Odsiecz ze Skierniewic

                Jedną z głównych bolączek schyłkowego okresu komuny tak 1981-87 był chroniczny brak owoców cytrusowych. (z owocami krajowymi bywało różnie – np. arbuzy były ale drogie jak piorun - uchodziły za przekąskę ekskluzywną). Nieco lepiej bywało przed świętami kiedy to pojawiały się w handlu homeopatyczne ilości pomarańczy i grejpfrutów. Część pomarańczy docierała do nas z bratniej Kuby – przypuszczam że mogły to być odmiany pastewne/przemysłowe bowiem charakteryzowały się zieloną, ściśle przylegającą skórką, oraz kwaśnym miąższem. W handlu trafiał się także „Dżem z dyni o smaku pomarańczowym”. W Warszawie mandarynki w zasadzie nie występowały. Banany – tylko w pewexach. Od połowy lat 80-tych pojawiły się nagle ananasy w kompocie – w słoikach. Z wycieczki do NRD przywiozłem wiosną 1986 kilo pomarańczy i chyba 2 kg. limonek (przekonany że to jakaś odmiana cytryn).

                W „Świecie Młodych” gazecie teoretycznie dla harcerzy (ukazywała się w poniedziałki środy i piątki) był kącik „Zielono nam” – z poradami uprawy kwiatków i giełdą wymienną egzotycznych nasion. Masa młodych ludzi podejmowała próby uzyskania egzotycznych owoców …drogą uprawy! Sadzono pestki z daktyli, pomarańczy czy grejpfrutów. Widziałem wyhodowane w ten sposób całkiem spore drzewka. Władza też o ludzi dbała. Otóż w kwiaciarniach pojawiły się sadzonki w doniczkach – pomysł prof.Pieniążka - cytryny skierniewickie. Były to faktycznie krzaczki cytryn do samodzielnej uprawy na parapecie. Nie mam pojęcia czy komukolwiek udało się uzyskać z tego owoce. Pod sam koniec komuny ofertę rozszerzono jeszcze o krzaczki kawy i herbaty. Herbaciany mieliśmy w domu – ale coś zmarniał…

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/