BLOG

Czarna Góra Andrzej Pilipiuk

Ćwierć miliona

Odsłon mojej strony... 

Ech ludziska, że też chce się Wam te wiadra jadu i pomyj czytać... 

Muzułmanie gwałcą dzieci...

...Biali chowają głowę w piasek 

http://www.fronda.pl/a/nawet-tysiace-dzieci-zgwalconych-przez-imigrantow-w-rotherhamie,47049.html

To już druga taka afera. (poprzednio był Oxford - okoliczności analogiczne). Przez lata policja obawiając się oskarżeń o rasizm ignorowała zgłoszenia i sygnały. Media piszą oględnie o "azjatach" - unikając jak ognia wiązania sprawców z konkretną grupą i konkretną religią... 

Ciekawe co by było gdyby podobna afera wybuchła w Polsce. Czy pakistanczycy staliby się ściganą i linczowaną zwierzyną, czy duch olewatwa znów by wygrał...

 

Euroskleroza?

                Obywatel Słowacji chciał rozmawiać z tuskiem. No i teraz ma problemy – bo nie tylko zatrzymano go w drzwiach europarlamentu ale sprawdzono jego auto. Jak się okazało w bagażniku miał broń i piłę spalinową… Nie rozumiem dlaczego za terroryzm ma odpowiadać frajer który idąc na rozmowę z tuskiem zostawił piłę w bagażniku.

Cicha wieś

Dom Dziadka leżał przy głównej ulicy Wojsławic. W lipcowe i sierpniowe środy budził mnie rano gwar, swoista kakafonia głosów ludzi, turkotu wozów (czasem jeszcze „żelaźniaków”), pyrkotania traktorów, oraz rżenia, chrumkania i porykiwania wszelkich możliwych zwierząt gospodarskich. Rzeka ludzi i pojazdów płynęła na targ. Przyjaciele z okolicznych wiosek parkowali swoje fury na podwórzu. Koło południa następował stopniowy odwrót. Ludzie rozchodzili się i rozjeżdżali do domów. Jeszcze w gospodzie i pod szopą oblewano pospiesznie udane interesy, mężczyźni poprawiali czapki, wspinali się na furmanki i wreszcie osada pustoszejąc zapadała w kolejną całotygodniową drzemkę.

Gdy byłem mały na targu można było jeszcze nabyć wiklinowe kosze, wyroby i zabawki z drewna, gliniane garnki (po prawdzie służyły już tylko do ozdoby), oraz czapki – popularne „maciejówki”. Resztę towaru stanowiła już produkcja przemysłowa. Na końcu placu z furmanek sprzedawano młode prosięta, cielęta, jałówki. Konie na handel były już jednak wielką rzadkością. Nikt jakoś nie opowiadał mi jak to wyglądało dawniej a i ja nikogo nie wypytywałem.

Z pozycji moich 7-9-11 lat czyniłem pewne obserwacje. Zdawałem sobie sprawę że traktory powoli zaczynają wypierać konie, wiedziałem że u kuzyna stoją sanie nie używane od wielu lat, a przyjaciel Dziadka jest jednym z ostatnich w okolicy używającym żelaznych kół do wozu. Zachodziła pewna ewolucja. Fury „platformy” zastępowały starszy model, ten w kształcie spodu trumny. Jednak świat który mnie otaczał wydawał mi się trwały, niezmienny. Snopki zboża kręciła snopowiązałka, ale Dziadek czasem podkaszał jeszcze kawałki kosą i te snopy wiązane były powrósłem. Nie zdawałem sobie sprawy ze to co widziałem jako dziecko i tak było już ostatnim akordem, wyblakłym cieniem dawnej wsi.

Uświadomiłem to sobie w pełni dekadę później gdy jako licealista przyjechałem do miasteczka i z przyzwyczajenia podszedłem na targ. Z wyrobów rzemieślniczych znalazłem tylko maciejówki. Zawahałem się i nie kupiłem. Wydawało mi się że jestem za młody by nosić taką czapkę. Popełniłem błąd – bo wtedy widziałem je tam po raz ostatni… Wspiąłem się na pola za wsią i spostrzegłem że zmieniło się coś jeszcze. Nigdzie nie było „dziesiątek” – kupek snopów zboża opartych o siebie. Tylko równo przycięte ściernisko i słoma sprasowana w kostki.

