BLOG

k. marks satanistą?
- poniedziałek, 19, maj 2014 22:11
- Andrzej Pilipiuk
ciekawy wpis z Frondy
http://www.fronda.pl/forum/chlopiec-ktoremu-nadano-imie-karol,56473.html
Z netu
- niedziela, 18, maj 2014 19:03
- Andrzej Pilipiuk
30 grudnia 2011, głosami rządzącej na Węgrzech partii Fidesz, Zgromadzenie Narodowe przegłosowało poprawkę do konstytucji uznającą Węgierską Partię Socjalistyczną za organizację przestępczą, ponoszącą pełną odpowiedzialność za zbrodnie reżimu komunistycznego w tym kraju. Konstytucja dodaje, że powinna ponieść odpowiedzialność za eliminację demokratycznej opozycji i eksterminację narodu węgierskiego. Poprawka jest częścią całej serii wniosków, wśród których znalazło się między innymi zrównanie emerytur byłych urzędników Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej biorących udział w pacyfikacji Powstania 1956 roku ze świadczeniami ofiar oraz nowelizacja ustawu karnej, pozwalająca na stawianie zarzutów politykom odpowiedzialnym za zadłużenie kraju. Węgierska komisja parlamentarna uznała, iż to właśnie, lewicowe rządy w latach 2002−2010 ponoszą odpowiedzialność za wzrost zadłużenia z 53% do 82% Produktu Krajowego Brutto
(-wiki-)
Fidesz miał większe jaja niż PiS...
Nie mogę wybaczyć "kaczystom" że nie zdelegalizowali SLD
Czy istnieją "banderowcy"?
- niedziela, 18, maj 2014 12:36
- Andrzej Pilipiuk
Zapominamy o własnej historii. Musimy regularnie czytać albo oglądać o tym filmy by coś się w głowach utrwaliło. W XX wieku dostaliśmy łupnia z kilku stron. W latach 1944-89 podkreślano szczególnie martyrologię której zaznaliśmy ze strony niemców. Pamiętam z dzieciństwa filmy wojenne (często radzieckie ale też i nasze). Pokazywano nam wroga, przypominano. Ba nawet bohaterom filmowym pozwalano by temu wrogowi trochę nadupcyli – Czterej Pancerni i Hans Kloss wygrywali za nas tę przegraną wojnę… Wbijano nam też do głów martyrologię żydowską ale jakby na pół gwizdka.
W latach powiedzmy 1989-2009 zachodził proces wielkiego odkłamywania historii okupacji sowieckiej. Dowiedzieliśmy się co działo się na kresach w latach 1939-41. Potem dowiedzieliśmy się jeszcze o 200 tysiącach ofiar „operacji polskiej NKWD”. Wydano setki wspomnień więźniów łagrów. Przy okazji dowiedzieliśmy się o skali represji powojennych – o ok. 50 tysiącach "wyklętych" wystrzelanych po lasach i zamęczonych w więzieniach. Oczywiście to odkłamywanie nie było pełne – publicyści omijali łukiem problem masowej kolaboracji młodych komunizujących żydów z NKWD oraz powojennej nadreprezentacji Żydów w szeregach UB i KBW (w kierownictwie 78%).
Od mniej więcej dziesięciu lat rozwija się burzliwie proces przypominania o zbrodniach UPA. Proces poniekąd zdrowy i potrzebny – bowiem o krzywdach rodaków pamiętać po prostu trzeba. Ofiary trzeba odnaleźć, ekshumować i godnie pogrzebać. Winnych - jeśli żyją - dopaść i ukarać (choć tym akurat NIKT się nie zajmuje) a ich czyny potępić.
Kłopot w tym że nagle gdzieś tak od jesieni Ukraińcy nagle stali się czarnym ludem a zbrodnie ich przodków nagłośnione mocno przez media nagle całkowicie przykryły pamięć o zbrodniach niemców, ruskich i naszych komuchów. Od wielu miesięcy trwa nieustanne medialne pompowanie tematu zbrodni UPA przy czym pierwsze do tego pompowania zabrały się media dotychczas głoszące potrzebę natychmiastowego i bezwarunkowego pojednania wszystkich ze wszystkimi.
