Do Martinaedena

Powiem tak: 

Ze szkołami za komuny było bardzo różnie - czasem w latach 70-tych trafiały się jeszcze niedobitki przedwojennych NAUCZYCIELI. Bywali ludzie z powołania. A bok byli wyrobnicy, którzy mieli uczniów i ich rodziców w tzw. głębokim poważaniu... Trafiali się też ewidenti sadyści.

Taki przykład: Z mojej klasy (jak wspominałem selekcja negatywna...) do liceów poszły 4 osoby. Z równoległej (dooobra wychowawczyni) bodaj 17. (tak połowa stanu).

Przede wszystkim problem widzę w przegęszczeniu - przy 42  osobach w klasie (tak miałem w piątej) siłą rzeczy nauczyciele mieli bardzo pod górkę. Krzesła dostawiane do stolików, lekcje na korytarzach i stołówce etc.

Jeśli dodamy do tego przegęszczenia jako czynnik dzieciaki stricte patologiczne - które w piętej - szóstej klasie pałiły pety, wagarowały a szkołe miały głęboko w d... robi się nieciekawie. 

Znajomi miewali różne doświadecznia - wielu znacznie lepsze niż ja. 

*

Dzieciaki na wsi miały trudniej. Koledzy spod Witoldowa chodzili pieszo do Wojsławic do szkoły (3 km w jedną stronę). Czasem jechał ktoś wozem - to podrzucił. No i dalsze kształcenie - w Chełmie - ciut za daleko by codziennie dojeżdżać. 

*

Kolejki to temat rzeka - ileż zdrowia i czasu nasi rodzice w nich stracili...  

A buty od których odpadła podeszwa - też mi się przytrafiły... 

 

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/