren walk.

                Po drugie: strzelali, podpalali, bombardowali. Mordowali ludzi nawet w powstańczych szpitalach. Popełnili najohydniejsze zbrodnie wojenne, na koniec po kapitulacji miasta nie dotrzymali jej waruków.

                Cywile nie są stroną w konfliktach zbrojnych – tak stanowią konwencje genewska i haska. A całkowitą odpowiedzialność za ich los ponoszą władze okupacyjne.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/