O nauce

Wpis z forum weryfikatorium - z lipca 2011 - ale nadal aktualny. Dyskusja dotyczyła problemu zlecania redakcji prac licencjackich... 

 

*

Ło w mordę. Zajrzałem sobie na Weryfikatorium zobaczyć o czym gadacie i znów trafiam na wypowiedzi ludzi którzy nie posiadają kwalifikacji moralnych ani intelektualnych by zostać pisarzami... Sorry.

Podsumujemy?

Praca zaliczeniowa czy to maturalna, czy licencjacka czy też magisterska to odpowiednik egzaminu. Tak jakby „prawo jazdy na bycie inteligentem”.

Musi być wykonana samodzielnie, bo jak tu słusznie zauważono jej wartość poznawcza zazwyczaj jest nikła, ale stanowi test czy dany osobnik potrafi skojarzyć 3 fakty i wyłożyć swoje skojarzenia w sposób zrozumiały dla otoczenia.

To jest etap gdy należy w kilkuletnim wieloetapowym procesie rozdzielić ziarno i plewy.

Są tu osoby postulujące integrację plew z ziarnem. Proponuję by w domu poszły do kuchni, spróbowały dokonać integracji jabłek zdrowych i zgniłków, a potem postawiły taką szarlotkę na stół.

Zapytajcie dziadków jak wyglądało ich studiowanie. Porównajcie. Zrozumiecie wtedy czemu przedwojenna matura jest warta tyle co dziś tytuł doktora.

*

Co do dysortografii – mam takową dysfunkcję – zdiagnozowaną w epoce gdy nikt jeszcze nie honorował zaświadczeń. Ergo: zakładam ze moja diagnoza jest prawdziwa, bo psycholodzy nie mieli wówczas żadnej motywacji do wystawiania diagnoz naciąganych.

Była to też epoka gdy nikt w naszym kraju nie wiedział jak to należy leczyć.
Większość dysortografików w latach 70-tych i 80-tych dostawała od belferstwa kopa po którym budzili się szlifując płaskownik pilnikiem na przysposobieniu do zawodu (taka zawodówka do której szło się nie po ósmej ale po szóstej klasie podstawówki).

Nieliczni farciarze mieli szczęście trafić na niedobitki przedwojennych pedagogów dla których ważne było rozwiązanie problemów ucznia a nie problemu jakim jest uczeń.

Bo metoda jest – prosta. Trzeba wypisać te kilkadziesiąt - kilkaset słów z którymi ma się problemy i przepisać je po sto razy. Mi to doradzono i tak samodzielnie pozbyłem się większości kłopotów. Choć nadal bazgrzę jak kura pazurem, sadzę literówki „nieortograficzne” i nie mogę zgrać palców by pisać bezwzrokowo.

Przeszkadza mi to jak cholera i musze używać „protez” - tzn. word podkreśla mi na czerwono, tekst przed oddaniem wydawcy czyta żona etc. ale efekt końcowy który dostajecie w księgarni do ręki jest jakościowo zadowalający. Bo dbam o to by się nie podkładać.

Podkreślam: dzięki ciężkiej harówie w wieku lat -nastu praktycznie nie robię błędów ortograficznych. Są literówki i błędy kolejności liter w słowie.

*

Są zawody w których dla dysortografików po prostu nie ma miejsca. Np. zawód nauczyciela. (zwłaszcza przedmiotów humanistycznych w pozostałych nie jest to tak oczywiste, o ile umie bezbłędnie napisać temat na tablicy...) Po prostu – belfer uczy dzieci zatem sam ma być wzorem. Po pierwsze wzorem ortografii. Amen.

Jeśli belfer sadzi byki traci moralne prawo wymagania by dzieciaki nie sadziły byków.
Sorry „sam nie umie a od innych wymaga”. „sam nie umie a innych chce uczyć”.

Na większości kierunków podpisuje się papierek, że nie ma przeciwwskazań zdrowotnych do studiowania i wykonywania zawodu. Zatem belfer (ewentualnie student-przyszły belfer) który ma dysortografię po prostu okłamał komisję rekrutacyjną. Należy go wypieprzyć ze studiów. I tyle w temacie.

Jeszcze jedno – nauczyciel to mimo pauperyzacji tej grupy nadal zawód szczególnego zaufania społecznego. Ergo: nie powinien sadzić błędów, chlać i obmacywać uczennic. To chyba jasne?

Fakt że takich spotykamy to efekt tego że na wcześniejszym etapie ktoś z kontrolujących proces formowania przymknął oko. A macie wśród Was też zwolenników oślepiania...

*

Sorry – patrzę na Was i widzę że niestety należy dołożyć starań by wielu uczestników tego zgromadzenia pisarzami jednak nie zostało.

*

Z chwilą gdy człowiek uzyskuje tytuł naukowy znika kontrola ze strony promotorów i egzaminatorów. Zyskuje wolność. Jeśli nieodpowiedzialnie obdarujemy taką wolnością głąba czy łajdaka skutki będę opłakane.

