o zabijaniu postaw
- środa, 20, luty 2019 11:07
- Andrzej Pilipiuk
Działania fundacji - nawet tak skromniutkiej jak moja - generują jakiś kompletnie idiotyczny nawał kompletnie zbędnej, upierdliwej papierkowej roboty.
Zgłoszenia zbiórek publicznych, częściowe sprawozdania z przeprowadzenia, końcowe sprawozdania, sprawozdania z rozdysponowania - to jeszcze ewentualnie rozumiem - choć zasadniczo uważam że odpowiadać powinienem przed tymi którzy dali pieniądze. W końcu to ich pieniądze wydaję na różne cele.
Rozliczenia z urzędem skarbowym? Po co - skoro darowizny i środki ze zbiórek i tak nieopodatkowane!?
Wymóg prowadzenia konta biznes? Chyba tylko po to żeby bank mógł zarobić więcej.
Wymóg składania pit-ów? To znów zapewnianie miejsc pracy księgowym i biurom rachunkowym - kosztem tego co zebraliśmy...
Sprawozdawczość wobec ministerstwa nadzorującego? He, he - przez kilka lat potulnie wysyłałem i wszystko grało. Byłem przekonany że nikt tego nie czyta. Faktycznie nikt tego nie czytał - aż tu raz okazało się że ktoś przeczytał - tylko po to by mi wytknąć że sprawozdanie nie spełnia jakichś tam wymogów...
Że niby zabezpiecza to przed oszustwami i wyłudzeniami? Słabym ogniwem zawsze jest człowiek – jak ktoś zechce kraść – to sobie poradzi.
*
A i tak - mając fundację jestem panisko - bo bez fundacji wielu spraw po prostu nie mógłbym przeprowadzić...
*
Mam książkę - zniszczoną strasznie ale cenną dla mnie - bo to pozostałość przedwojennego księgozbioru naszej biblioteki. Ma pieczątkę "zakupiono ze środków kwesty ludowej". Ergo: przed wojną ludzie macierzy szkolnej zobaczyli że jest potrzeba - zebrali na targu lub festynie pieniądze do puszki - kupili za to książki, w każdą wbili pieczątkę żeby ludzie którzy przyjdą do biblioteki zobaczyli. I tyle.
Świat naszych dziadków był o wiele prostszy. Jak wiele z tego zapomnieliśmy.