Co się dzieje? To bardzo proste, ba banalne. Tak przez swoją agenturę działa Rosja. Zaczyna od długotrwałego ostrzału propagandowego. Już za czasów ZSRR AK-owców przedstawiano jako wspólników nazizmu. Dysydentów przedstawiano jako alkoholików i degeneratów potem likwidowano – „pijak spadł z mostu i utonął”. Gdy przeciwnik został odpowiednio zohydzony w oczach opinni publicznej następowało uderzenie siłowe. Podobnie dzieje się obecnie.
Polska jest naturalnym liderem Europy środkowo wschodniej. Jest krajem ciężko doświadczonym przez rosyjski i sowiecki imperializm. Jest też krajem znanym z nieuleczalnego idealizmu – wciąż żywej idei walki o „wolność waszą i naszą”. Rozprawa z Ukrainą, zarówno zabór części jej terytorium jak i całkowite zwasalizowanie wymagają od Rosji wcześniejszego zneutralizowania wpływów ukraińskich w Polsce. Wyizolowania Ukrainy i Ukraińców w oczach możliwie dużej części Polaków. Żebyśmy nie wyciągnęli ręki i próbowali sami powstrzymać tych którzy tę rekę do Ukraińców sproboją wyciągnąć.
Obecne utożsamianie Ukraińców z Majdanu z banderowcami to zwycięstwo stalinowskiej (i putinowskiej) propagandy. Prawdziwych upowców już nie ma. Wybito ich w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Nieliczni przeszli przez piekło łagrów i dziś dożywają swoich dni. Pozostała po nich legenda UPA. Legenda przyfastrygowana na potrzeby współczesnego mitu państwowo-twórczego. Wybielona. Przeciętny Ukrainiec o UPA wie tyle że powstała z bronią w ręku przeciw wszystkim, nie poddała się nigdy i nikomu, a ostatni zbrojny odział został rozbity w walce dopiero w 1961 roku. Szczegóły w rodzaju szkolenia kadr OUN przez hitlerowców, udział ukraińskich oddziałów waffen-SS w pacyfikacjach czy inne ciemne sprawki są pomijane, zamiatane pod dywan. Nie pasują do obrazu. Ukrainiec gdy zapytamy go o zbrodnię wołyńską traci rezon i zaczyna kombinować jak koń pod górę. Będzie negował liczb ofiar. Będzie tłumaczył że część Polaków zabiły oddziały sowieckie udające upowców. A część wymordowali niemcy. Będzie twierdził że poszczególne wypadki to nadgorliwość lokalnych watażków. W ostateczności oświadczy że on jest z Kijowa i nie ma nic wspólnego z Galicją Wschodnią.
To wszystko sprowadza się do jednego: UKRAIŃCY ZBRODNI WOŁYŃSKIEJ WSTYDZĄ SIĘ JAK CHOLERA. Ciąży im kamieniem i najchętniej zwalili by tę winę na kogoś innego. Wyparli z pamięci. Tym samym stwierdzić trzeba że ci dzisiejsi „banderowcy” ze spuścizny OUN przejęli tylko zewnętrzne dekoracje. Portrety „wodzów”, tryzuby, czerwono-czarne flagi, legendę walki z sowietami. To jakby Niemcy paradowali w czarnych mundurach i machali swastykami podkreślając że ich nazi-ojcowie bili sowietów ale całkowicie przemilczając shoach czy pacyfikację białoruskich wsi.
