O cyrkach

                Nie jestem szczególnym entuzjastą sztuki cyrkowej. Gdy byłem mały bywałem w cyrku parokrotnie. Zapamiętałem – niewiele. Kilku klownów którzy parodiowali „Wejście smoka”. Zerwanie się trapezu (akrobatka na szczęście była na „szelkach” i nic jej się nie stało). Pokaz kozackiej woltyżerki z podejmowaniem rannego przez konia. Uroczy numer gdy na scenę weszła dama w futrze, które po chwili rozbiegło się w postaci stada żywych łasiczek (wykorzystałem tę scenę niecnie w opowiadaniu „Vlana”). Była też kobieta guma – patrząc na nią autentycznie bałem się że strzeli jej kręgosłup. Drewniane ławki, trociny, zapach zwierząt, pokazy tresury tygrysów, sztuczki iluzjonistów – to wszystko mocno pozacierało mi się w pamięci.

                Gdy byłem mały cyrk był normalnym elementem otoczenia. Czytałem o nim w książce o przygodach dr. Dolitle. Pojawiał się też w rzeczywistości - na konkretnym placu przy rogu ulic Żelaznej i Leszno. Rozstawiano namiot. Obok parkowano wozy cyrkowe. W ZOO pod opieką mojego Ojca dożywał swoich dni ogromny perszeron – niegdyś zatrudniony przy ciągnięciu takowych. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem tak gigantycznej kobyły. (w ogóle zwierząt – weteranów cyrkowych było w ZOO sporo).

                Potem sztuka cyrkowa znajdowała się już niemal stale w odwrocie. W latach 90-tych drugi oddech zapewniły cyrki z krajów byłego ZSRR, które przemierzały Polskę. Nasze krajowe nie wytrzymały zderzenia z kapitalizmem i gospodarką rynkową. Co tu dużo mówić – Cyrk kosztuje tyle co dobry teatr, albo i więcej. Występują artyści – jedno przedstawienie to praca co najmniej kilkunastu wykonawców, oraz licznej rzeszy techników. Im wszystkim trzeba płacić. Trzeba zapewnić rekwizyty. Karmić cyrkowe zwierzęta (tygrys je 4 kg mięsia dziennie!). Zimą nastaje martwy sezon – cyrki muszą zjechać na zimowe leże, ludzi trzeba zakwaterować, ale też zapewnić im warunki do ciągłych ćwiczeń. Zwierzęta trzeba karmić choć przez całe miesiące nie przynoszą dochodu…

                Warunki do spokojnego zimowania zapewniała baza zimowa w Julinku. W skład kompleksu wchodziły bloki mieszkalne, hotel, szkoła cyrkowa z internatem, magazyny, stajnie dla różnych zwierząt ze słoniami włącznie, baseny dla fok. Wybudowano dwie stacjonarne zadaszone areny cyrkowe – do prób przedstawień. Połączono je tunelami z resztą kompleksu. Baza przetrwała 50 lat. W 1999 roku zamknięto bazę i szkołę cyrkową w Julinku. Zlikwidowano też czuwający nad całością Zakład Widowisk Cyrkowych. Tradycje szkoły kontynuuje pomaturalne studium mające siedzibę w Warszawie – ale to już tylko cień dawnej potęgi. Dziś w Polsce pozostało tylko kilka cyrków. Pewna epoka odchodzi w niebyt.    

                Rząd miłościwie panującego nam PO przygotowuje aktualnie ostatni gwóźdź do trumny cyrkowców – planowana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt całkowicie uniemożliwi tresurę i występy zwierząt w cyrkach. Rykoszetem ustawa uderzy też w zwierzęta grające w filmach. Sztuka układania zwierząt której tradycja sięga starożytności zostanie na naszych oczach zlikwidowana przez urzędasów. Nasze dzieci o cyrku będą mogły już tylko przeczytać. Szkoda.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/