Nasi "chłopi'
- czwartek, 11, kwiecień 2013 10:41
- Andrzej Pilipiuk
W XIX wieku nastąpiła powolna mechanizacja rolnictwa (np. pojawienie się żniwiarek) oraz wzrost wydajności upraw i hodowli. Dzięki ciężkiej pracy lekarzy i felczerów podniósł się znacznie poziom higieny a w ślad za tym spadła śmiertelność dzieci i niemowląt co spowodowało eksplozję demograficzną. Na wsi pojawiła się masa ludzi zbędnych. Polski raczkujący kapitalizm wchłonął ją. Rozwijały się miasta. Budowano fabryki, kopalnie, przędzalnie. Obok wyrosły osiedla familoków, famuł, oraz paskudnych kamienic czynszowych, jak i dzielnice domków dla kadry technicznej. Jedynym problemem było to aby ludzi ze wsi przyuczyć do obsługi maszyn.
Jesteśmy dziś w sytuacji dość analogicznej. Mamy tysiące maturzystów, studentów i świeżo upieczonych magistrów. Są to ludzie luźni. Nie mają żadnej roboty. Maturzyści nie umieją nic. Absolwenci z dyplomami do pracy w wyuczonych zawodach w większości przypadków kompletnie się nie nadają. W tej sytuacji powinniśmy masowo stawiać fabryki i towary dziś sprowadzane z Chin wytwarzać samodzielnie.
Jest jeden problem. XIX wieczni chłopi dali sobie radę. Od dziecka robili łopatą i siekierą, kobiety od dziecka tkały, haftowały i plewiły. Zręczność w palcach mieli wszyscy. Wystarczyło ukierunkować. Zagrożenia związane z przebywaniem w pobliżu urządzeń technicznych też załapali – niejednego w życiu koń kopnął… Nasi maturzyści przeważnie mają dwie lewe ręce do roboty.
Dla chłopa zdobycie pracy w mieście było awansem cywilizacyjnym, nobilitacją i powodem do dumy. Gdy wpadał do krewnych z wizytą był KIMŚ. Panem Robotnikiem z Fabryki, w butach od Baty, w miejskim ubraniu, z zegarkiem w kieszeni… Człowiekiem który widział kino i raz w miesiącu poszedł z żoną do operetki… Dla naszego „pana magistra” konieczność pracy przy taśmie byłaby degradacją i źródłem kompleksów…