Teraz popatrzcie na nasze uczelnie i instytuty naukowe. Ilu „podciąganych za uszy” głąbów blokuje tam drogę kariery ludziom autentycznie mądrym? Jak często człowiek posiadający przygotowanie, wiedzę i zapał marnuje siły na przedzieranie się przez kliki i koterie?

Ilu wybitnych naukowców użera się z naciąganymi magistrami którzy decydują o rozdziale grantów a nie są w stanie zrozumieć przedłożonego im wniosku o dotację. I ile kasy idzie w błoto bo rozdzielający kasę nie wykrył pseudonaukowego szwindlu...

Ilu prawdziwych uczonych wyleciało na aut, dla ilu zabrakło miejsca, ile karier roztrzaskali pilnujący stołków przedstawiciele wykształciuchów?

A jak powstają uczelniane kliki? Kiepski uczony by nie wyszło na jaw jego matołectwo dobiera sobie odpowiednio głupszych współpracowników... A ci na asystentów biorą kompletnych już głąbów. A ci z kolei promować będą studentów – debili. Podobnie jest w masie zawodów. Czasem widać to bardzo wyraźnie – wystarczy włączyć TV.

Naprawdę uważacie że w porządku jest wyciąganie pomocnej dłoni do matołów którzy chcą się podfarbować na inteligentów?

Za dwadzieścia lat taki podliftownay kretyn siedzący na uczelnianym stołku może zablokować drogę Waszemu dziecku.

*

Rosjanie mają celne przyłowie. Prawdziwy profesor jest jeden, ale w trzech osobach. On, jego ojciec i dziadek.

Miałem to studiując na archeologii. Był profesor Suchodolski - numizmatyk. Budził mimowolny szacunek. Otaczał go jak aura, gdy wchodził do sali wszyscy milkli. Czuło się fizycznie te 5 wcześniejszych pokoleń profesorów... Prosty jak trzcina. Nie szedł ale kroczył. Wyglądał naturalnie w garniturze. Gestykulację której inni się muszą uczyć miał wrodzoną. Prowadził wykład i widział o czym mówi. Nie dawało się go zagiąć – wygrzebałem informację o złotej monecie bitej przez jednego z książąt okresu rozbicia dzielnicowego. Zadałem pytanie. Wiedział gdzie o tym przeczytałem. Powiedział gdzie znajdę więcej informacji. Przedstawił swoją koncepcję. Amen.

Byli profesorowie Niwiński i Gawlikowski, znany z badań smoleńskich Buko (wówczas doktor). Oni nie mieli za sobą kilku pokoleń przodków profesorów – ale mieli wiedzę taką że klękajcie narody. Obok wiedzy mieli też mądrość i inteligencję. Fakt że profesor Niwiński zaproponował mi miejsce na swoim seminarium znaczy dla mniej więcej niż zdobyty gdzie indziej tytuł magistra. I nie przyjąłem tego zaszczytu bo wiedziałem że skiepszczę. Że to kompletnie nie mój poziom. Żebym mógł się tam utrzymać jako student, musiałbym na dzień dobry przeczytać i zapamiętać treść ze 200 pozycji w 4 różnych językach.

Ergo: wiedziałem że jestem farbowanym lisem. Zdołałem się na tyle umiejętnie zamaskować że profesor dał się zrobić w konia i uznał mnie za wartościowy materiał. Ale wiedziałem też że przy pierwszym prawdziwym zadaniu wyłożę się totalnie. Że trzeba odpuścić od razu bo to za wysokie progi.

Reinecke de Vos wiedział kiedy zamieść za sobą ogonem.

Jednocześnie obok, na tej samej uczelni, egzystowali osobnicy którym tytuły profesorskie nadano chyba po to by ukarać całą dziedzinę nauki... Wiem też komu nasi „profesorowie” dawali tytuły magisterskie. Wiem też kto z mojego pokolenia na uczelni został.

*

Redakcja prac naukowych czasem jest konieczna gdy trzeba przekładać z żargonu specjalistycznego na język zrozumiały dla urzędasów którzy dają granty. Tylko że w świecie prawdziwej nauki konsultuje się każdy przecinek.

Jeśli redaktor z tytułem magistra łapie na oczywistym błędzie doktora lub profesora to mamy problem. I nie jest to problem w tym że „magister jest zbyt mądry”.

Jeśli mamy do czynienia z prawdziwym uczonym sprawdzanie przypisów czy prawidłowości zapisu bibliograficznego są da facto zbędne (oczywiście dobry redaktor sprawdza wszystko). To po prostu będzie prawidłowe, bo uczony choćby średniego formatu wie że nie może sobie pozwolić na błąd.

Są prace pisane pseudonaukowym bełkotem. Są ludzie którym imponują niezrozumiałe słowa. Jest takich wielu. Są „uczeni” którzy lubują się w niezrozumiałej terminologii. Którzy wymyślają nawet własne nazewnictwo by trudniej było obnażyć totalną pustkę ich wywodów.

Ale weźcie sobie pracę „Czekając na Herchora” prof. Niwińskiego. To dzieło napisane jako popularnonaukowe. Zakres zaprezentowanej wiedzy każe zdjąć czapkę. No i do tego życzę Wam byście za dziesięć lat pisali opowiadania polszczyzną w połowie tak dobrą jak ta której użył.