Życie wsi lub miasteczka przez wieki opierało się na tzw. „cywilizacji ręki” – masa przedmiotów niezbędnych na co dzień powstawała w gospodarstwie lub w warsztacikach drobnych wiejskich rzemieślników, często narodowości żydowskiej. Wedle słów mojego Dziadka rolnik musiał być wszystkim po trochu, szewcem, kowalem, rymarzem, cieślą stolarzem… Wysokie ceny produktów przemysłowych, przy marnej cenie skupu płodów rolnych sprawiały że osada, zwłaszcza na prowincji była w znacznej mierze samowystarczalna. Kosy, sierpy, okucia do wozów, zamki do drzwi, lemiesze pługów, kuł miejscowy kowal. Grabie, drewniane widły i brony robiono samodzielnie. Łapcie pleciono z łyka. Mój Ojciec jeszcze w latach powojennych chodził w takich do szkoły. Porządniejsze buty do pracy, podkute i z grubej wołowej skóry robili wiejscy szewcy. Tylko niedzielne kamaszki i odświętne „kościółkowe” ubranie wypadało mieć kupione w mieście. Także kaloszy wieś wytworzyć nie potrafiła.

W moich rodzinnych Wojsławicach – niewielkim miasteczku na południowo-wschodniej Lubelszczyźnie - w obrębie rynku znajdowało się około setki budynków. Praktycznie wszystkie posiadały na parterze od ulicy pomieszczenia wykorzystywane niegdyś na sklepiki lub warsztaty. Miasteczko przed wojną posiadało kilka klanów szewców, krawców, kilku kowali, bednarza, garbarnię, olejarnię, rzeźnie: „chrześcijańską” i koszerną, gorzelnię, dwa młyny, trzy cegielnie, garncarnię, a nawet maleńki kamieniołom. Wojna przetrzebiła szeregi rzemieślników, niektóre profesje już się nie odrodziły.

W latach 80-tych był jeszcze fryzjer, krawiec i zegarmistrz, z poważniejszego „przemysłu” funkcjonowały młyn, cegielnia i masarnia. Ktoś tam miał kowadło po ojcu. Ktoś dorabiał sobie jako stolarz. Byli jeszcze nieliczni starzy cieśle. Kilka osób kuło konie, ale podkowy kupowało się w „Gieesie”. Odchodziło pokolenie które potrafiło operować siekierką i ciosłem. Kolejne okupacje, upadek komuny, a następnie wejście do Unii Europejskiej unicestwiły dawną samowystarczalną strukturę.

Nowocześni rolnicy, młodzi ambitni doskonale wykształceni, absolwenci techników i uczelni wyższych potrafią zrobić analizę gleby by wiedzieć czym ją nawozić. Znają się na paszach i środkach ochrony roślin. Używają komputerów. Obsługują bez trudu nowoczesne maszyny - fantastyczny sprzęt zastępujący dawną pracę dziesiątków ludzi. Niby tak jest lepiej. Pracuje się lżej. Żywność jest tańsza.

Boję się jednak że jeśli nastąpi poważne załamanie gospodarcze, wojna, czy inna klęska elementarna nasza wieś padnie w jednej chwili na kolana. Gdy zabraknie ropy do traktorów, zniknie prąd w gniazdach i skończą się dostawy do sklepów. Wkrótce potem wieś zacznie ginąć z głodu. Odtworzenie inwentarza potrwa całe lata. Odzyskanie zapomnianych umiejętności będzie jeszcze trudniejsze. Zwłaszcza że pokolenie ludzi umiejących to i owo odchodzi a wśród młodszych roczników mało kto zachował choćby narzędzia po pradziadku.

Jest środa, jak przed trzydziestu laty. Dzień targowy. Idę przez rodzinne miasteczko. Naszych szewców już nie ma. Wymarli jak mamuty. Moje buty przyjechały z Chin. Wokoło gadają ludzie, suną samochody. Mi się wydaje że panuje cisza. Nie usłyszę gdakania kur, meczenia kozy, brzęku wiadra podczas porannego udoju, odgłosu kucia podkowy, brzęku klepanej kosy. Nie ryczą w oborach krowy. Nie widać ich też na łąkach. Zawiniły unijne limity produkcji mleka. Nie zarży koń, zastąpił go traktor. Prawie nikt nie hoduje już świń, ceny skupu żywca nie pokrywają kosztów. Tani drób z marketów sprawił że trzymanie kur nawet na własny użytek stało się passe’. Idę i czuję że zapomnieliśmy wiele. Zbyt wiele.

 

Feieton napisałem dla jednego czasopima - tylko troce nie trafiłem w tematykę.

to wrzucam tu - coby się nie zmarnował.

