Sharyń
- poniedziałek, 12, marzec 2018 10:36
- Andrzej Pilipiuk
Wojsławice podczas okupacji były jak na ówczesne warunki nieomal oazą spokoju. Po wsiach - AK, BCh i AL - spore siły partyzanckie pod bronią. Niemcy szczególnie nie dokuczali – w miasteczku posterunek zakładali sporadycznie. Z większych tragedii odnotować można pacyfikację wsi Olszanka, wysiedlenie Żydów i dwie lub trzy egzekucje schwytanych. A miejscowi Ukraińcy stanowiący 25-30% mieszkańców gminy zaczepki z Polakami nie szukali.
Na wschodzie - w Uchaniach była już trudniejsza sytuacja - bo stały punkt kontrolny niemiecki i trochę kwaterowało tych z SS-Hałyczyna. A im dalej na wschód i południe tym gorzej - jedni drugich tłukli a nocami na przemian płonęły gospodarstwa polskie i ukraińskie. W Hrubieszowskiem czy w okolicach Tomaszowa były problemy z UPA - regularnie od 1942 roku. W tej części Ziemi Chełmskiej mieszkało po wsiach tak do 30% Ukraińców - bywały też rodziny mieszane. Wiosek czysto ukraińskich albo czysto polskich prawie nie było - wszystko wymieszane. Narodowość gospodarzy po psach się poznawało - u Polaków pies był na łańcuchu przy budzie - żeby szczekał. U Ukraińców biegał luzem - przyuczony by w razie czego biec do pana... (nie zawsze - przeważnie) We wspomnieniach wojsławickich partyzantów są informacje że prowadzono posterunki regularne obserwacje ze wzgórz na południu gminy - w stronę Grabowca - czy nie nadciąga jakieś zagrożenie.
Na zachód - już inaczej - bo Bończa to była ostatnia wieś w której stała cerkiew - potem dopiero w Krasnymstawie trochę prawosławnych i unitów. Zasięg języka ukraińskiego historycznie sięgał po Krasnystaw właśnie.
Na wschód i południowy wschód od naszej gminy działo się nieciekawie. Upowcy niejedną zbrodnię tam popełnili – do nas też się parę razy zapuścili (jest pomnik w Turowcu - kilkadziesiąt ofiar...)(moi dalecy krewni też). Nasza okolica to styk pagórów chełmskich i działów grabowieckich. Typowa wyżyna lessowa Lasy, zagajniki, wąwozy, pagórki - każda partyzantka czuła się tam jak ryba w wodzie. Każdy przysiółek można było swobodnie odwiedzić albo napaść z zaskoczenia - zależnie od intencji... I samotnych chat trochę było.
*
W naszej okolicy (tj. w promieniu kilkunastu kilometrów) były dwie wsi ze znaczną przewagą ludności ukraińskiej – Wierzchowiny (na północ od Wojsławic) i Sahryń (na południe od Hrubieszowa). Obie zostały spalone a mieszkańców wybito niemal do nogi. O Wierzchowinach już pisałem. Sprawa z nimi jest zagmatwana i wymaga dalszych badań – włącznie z konieczną ekshumacją ofiar. Oficjalnie mieszkańców – ponad 100 osób wymordował oddział NZS Pazderskiego (ps. „szary”) istnieje jednak dobrze udokumentowana hipoteza że była to robota KBW.
W Sahryniu sytuacja jest jasna – w marcu 1944 wieś zrównała z ziemią i mieszkańców wymordowała AK. Sahryń na cel ataku wybrano nieprzypadkowo - wedle informacji wywiadu dla Ukraińców osada ta stanowiła punkt z którego dało się kontrolować sytuację na ziemi Hrubieszowskiej. Były "koszary" UPA na wypadek mobilizacji większych sił - po ataku w kilku stodołach znaleziono przygotowane piętrowe prycze dla 150-200 ludzi. Odpowiada to sile trzech sotni (stonia to teoretycznie 100 ludzi ale z reguły nie miały pełnego składu). Wywiad AK miał informacje o przemieszczaniu się oddziałów UPA wycofujących się na zachód w ucieczce przed zbliżającym się frontem. Spodziewano się powtórki wydarzeń z Wołynia.
Uderzono na wieś ogromnymi jak na ówczesne warunki siłami - partyzanci zostali zmobilizowani z kilku gmin łącznie około 500 ludzi - spodziewano się umocnień i zaciętej bitwy ze znacznymi siłami UPA. Plan strategiczny prosty - pośle się do piachu kilkuset upowców - co pozwoli odzyskać kontrolę nad Hrubieszowem i okolicą – oraz pokaże się Ukraińcom że na zachód od Bugu nie mają czego szukać. Tylko że upowców nie zastano - pewnie byli na kwaterach na wschodzie albo w okolicach Tomaszowa Lubelskiego.
