Czerwona księżniczka na Pradze
- czwartek, 04, lipiec 2013 23:03
- Andrzej Pilipiuk
Przeczytałem sobie w „Do Rzeczy” wywiad którego Monika Jaruzelska udzieliła Rafałowi A. Ziemkiewiczowi. Całymi tonami bełkotu czerwona księżniczka wybiela i usprawiedliwia ojca-bandziora. My wiemy że kablował bezpiece na kolegów z jednostki, realizował politykę czystki antyżydowskiej w korpusie oficerskim, wyrzucał ludzi z ich domów i kazał strzelać do robotników. Ona widzi że był dobrym ojcem, nie chlał, nie przeklinał i nie palił petów.
Uderzyła mnie jednak szczególnie jedna jej wypowiedź. Wspominając szkolne czasy chwali system w którym w jednej szkolnej ławce spotykali się syn ciecia z synem profesora…
Chodziłem do szkoły dekadę później i w gorszej dzielnicy. To nie była szkoła na bogatym Mokotowie, urzędniczym Żoliborzu, czy inteligenckim Ursynowie. To była marna buda na warszawskiej Pradze. Chodziłem do klasy z takim właśnie postulowanym przez nią „przekrojem społecznym”. Z synami roboli, bazarowych kombinatorów, milicjantów i „taksówkarza” (czytaj: ubeka). Najwięcej klasy miał syn drobnego partyjnego aparatczyka – aczkolwiek i on okazał się po kilku latach mocno śmierdzącym jajkiem. Nie mieliśmy już w kadrze niedobitków przedwojennych nauczycieli, ludzi z powołania, pielęgnujących etos belfra. Obok nielicznych chwalebnych wyjątków tresowali nas sfrustrowanie, niedouczeni, kiepsko opłacani edukacyjni wyrobnicy.
Środowisko szkolne zapewnia formację na wielu polach. Intelektualną, moralną, duchową, społeczną. To bardzo ważny czas dla rozwoju młodego człowieka. Czytanie książek, w które uciekałem ja, nie zastąpi możliwości pogadania z odpowiednio bystrymi kumplami, przedyskutowania różnych kwestii, czy choćby rozmowy z życzliwym nauczycielem.
Jeśli syn ciecia trafiłby do klasy synów profesorów i zdołałby się w tym środowisku zalegitymizować otoczenie pomogłoby mu się podciągnąć. A kto wie – po latach koledzy egzystujący w innej rzeczywistości finansowej zapewne wyciągnęli by do niego pomocną dłoń i pomogli pewniej stanąć na nogach. Znałem przypadek gdy chłopaka z biednej rodziny rodzice bogatszego kolegi zabierali ze sobą na wakacje.
Problem w tym że sytuacja „podciągnięcia” zachodzi w sytuacji gdy wszelakie „kujony” stanowią większość, a trafiający do takiej grupy uznają wyższość ich etosu, wzorcowość ich stylu życia i próbują doszlusować. Zaczynają czytać to co oni, szukają możliwości nadgonienia swoich braków. O ile nie trafią na środowisko bogatych chamideł z rodzin nuworyszy mają szansę skorzystać.
Sytuacja gdy bystry dzieciak z dobrego domu trafia w środowisko młodocianych żuli tresowanych przez belfrów z selekcji negatywnej może się skończyć albo totalną alienancją albo „dostosowaniem w dół” - do poziomu „kolegów”. Widziałem takie przypadki na własne oczy i po latach konstatuję że był to cholernie smuty widok. Zła szkoła na moich oczach kilka jednostek przeżuła i wypluła jako żużel…
Narzucany przez komunę egalitaryzm – z rejonizacją szkolnictwa włącznie – skończył się źle. W moim pokoleniu było to już wyraźnie widoczne. Dodajmy do tego sytuację że w kraju jej tatusia rosła swobodnie nowa żulia pozbawiona elementarnych zasad dawnego kiziorskiego „honoru”. Z tego co słyszałem – dawniej na Szmulkach nie do pomyślenia była np. sytuacja by Cygan kradł w swojej szkole (nie mówiąc o swojej klasie!) – choć przebywał w środowisku „gandzich” – co do których „smagłolica brać” zazwyczaj nie ma większych skrupułów. Swojak – to była rzecz święta, a kto nie rozumiał – dostawał komisyjny wpierdol.