Podstawowy problem to proporcje. Na majdanie byli obecni aktywiści „Swobody” i „Prawego sektora” – jednak stanowili tam może 20% protestujących. Zwłaszcza że Kijów to już nie ich teren – mocniejsi są w „Piemoncie” – na terytoriach należących dawniej do II RP. Olega Tiachnyboka na „wodza” wykreowali dziennikarze. Wyłowili z tłumu, podsunęli mikrofony i puścili w świat przekaz ten tu „faszysta” to „persona numer 3”. Sam Tiachnybok szybko zorientował się że jest robiony w bambuko – ale nie bardzo umiał wymyślić co z tym fantem począć. W efekcie "rozegrano go" - dla masy ludzi w Polsce i na zachodzie stał się najbardziej rozpoznawalną twarzą protestów.
Oglądając polskie relacje z Ukrainy można by niekiedy odnieść wrażenie że upowcy cudem przeniesieni z roku 1943-ciego wyszli z lasu i poszli na Majdan. Że doszło tam do faszystowskiego puczu przeciw demokratycznie wybranym władzom… A do tego ci wredni „pisowcy” pokumali się z „banderowcami” i jeszcze zaraz zrobią w Warszawie majdan tuskowi… Ewentualnie dodaje się do tego obrazu jeszcze CIA i antyrosyjskie interesy USA
Rzeczywistość? Ludzie na Ukrainie mieli dość. Dość skorumpowanej władzy. Dość kryzysu, dość nędzy. Wymyślili rozwiązanie – porzucenie rosyjskiej strefy wpływów i reorientację na zachód. Władza odrzuciła ten pomysł, a gdy zaprotestowali zaczęto do nich strzelać. Protesty zorganizowała opozycja parlamentarna. Na Majdanie zebrali się głównie zwykli obywatele, mieszkańcy Kijowa i przyjezdni. Radykalizacja protestów wymagała spoiwa - odwołania się do jakiejś tradycji. Polacy każdej opcji politycznej mają własne tradycje partyzanckie. Na Ukrainie tego nie było. Dużego wyboru nie mieli - zatem jedni postrzygli się w osełedce jak zaporoscy kozacy, inni zaś sięgnęli po emblematy OUN-UPA... Co ruscy i nasi skrzętnie podchwycili – bo pasowało do planu zohydzania przeciwnika.
Dziś gdy Ukraina straciła Krym, gdy jest podpalana od wschodu przez prorosyjskich terrorystów widać wyraźnie że mimo swojego porażającego prymitywizmu propaganda putinowska jak zwykle okazała się skuteczna. Nie tylko głupi zachód łyknął rosyjską narrację ale i masa co głupszych Polaków dała się koncertowo zrobić w konia. W straszliwych banderowców uwierzono też na wschodzie Ukrainy.
Ile jeszcze razy powtóży się ten scenariusz? Czy niebawem poczytamy w prasie i necie o zbrodniach które Litwini popełnili na Polakach?
O bezrobociu
- sobota, 17, maj 2014 23:43
- Andrzej Pilipiuk
Janusz Glinicki – największy w Europie plantator truskawek po 20 latach rozwijania firmy podjął męską decyzję – zniszczył przez zaoranie 450 hektarów uprawy. Co popchnęło go do tak desperackiego kroku? Mimo oferowanej dniówki w wysokości …100 zł(!!!) nie był w stanie znaleźć wystarczającej liczby pracowników. W powiecie legionowskim gdzie gospodarował bezrobocie przekracza 16% - zatem nie mógł legalnie zatrudnić pracowników np. z Ukrainy i Białorusi.
Legitymacja społeczna władzy
- sobota, 17, maj 2014 23:36
- Andrzej Pilipiuk
Janusz Korwin-Mikke bohatersko walczy o pozbawienie KNP szans na przekroczenie progu wyborczego. Wśród licznych filipik wygłaszanych w ostatnim czasie padło też zdanie że Janukowycz nadal jest legalnym prezydentem Ukrainy wybranym w wolnych i demokratycznych wyborach.
Wybory istotnie nadały mu mandat. Należy jednak wziąć poprawkę na parę „drobiazgów” które p. J.K.M. „przeoczył”.