*

Redakcja książki beletrystycznej polega na czym innym. To moment gdy autor przeczytawszy swoje wypociny po raz piąty (w tym ze dwa razy na głos) osiąga etap na którym znieczula się na to co widzi... gdy po naniesieniu setek drobnych poprawek stylistycznych przestaje widzieć tekst bo zna go na pamięć niekoniecznie w tej wersji która ma przed oczyma.

Redakcja merytoryczna ksiązki beletrystycznej jest potrzebna także z innego powodu. W fantasy jest w zasadzie zbędna (chyba że autor skopie coś podstawowego czego nie da się wytłumaczyć magią – anatomię, metalurgię, wytrzymałość drewnianych stropów etc. Jak scena z „gry o tron” gdzie koczownicy topią złoto w kociołku wiszącym nad ogniskiem...)

W SF staje się niezbędna. Ot choćby po to by pojazdy nie wydawały dźwięków w próżni.

W moim przypadku gdy w grę wchodzi fantastyka silnie osadzona w realiach historycznych redakcja ma za zadanie sprawdzić pisownię nazwisk i nazw geograficznych, wstawki w obcych językach, szczegóły techniczne i militarne. Na szczęście mam wśród czytelników ludzi różnych zawodów.

Praca wygląda zatem tak:
a) piszę
b) poprawiam literówki
c) czytam
d) drukuję i czytam raz jeszcze kreśląc na wydruku.
e) Czytam na głos obszerne fragmenty wyłapując „chropawości”
f) Czyta moja Żona, kawałki budzące wątpliwości techniczne konsultujemy z literaturą lub fachowcami.
g) Żona robi mi redakcję
h) Książka trafia do wydawcy.
i) Książka trafia do redaktora z wydawnictwa – czasem się jeszcze czegoś czepi.
j) Książka wraca do mnie celem zaakceptowania lub odrzucenia uwag redaktora. Czasem trafiają się sugestie co uzupełnić.
k) Książka trafia do korekty celem ostatecznego wyłapania ostatnich literówek, wstawienia przecinków w lepsze miejsca etc.

Większość z Was odpada bo przeskakuje z etapu b od razu do h.
Większość z Was nie umie redagować własnych tekstów do poziomu, na którym można je już komuś pokazać. A część uważa się za artystów tak wielkich, że redakcja w ich mniemaniu jest zbyteczna.

Przy pisaniu pracy naukowej posiada się promotora. Jego zadaniem jest ukierunkować tok działań, czasem podpowiedzieć dodatkowe kierunki poszukiwań.

Przy pisaniu powieści dostaje się redaktora.

Do pisania pracy naukowej należy opanować alfabet, terminologię danej dziedziny i podstawy gramatyki. Trzeba osiągnąć pewien poziom by przejść do kolejnego.
Przy pisaniu książki jest podobnie. Zredagować metodą „piszemy za autora to co chciał wyrazić” można wszystko. Tylko po co?

Grzechem pierworodnym uczestników tego forum jest typowe dla Polactwa cwaniactwo i kombinowanie. Zamierzacie wykonywać elitarny zawód ale zamiast się przyłożyć dumacie jak sobie obniżyć poprzeczkę.

Nie umiecie dokonać autoredakcji by tekst spełniał podstawowe wymogi i przeskoczył dziesięć konkurencyjnych tekstów napisanych gorzej. Dacie go do zredagowania za kasę – być może nabierze szlifu. Ale wasze zadanie to opanować umiejętność redakcji autorskiej.

*

Bez tego w grze o miejsce na Parnasie nie przejdziecie na kolejny lewel.
A ja Was tego nie nauczę bo się boję co zrobicie z tą wiedzą.
*

Cierpicie na polski grzech pierworodny. Skazę duszy nakazująca zawsze szukać drogi na skróty. Stąd pomysły z drukiem w systemie pod, stąd pomysły z e-bookami, stąd szalony problem intelektualny „czy debiutować w internecie”. Stąd pomysły, że może trzeba publikować za granicą, bo tam podobno poprzeczka ustawiona jest niżej. Zamiast po prostu się przyłożyć próbujecie cwaniaczyć.

Czy to nauka czy literatura brak Wam absolutnych podstaw kindersztuby. Nie łapiecie nawet co jest obciachem. (tak „luka” to m.in. o tobie) Pisanie książek to zajęcie elitarne. Para się tym jeden 0,025% mieszkańców tego kraju. Chcąc wejść na nasze salony opłuczcie proszę chociaż gumofilce z obornika.

I przestańcie marudzić. W tym zawodzie jak w każdym innym trzeba harować. Ktoś tu niedawno strasznie pluł na „Zmierzch”. 4 tomy tej szmiry to około 2300 stron maszynopisu. To więcej niż mój cykl „oko jelenia”. Autorka natrzaskała te 4 miliony znaków. Czy ktoś z krytykujących ma za sobą chociaż pierwszy milion uderzeń w klawisze? Dziękujcie Bogu że nie mieszkacie w Ameryce. Bo tam to dopiero dostalibyście koooopa od życia.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/