Za moich czasów młody Polak z warszawskiej Pragi, Woli, czy Jelonek był zdemoralizowany już do tego stopnia że bez żenady okradał kumpla z ławki, albo kradł zaproszony do jego domu. I nie ograniczało się to do jednego lumpenproletariackiego getta. Zaraza rozlewała się już szeroko. Z Torunia znam przypadek gdy „koledzy z klasy” przy okazji wizyty rąbnęli oszczędności rodziców kumpla na kwotę bodaj półtora tysiąca dolarów. Z Wojsławic znam historię gdzie cwany złodziej nie tylko ukradł buty koledze ale próbował wrobić w to innego kumpla z klasy. I tak dalej… Fala szła przez cale lata osiemdziesiąte by wykipieć patologią po upadku komuny. Studenci używający w potocznej mowie wulgaryzmów, kradzieże na uczelniach i w akademikach (wcześniej ewenement), czy ogólny upadek obyczajów – to wszystko nie wzięło się z niczego. Nie było też zwykłym małpowaniem wzorców „zachodu”. Nastąpił wielki triumf chamów który trwa niestety na wielu polach do dziś.
Po 1989-tym nastąpił wielki audyt naszego systemu oświaty. Ludzie zagłosowali nogami. Kto tylko miał choć cień możliwości finansowych zabierał dzieci ze szkoły państwowej, a jak grzyby po deszczu wyrastały szkoły prywatne i społeczne. Kto tylko mógł omijał łukiem zawodówki i pchał dzieci do liceów. Oczywiście postawały różne – od „przechowalni tłumoków” po elitarne. I nie oszukujmy się w wielu przypadkach ludzie zaciskali zęby i ściubili ostatnie groszaki na czesne by uchronić swoje dzieci przed humorami belfrów-przygłupów, ale też agresją fizyczną i demoralizacją ze strony rówieśników z postulowanego przez księżniczkę „przekroju społecznego”.
*
Zasadniczo w obecnym trójbiegunowym systemie edukacji: szkoły państwowe – szkoły społeczne – szkoły prywatne brakuje mi kilku elementów.
Po pierwsze widzimy na każdym kroku że odpuszczono sobie totalnie szkoły państwowe a uczące się tam dzieciaki spisano na straty. Oficjalnie zrobiła to zdaje się pseudominsterka pseudoedukacji łybacka – ogłaszając publicznie że szkoła nie zajmuje się wychowaniem. Brak dziś sprawnego systemu eliminacji z nich elementu ewidentnie zdegenerowanego. Uczniowie mają zbyt wiele praw. Skutkiem tego nieliczna grupka żuli jest w stanie sprawnie sparaliżować całą instytucję. (ale belferstwo samo jest sobie winne – gdy min. Giertych próbował coś w tej kwestii naprawić to się rzucili na „faszystę” z zębami i pazurami).
Po drugie brak systemu pozwalającego wyłapać najbystrzejsze osobniki. Nie ma np. przesiewowych badań inteligencji – znanych nam z II RP. Bo jednak inteligentny syn ciecia, dziś pozbawiony warunków rozwoju, powinien dostać stypendium umożliwiające naukę w szkole elitarnej. Powinna istnieć ścieżka awansu społecznego – wąska i stroma ale możliwa do pokonania. Powinna istnieć sieć dotowanych szkół kształcących wybitnie uzdolnione dzieciaki. Wreszcie nie zapominajmy – II wojna światowa i komuna były okresem rzezi elit. Nie zrobiono do dziś nic by tę wyrwę zasypać. By odbudować elity.
Po trzecie przy całkowitej bierności władz zanika harcerstwo – organizacja mogąca w znaczący sposób poprawić sytuację drogą pracy oddolnej. „Nasza” władzuchna kochana wywala forsę garściami jak pijany marynarz, ale na harcerstwo skąpi głupich kilkudziesięciu milionów złotych rocznie (pisałem już o tym w 2010-tym – nie zmieniło się nic – choć p.o. prezydenta jest obecnie były harcerz).
Po czwarte w warunkach totalnej zapaści demograficznej szkoły w szkołach społecznych i prywatnych zbyt często przymyka się oko na coraz częstsze wybryki bogatych chamów i w imię czesnego nie korzysta się z możliwości ich relegowania. (w szkołach państwowych tej możliwości już w zasadzie nie ma, a do odsiadki w poprawczaku są kolejki).
*
Swoją drogą ciekawe jak by sobie czerwona księżniczka Jaruzelska poradziła w mojej budzie i bez ochrony tatusia. Ale coś mi się zdaje że po paru latach bliskich kontaktów z „przekrojem społecznym”, po pierwszym „posmyraniu po cyckach” na przerwie, po pierwszej skradzionej parze butów, egalitarystyczne mrzonki wyparowałyby by Jej uszami raz na zawsze… A może już wyparowały – bo z artykułu nie wynika do jakiej szkoły posyła swoje dzieci…