Janukowycz wygrał wybory na podobnej zasadzie na jakiej w Polsce wygrał komorowski – ludzie nie wiedzieli kim naprawdę jest kandydat. Wszelkie niewygodnie informacje były cenzurowane. Wybory i u Nich i u nas obywały się w warunkach monopolu informacyjnego.
Janukowycz podjął szereg decyzji sprzecznych nawet z oczekiwaniami jego wyborców – podobnie jak u nas tusk – tym samym obaj pokazali że demokracja stanowi dla niech wyłącznie narzędzie służące dorwaniu się do władzy i kasy.
Janukowycz wykazał się niezrozumiałym serwilizmem wobec Moskwy – np. oddając na kolejne dekady prawo użytkowania baz wojskowych na Krymie i to praktycznie za frajer. Podobnie ekipa tuska zgodziła się na zablokowanie portu w Świnoujściu przez przeprowadzenie w pobliżu rurociągu.
Wreszcie Janukowycz kazał strzelać do swoich obywateli czym ostatecznie utracił legitymację społeczną do reprezentowania narodu. tusk ani komorowski strzelać jeszcze nie kazali.
Krakowska zagadka poetycka
- sobota, 17, maj 2014 21:05
- Andrzej Pilipiuk
W ścisłym centrum Krakowa, przy ulicy Kurniki, w miejscu gdzie ceny metra kwadratowego biją rekordy, na parterze kamienicy jest okno. Pamiętam je z czasów gdy jeszcze nie mieszkałem w Krakowie. Od co najmniej 12 lat nie zmienia się. Tzn. zarasta pajęczynami a framuga gnije i pewnie w końcu szyby wysypią się na ulicę. Wisi tam spłowiały manifest poety który w 2002 roku podjął głodówkę protestacyjną, a w sąsiednim oknie równie spłowiałe próbki jego poezji.
Internet „oświecił” mnie że Kazimierz Biculewicz był ostatnim polskim poetą przeklętym, ale nie poznałem żadnych szczegółów. Nawet Wikipedia jest wyjątkowo powściągliwa. Jeśli mieszkał tam gdzie wywiesił swoje orędzie to nie wiem po cholerę go eksmitowano – zapewne od 2002-giego lokal stoi pusty…

wyimek
- sobota, 17, maj 2014 15:30
- Andrzej Pilipiuk
Z dyskusji na Weryfikatorium - jeden leszcz chwalił się że za kasę zredagował pracę licencjacką kumplowi...
To się wkurzyłem
*
o w mordę. Zajrzałem sobie na Weryfikatorium zobaczyć o czym gadacie i znów trafiam na wypowiedzi ludzi którzy nie posiadają kwalifikacji moralnych ani intelektualnych by zostać pisarzami... Sorry.
Podsumujemy?
Praca zaliczeniowa czy to maturalna, czy licencjacka czy też magisterska to odpowiednik egzaminu. Tak jakby „prawo jazdy na bycie inteligentem”.
Musi być wykonana samodzielnie, bo jak tu słusznie zauważono jej wartość poznawcza zazwyczaj jest nikła, ale stanowi test czy dany osobnik potrafi skojarzyć 3 fakty i wyłożyć swoje skojarzenia w sposób zrozumiały dla otoczenia.
To jest etap gdy należy w kilkuletnim wieloetapowym procesie rozdzielić ziarno i plewy.
Są tu osoby postulujące integrację plew z ziarnem. Proponuję by w domu poszły do kuchni, spróbowały dokonać integracji jabłek zdrowych i zgniłków, a potem postawiły taką szarlotkę na stół.
Zapytajcie dziadków jak wyglądało ich studiowanie. Porównajcie. Zrozumiecie wtedy czemu przedwojenna matura jest warta tyle co dziś tytuł doktora.
*
Co do dysortografii – mam takową dysfunkcję – zdiagnozowaną w epoce gdy nikt jeszcze nie honorował zaświadczeń. Ergo: zakładam ze moja diagnoza jest prawdziwa, bo psycholodzy nie mieli wówczas żadnej motywacji do wystawiania diagnoz naciąganych.
