o zabijaniu postaw

Działania fundacji - nawet tak skromniutkiej jak moja - generują jakiś kompletnie idiotyczny nawał kompletnie zbędnej, upierdliwej papierkowej roboty. 

Zgłoszenia zbiórek publicznych, częściowe sprawozdania z przeprowadzenia, końcowe sprawozdania, sprawozdania z rozdysponowania - to jeszcze ewentualnie rozumiem - choć zasadniczo uważam że odpowiadać powinienem przed tymi którzy dali pieniądze. W końcu to ich pieniądze wydaję na różne cele.  

Rozliczenia z urzędem skarbowym? Po co - skoro darowizny i środki ze zbiórek i tak nieopodatkowane!? 

Wymóg prowadzenia konta biznes? Chyba tylko po to żeby bank mógł zarobić więcej. 

Wymóg składania pit-ów? To znów zapewnianie miejsc pracy księgowym i biurom rachunkowym - kosztem tego co zebraliśmy... 

Sprawozdawczość wobec ministerstwa nadzorującego? He, he - przez kilka lat potulnie wysyłałem i wszystko grało. Byłem przekonany że nikt tego nie czyta. Faktycznie nikt tego nie czytał - aż tu raz okazało się że ktoś przeczytał - tylko po to by mi wytknąć że sprawozdanie nie spełnia jakichś tam wymogów... 

Że niby zabezpiecza to przed oszustwami i wyłudzeniami? Słabym ogniwem zawsze jest człowiek – jak ktoś zechce kraść – to sobie poradzi.

*

A i tak - mając fundację jestem panisko - bo bez fundacji wielu spraw po prostu nie mógłbym przeprowadzić... 

*

Mam książkę - zniszczoną strasznie ale cenną dla mnie - bo to pozostałość przedwojennego księgozbioru naszej biblioteki. Ma pieczątkę "zakupiono ze środków kwesty ludowej". Ergo: przed wojną ludzie macierzy szkolnej zobaczyli że jest potrzeba - zebrali na targu lub festynie pieniądze do puszki - kupili za to książki, w każdą wbili pieczątkę żeby ludzie którzy przyjdą do biblioteki zobaczyli. I tyle.    

Świat naszych dziadków był o wiele prostszy. Jak wiele z tego zapomnieliśmy.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/