Zielona schizofrenia

                Polscy „Zieloni” to lewacka banda z którą mi zasadniczo mocno nie po drodze, aczkolwiek niektóre z ich postulatów są słuszne. Sprzeciwiają się GMO. Sprzeciwiają się ingerencjom w naturę. Walczą z chemią w żywności. Walczą z dodawaniem do paszy hormonów i antybiotyków. I uważam to za słuszne.

                Nie mogę pojąc jednego – dlaczego kandydatem na prezydenta ogłosili Krzysztofa Bęgowskiego vel Annę Grodzką. Osoba ta poddawała się wieloletniej kuracji hormonalnej, posiada wczepy silikonowe i inne sztuczne modyfikacje ciała. Jak się to ma to wymienionych wyżej postulatów!? 

                A może usprawiedliwia ich że nie planują jej zjeść...?

O paleniu czarownic

                Oburza nas ciemnota naszych przodków której jednym z przejawów było polowanie na tzw. „czarownice”. Czy nasze oburzenie jest słuszne? Czy dla ówczesnego społeczeństwa nie była to forma samoobrony przed trucicielkami i specjalistkami od aborcji?

                O co pomawiano „staruszki”? Krowy miały przez nie tracić mleko – to łatwo dawało się uzyskać – wystarczy mocne zatrucie odpowiednimi ziołami. Pomór drobiu czy trzody chlewnej – podobnie. Świerzbem łatwo intencjonalnie zarazić – trzeba mieć tylko pod ręką kogoś chorego. Zatruć studnię? – no problem wystarczy kilka kilogramów zielonych orzechów… Mąka z ziarna zatrutego sporyszem wywołuje omamy, owrzodzenia i pobudzenie psychoruchowe…

                Może zatem przynajmniej część spalono na stosach słusznie?

Skandal rocznicowy - c.d.

Jak się dowiadujemy na obchody rocznicy wyzwolenia Auschwitz nie wpuszczono ...polskich Żydów.

http://niezalezna.pl/63717-obchody-w-auschwitz-skandaliczne

O piractwie

Wyimek z dyskusji na weryfikatorium...

*

/szacowanie rozmiarów strat ponoszonych w wyniku piractwa/ 


 Założyłem że przy całkowitym lub częściowym wyeliminowaniu piractwa 5-10% dziś ściągających kupiłby moją książkę.

Zakładam jako absolutnie dolną granicę około pół miliona nielegalnych pobrań rocznie.
(40 tyś pobrań miesięcznie - za dużo? przypominam to jest 30 tytułów + audioboki)

Łączna wartość kradzieży to ok 1,5 miliona złotych moich potencjalnych zysków.
(możemy się jeszcze pobawić w szacowanie strat drukarzy wydawców, księgarzy...)

Zakładając że 10% by kupiło - strata ok 150 tyś.
Zakładając ze 5% - strata ok. 75 tyś.

Sądzę że 100 tyś rocznie to absolutnie dolna granica tego ile tracę.
Od chwili gdy zaczęto wydawać mi książki pod nazwiskiem to może być

milion złotych.

zapewne jest znacznie więcej.

Droga

W grudniu 1985-tego przeprowadziłem się do innej części dzielnicy i zmieniłem szkołę. Utrata codziennego kontaktu z kumplami spowodowała że zacząłem zapisywać swoje opowieści.

W lutym 1996-tego debiutowałem opowiadaniem Hiena na łamach miesięcznika „Fenix” po 10 latach nauki trochę na ślepo trochę metod prób i błędów, trochę podpatrując jak robią to inni.

Wiosną 1999-tego debiutowałem powieścią „Pan Samochodzik i Arka Noego”.

W listopadzie 2001-szego ukazały się „Kroniki Jakuba Wędrowycza” pierwsza książka wydana pod własnym nazwiskiem.

Za mną 29 lat pracy. Liczę że co najmniej drugie tyle przede mną. Ciekawe co osiągnę do grudnia 2043-ciego i jak będzie wówczas wyglądał świat…

"Lalek" odnaleziony.

                W zbiorach pomocy naukowych Akademii Medycznej w Lublinie odnaleziono i zidentyfikowano czaszkę Józefa Franczaka ps. „Lalek” (vel „Lulaś”) ostatniego Żołnierza Wyklętego - poległego w starciu z KBW w 1963 roku. Ubecja przekazała głowę Bohatera „do celów naukowych”.

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/125847,znaleziono-szczatki-lalka.html

Tu można poczytać Jego biogram:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Józef_Franczak                    

                Resztę ciała szczęśliwie ekshumowano i zidentyfikowano jeszcze w latach 90-tych..

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/