Opór stawiło około 60-70 ludzi – miejscowa samoobrona (podległa UPA), posterunek ukraińskiej policji, oraz grupa dezerterów z SS. Partyzancie nie brali jeńców – każdy schwytany z bronią w ręku był zabijany na miejscu. Strzelano też do cywilów w tym kobiet i dzieci. Po zdławieniu oporu wysadzono podziemne bunkry, oraz spalono zabudowania.
Łącznie liczbę ofiar szacuje się na 260-400 (ukraińskie źródła podają nawet 600-800). Można groby rozkopać i policzyć dokładnie. Tylko po co naruszać spokój zmarłych?
Jak to widzę:
Po pierwsze - w takiej partyzanckiej wojnie trudno powiedzieć kto cywil a kto nie... Mój dziadek w konspiracji nie był - ale woził do lasu i jedzenie dla Żydów i kartofle dla partyzantów i jak karabin trzeba było naprawić każdy w okolicy wiedział że jest rusznikarzem... Ergo: i był cywilem i zarazem nie był. I przecież wiedział kto jest partyzantem a kto nie.
Nasz obraz partyzantki ukształtowały filmy – dzielni chłopcy z lasu, ziemlanki na polanach… Rzeczywistość była trochę inna. N naszym terenie partyzanci udawali spokojnych rolników. Gdy przychodził czas akcji wyciągali ze skrytek karabiny i szli nocą na akcję by rano znów udawać spokojnych rolników.
W Sahryniu polska partyzantka najwidoczniej uznała że „wieś jest upowska” rozróżnić kto upowiec a kto nie się nie da – trzeba zabijać jak leci. Wojna… W oddziałach byli ludzie którzy stracili domy i rodziny. Byli uciekinierzy w Wołynia. Wielu atak na Sahryn potraktowało jako okazję do zemsty za osobiste krzywdy…
*
Brudna chłopska wojna toczona przez dwa bratnie narody nie przyniosła nikomu chluby. Korzyści mieli z niej wyłącznie niemcy i sowieci. Dochodzi tu do głosu stara rzymska zasada: „divide et imperia” – „dziel i rządź” póki niewolnicy biją się między sobą panowie mają spokój… Ludzie w hrubieszowskiem zabijali się nawzajem zamiast wspólnie tłuc niemców a potem Ruskich. Zabijali się z różnych powodów. Czasem odwetowo, czasem sąsiad do sąsiada miał o coś pretensje. Czasem wieś do wsi. Były spory o lasy, pastwiska etc. To że niektórzy mieszkańcy okolic byli innej religii i mówili innym językiem spowodowało jedynie eskalację konfliktu i ułatwiło wybuch - po prostu łatwiej było ustalić kto "nasz" a kto "wróg" rozciągnąć odpowiedzialność na pewną zbiorowość.
Stawianie znaku równości między zbrodnią wołyńską a podobnymi akcjami odwetowymi nie ma moim zdaniem sensu. Zabijali jedni i drudzy. Tylko że jak policzymy jednych i drugich wychodzi że przy porównywalnych siłach konspiracji polskich cywili wedle najostrożniejszych szacunków zginęło dziesięciokrotnie więcej. To pokazuje różnicę podejścia, różnicę w sposobie prowadzenia wojny.
Moim zdaniem - nie ma sensu grzebać w tych sprawach. Za późno. Ścigać kogokolwiek można było 25 lat temu. Dziś? Kogo znajdziemy? kilku dziadków po sto lat? (jak w 1942 miał 16 to dziś 92) ci którzy decydowali i wydawali rozkazy byli starsi... Sprawcy którzy nie wpadli w łapy NKWD i UB już nie żyją. Ofiarom życia nie wróci - można co najwyżej zadbać o pamięć - postawić pomniki. Możemy się licytować szczegółami, drastycznością zbrodni etc. Po co? Tak było i tego nie zmienimy. My urodziliśmy się dziesiątki lat później. Nas te sprawy dotyczą już w minimalnym stopniu. Gdzieś tam tkwią w głowie - nadal trują - ale nie tak jak zatruły myśli księdza Zaleskiego...
Trzeba w sposób konkretny i czytelny napiętnować zbrodnie. Pokazać i uświadomić ludziom zło. Pokazać tamte ponure czasy i dokonane wówczas złe wybory. Żeby się to więcej nie powtórzyło. Zwykli ludzie się dogadują. W Polsce pracuje 800 tyś Ukraińców. Nie sprawiają kłopotów. Z reguły postrzegani są jako odpowiedzialni i wartościowi pracownicy. Jest to ogromna zmiana w porównaniu z latami 90-tymi. Nie obawiamy się też ich masowej migracji – widać wyraźnie że oni tu nie zostaną. Część pojedzie dalej na zachód, cześć wróci do domów.
Politycy próbują coś z tego sporu mieć. Ale moim zdaniem politycznie nic się na tym nie ugra. Na konflikcie polsko-ukraińskim wygra tylko rosja...