Była to też epoka gdy nikt w naszym kraju nie wiedział jak to należy leczyć.
Większość dysortografików w latach 70-tych i 80-tych dostawała od belferstwa kopa po którym budzili się szlifując płaskownik pilnikiem na przysposobieniu do zawodu (taka zawodówka do której szło się nie po ósmej ale po szóstej klasie podstawówki).
Nieliczni farciarze mieli szczęście trafić na niedobitki przedwojennych pedagogów dla których ważne było rozwiązanie problemów ucznia a nie problemu jakim jest uczeń.
Bo metoda jest – prosta. Trzeba wypisać te kilkadziesiąt - kilkaset słów z którymi ma się problemy i przepisać je po sto razy. Mi to doradzono i tak samodzielnie pozbyłem się większości kłopotów. Choć nadal bazgrzę jak kura pazurem, sadzę literówki „nieortograficzne” i nie mogę zgrać palców by pisać bezwzrokowo.
Przeszkadza mi to jak cholera i musze używać „protez” - tzn. word podkreśla mi na czerwono, tekst przed oddaniem wydawcy czyta żona etc. ale efekt końcowy który dostajecie w księgarni do ręki jest jakościowo zadowalający. Bo dbam o to by się nie podkładać.
Podkreślam: dzięki ciężkiej harówie w wieku lat -nastu praktycznie nie robię błędów ortograficznych. Są literówki i błędy kolejności liter w słowie.
*
Są zawody w których dla dysortografików po prostu nie ma miejsca. Np. zawód nauczyciela. (zwłaszcza przedmiotów humanistycznych w pozostałych nie jest to tak oczywiste, o ile umie bezbłędnie napisać temat na tablicy...) Po prostu – belfer uczy dzieci zatem sam ma być wzorem. Po pierwsze wzorem ortografii. Amen.
Jeśli belfer sadzi byki traci moralne prawo wymagania by dzieciaki nie sadziły byków.
Sorry „sam nie umie a od innych wymaga”. „sam nie umie a innych chce uczyć”.
Na większości kierunków podpisuje się papierek, że nie ma przeciwwskazań zdrowotnych do studiowania i wykonywania zawodu. Zatem belfer (ewentualnie student-przyszły belfer) który ma dysortografię po prostu okłamał komisję rekrutacyjną. Należy go wypieprzyć ze studiów. I tyle w temacie.
Jeszcze jedno – nauczyciel to mimo pauperyzacji tej grupy nadal zawód szczególnego zaufania społecznego. Ergo: nie powinien sadzić błędów, chlać i obmacywać uczennic. To chyba jasne?
Fakt że takich spotykamy to efekt tego że na wcześniejszym etapie ktoś z kontrolujących proces formowania przymknął oko. A macie wśród Was też zwolenników oślepiania...
*
Sorry – patrzę na Was i widzę że niestety należy dołożyć starań by wielu uczestników tego zgromadzenia pisarzami jednak nie zostało.
*
Z chwilą gdy człowiek uzyskuje tytuł naukowy znika kontrola ze strony promotorów i egzaminatorów. Zyskuje wolność. Jeśli nieodpowiedzialnie obdarujemy taką wolnością głąba czy łajdaka skutki będę opłakane.
Teraz popatrzcie na nasze uczelnie i instytuty naukowe. Ilu „podciąganych za uszy” głąbów blokuje tam drogę kariery ludziom autentycznie mądrym? Jak często człowiek posiadający przygotowanie, wiedzę i zapał marnuje siły na przedzieranie się przez kliki i koterie?
Ilu wybitnych naukowców użera się z naciąganymi magistrami którzy decydują o rozdziale grantów a nie są w stanie zrozumieć przedłożonego im wniosku o dotację. I ile kasy idzie w błoto bo rozdzielający kasę nie wykrył pseudonaukowego szwindlu...
Ilu prawdziwych uczonych wyleciało na aut, dla ilu zabrakło miejsca, ile karier roztrzaskali pilnujący stołków przedstawiciele wykształciuchów?
A jak powstają uczelniane kliki? Kiepski uczony by nie wyszło na jaw jego matołectwo dobiera sobie odpowiednio głupszych współpracowników... A ci na asystentów biorą kompletnych już głąbów. A ci z kolei promować będą studentów – debili. Podobnie jest w masie zawodów. Czasem widać to bardzo wyraźnie – wystarczy włączyć TV.
Naprawdę uważacie że w porządku jest wyciąganie pomocnej dłoni do matołów którzy chcą się podfarbować na inteligentów?
Za dwadzieścia lat taki podliftownay kretyn siedzący na uczelnianym stołku może zablokować drogę Waszemu dziecku.
*
Rosjanie mają celne przyłowie. Prawdziwy profesor jest jeden, ale w trzech osobach. On, jego ojciec i dziadek.
Miałem to studiując na archeologii. Był profesor Suchodolski - numizmatyk. Budził mimowolny szacunek. Otaczał go jak aura, gdy wchodził do sali wszyscy milkli. Czuło się fizycznie te 5 wcześniejszych pokoleń profesorów... Prosty jak trzcina. Nie szedł ale kroczył. Wyglądał naturalnie w garniturze. Gestykulację której inni się muszą uczyć miał wrodzoną. Prowadził wykład i widział o czym mówi. Nie dawało się go zagiąć – wygrzebałem informację o złotej monecie bitej przez jednego z książąt okresu rozbicia dzielnicowego. Zadałem pytanie. Wiedział gdzie o tym przeczytałem. Powiedział gdzie znajdę więcej informacji. Przedstawił swoją koncepcję. Amen.
Byli profesorowie Niwiński i Gawlikowski, znany z badań smoleńskich Buko (wówczas doktor). Oni nie mieli za sobą kilku pokoleń przodków profesorów – ale mieli wiedzę taką że klękajcie narody. Obok wiedzy mieli też mądrość i inteligencję. Fakt że profesor Niwiński zaproponował mi miejsce na swoim seminarium znaczy dla mniej więcej niż zdobyty gdzie indziej tytuł magistra. I nie przyjąłem tego zaszczytu bo wiedziałem że skiepszczę. Że to kompletnie nie mój poziom. Żebym mógł się tam utrzymać jako student, musiałbym na dzień dobry przeczytać i zapamiętać treść ze 200 pozycji w 4 różnych językach.
Ergo: wiedziałem że jestem farbowanym lisem. Zdołałem się na tyle umiejętnie zamaskować że profesor dał się zrobić w konia i uznał mnie za wartościowy materiał. Ale wiedziałem też że przy pierwszym prawdziwym zadaniu wyłożę się totalnie. Że trzeba odpuścić od razu bo to za wysokie progi.
Reinecke de Vos wiedział kiedy zamieść za sobą ogonem.
Jednocześnie obok, na tej samej uczelni, egzystowali osobnicy którym tytuły profesorskie nadano chyba po to by ukarać całą dziedzinę nauki... Wiem też komu nasi „profesorowie” dawali tytuły magisterskie. Wiem też kto z mojego pokolenia na uczelni został.
*
Redakcja prac naukowych czasem jest konieczna gdy trzeba przekładać z żargonu specjalistycznego na język zrozumiały dla urzędasów którzy dają granty. Tylko że w świecie prawdziwej nauki konsultuje się każdy przecinek.
Jeśli redaktor z tytułem magistra łapie na oczywistym błędzie doktora lub profesora to mamy problem. I nie jest to problem w tym że „magister jest zbyt mądry”.
Jeśli mamy do czynienia z prawdziwym uczonym sprawdzanie przypisów czy prawidłowości zapisu bibliograficznego są da facto zbędne (oczywiście dobry redaktor sprawdza wszystko). To po prostu będzie prawidłowe, bo uczony choćby średniego formatu wie że nie może sobie pozwolić na błąd.
Są prace pisane pseudonaukowym bełkotem. Są ludzie którym imponują niezrozumiałe słowa. Jest takich wielu. Są „uczeni” którzy lubują się w niezrozumiałej terminologii. Którzy wymyślają nawet własne nazewnictwo by trudniej było obnażyć totalną pustkę ich wywodów.
Ale weźcie sobie pracę „Czekając na Herchora” prof. Niwińskiego. To dzieło napisane jako popularnonaukowe. Zakres zaprezentowanej wiedzy każe zdjąć czapkę. No i do tego życzę Wam byście za dziesięć lat pisali opowiadania polszczyzną w połowie tak dobrą jak ta której użył.
*
Redakcja książki beletrystycznej polega na czym innym. To moment gdy autor przeczytawszy swoje wypociny po raz piąty (w tym ze dwa razy na głos) osiąga etap na którym znieczula się na to co widzi... gdy po naniesieniu setek drobnych poprawek stylistycznych przestaje widzieć tekst bo zna go na pamięć niekoniecznie w tej wersji która ma przed oczyma.
Redakcja merytoryczna ksiązki beletrystycznej jest potrzebna także z innego powodu. W fantasy jest w zasadzie zbędna (chyba że autor skopie coś podstawowego czego nie da się wytłumaczyć magią – anatomię, metalurgię, wytrzymałość drewnianych stropów etc. Jak scena z „gry o tron” gdzie koczownicy topią złoto w kociołku wiszącym nad ogniskiem...)
W SF staje się niezbędna. Ot choćby po to by pojazdy nie wydawały dźwięków w próżni.
W moim przypadku gdy w grę wchodzi fantastyka silnie osadzona w realiach historycznych redakcja ma za zadanie sprawdzić pisownię nazwisk i nazw geograficznych, wstawki w obcych językach, szczegóły techniczne i militarne. Na szczęście mam wśród czytelników ludzi różnych zawodów.
Praca wygląda zatem tak:
a) piszę
b) poprawiam literówki
c) czytam
d) drukuję i czytam raz jeszcze kreśląc na wydruku.
e) Czytam na głos obszerne fragmenty wyłapując „chropawości”
f) Czyta moja Żona, kawałki budzące wątpliwości techniczne konsultujemy z literaturą lub fachowcami.
g) Żona robi mi redakcję
h) Książka trafia do wydawcy.
i) Książka trafia do redaktora z wydawnictwa – czasem się jeszcze czegoś czepi.
j) Książka wraca do mnie celem zaakceptowania lub odrzucenia uwag redaktora. Czasem trafiają się sugestie co uzupełnić.
k) Książka trafia do korekty celem ostatecznego wyłapania ostatnich literówek, wstawienia przecinków w lepsze miejsca etc.
Większość z Was odpada bo przeskakuje z etapu b od razu do h.
Większość z Was nie umie redagować własnych tekstów do poziomu, na którym można je już komuś pokazać. A część uważa się za artystów tak wielkich, że redakcja w ich mniemaniu jest zbyteczna.
Przy pisaniu pracy naukowej posiada się promotora. Jego zadaniem jest ukierunkować tok działań, czasem podpowiedzieć dodatkowe kierunki poszukiwań.
Przy pisaniu powieści dostaje się redaktora.
Do pisania pracy naukowej należy opanować alfabet, terminologię danej dziedziny i podstawy gramatyki. Trzeba osiągnąć pewien poziom by przejść do kolejnego.
Przy pisaniu książki jest podobnie. Zredagować metodą „piszemy za autora to co chciał wyrazić” można wszystko. Tylko po co?
Grzechem pierworodnym uczestników tego forum jest typowe dla Polactwa cwaniactwo i kombinowanie. Zamierzacie wykonywać elitarny zawód ale zamiast się przyłożyć dumacie jak sobie obniżyć poprzeczkę.
Nie umiecie dokonać autoredakcji by tekst spełniał podstawowe wymogi i przeskoczył dziesięć konkurencyjnych tekstów napisanych gorzej. Dacie go do zredagowania za kasę – być może nabierze szlifu. Ale wasze zadanie to opanować umiejętność redakcji autorskiej.
*
Bez tego w grze o miejsce na Parnasie nie przejdziecie na kolejny lewel.
A ja Was tego nie nauczę bo się boję co zrobicie z tą wiedzą.
*
Cierpicie na polski grzech pierworodny. Skazę duszy nakazująca zawsze szukać drogi na skróty. Stąd pomysły z drukiem w systemie pod, stąd pomysły z e-bookami, stąd szalony problem intelektualny „czy debiutować w internecie”. Stąd pomysły, że może trzeba publikować za granicą, bo tam podobno poprzeczka ustawiona jest niżej. Zamiast po prostu się przyłożyć próbujecie cwaniaczyć.
Czy to nauka czy literatura brak Wam absolutnych podstaw kindersztuby. Nie łapiecie nawet co jest obciachem. (tak „luka” to m.in. o tobie) Pisanie książek to zajęcie elitarne. Para się tym jeden 0,025% mieszkańców tego kraju. Chcąc wejść na nasze salony opłuczcie proszę chociaż gumofilce z obornika.
I przestańcie marudzić. W tym zawodzie jak w każdym innym trzeba harować. Ktoś tu niedawno strasznie pluł na „Zmierzch”. 4 tomy tej szmiry to około 2300 stron maszynopisu. To więcej niż mój cykl „oko jelenia”. Autorka natrzaskała te 4 miliony znaków. Czy ktoś z krytykujących ma za sobą chociaż pierwszy milion uderzeń w klawisze? Dziękujcie Bogu że nie mieszkacie w Ameryce. Bo tam to dopiero dostalibyście koooopa od życia.
O wolności
- sobota, 17, maj 2014 09:34
- Andrzej Pilipiuk
Dzisiejsza wybiórcza informuje że grupa renegatów z Polski wystosowała list otwarty do putina w którym popierają jego politykę względem wschodniej Ukrainy. Mam nadzieję że ci ludzie zostaną kiedyś publicznie napiętnowani jako zdrajcy naszej Ojczyzny.
W ciągu kilkudziesięciu lat totalna zapaść demograficzna i ekonomiczna Rosji stanie się faktem. Nie wiemy co będzie potem – czy rozbicie dzielnicowe i totalna wojna domowa, czy islamski kalifat uzbrojony w atomówki z arsenału ZSRR. Wszystkie warianty rysują się tak samo mrocznie i paskudnie.
Niezależnie od rozwoju sytuacji i dziś i za dziesięciolecia potrzebujemy na wchodzie buforu który oddzieli nas od tego bagna. Nawet jeśli Rosja będzie słaba i nie zagrozi nam już podbojem ani kolonizacją istnieje realne ryzyko wojen łupieżczych. Bez wolnej niepodległej i demokratycznej Ukrainy nie będzie bezpiecznej Polski. Wspieranie demokratycznych przemian na Ukrainie i obrona sąsiada są polską racją stanu.
Mamy dwa warianty przyszłości. Pierwszy to kręcenie lodów z Rosją – krajem nieprzewidywanym, agresywnym, niewydolnym ekonomicznie i kalekim moralnie.
Drugi - związek Polski, Ukrainy i w przyszłości też Białorusi, odtworzenie „obrotowego przedmurza cywilizacji”. Międzymorze zamieszkałe przez 100 milionów ludzi, bezpieczne energetycznie dzięki pozyskiwaniu gazy łupkowego, silne militarnie i ekonomicznie, gotowe odeprzeć napaści tak ze wschodu jak i z zachodu.
A tu mnie chwalą. chyba...
- sobota, 17, maj 2014 03:25
- Andrzej Pilipiuk
http://spisekpisarzy.pl/2014/01/czego-mozna-sie-nauczyc-od-pilipiuka.html
a może trochę ganią?
ciekawa inicjatywa
- sobota, 17, maj 2014 03:08
- Andrzej Pilipiuk
polecam







