Jeden z "wyklętych"

                Na marginesie dyskusji nad zniszczonym pomnikiem „Inki” naszła mnie refleksja nad naszą historią. Za stalina powszechnie lansowano pogląd że AK i NSZ były bandą faszystów (a jednocześnie agenturą brytyjsko-amerykańską) i wrogiem wewnętrznym masakrującym bez litości tak polskich chłopów jak i bohaterskich komunistów. W latach 40-tych w wyklinanie „leśnych” umoczył się nawet tak dobry człowiek jak Julian Tuwim (dziś litościwie nie wznawia się pereł poezji które wówczas stworzył ku chwale NKWD i UB). Potem natarcie na froncie ideologicznym osłabło – socjaliści uznali że AK miała pewne zasługi w walce z hitlerowcami, oczywiście nie tak duże jak bohaterowie z AL i GL oraz dywersanci sowieccy. Walka Batalionów Chłopskich nie była szczególnie nagłaśniana a NSZ starano się zamilczeć na śmierć.

                Po 1989-tym role się odwróciły. Otwarcie zaczęto pisać o bandach morderców i podpalaczy spod znaku AL, na piedestał postawiono AK, z pewnym poślizgiem należne miejsce w historii przywrócono ludziom z NSZ. Pojawił się też ponownie temat „żołnierzy wyklętych” – ludzi którzy po wojnie nie złożyli broni ale podjęli walkę z komuchami. "wybiórcza" zaczęła nawet jakby nieśmiało rehabilitować UPA. 

                W okolicy Wojsławic w czasie wojny działało oczywiście AK. Część mieszkańców okolicznych wiosek zasiliła też szeregi AL i BCh. Nasycenie partyzantką i konspiracją było znaczne – czego najlepszym dowodem jest bitwa o Wojsławice 17 kwietnia 1944 kiedy to zgrupowane siły partyzanckie nie dopuściły do pacyfikacji osady spuszczając regularnym wojskom niemieckim widowiskowy łomot.

                Po wojnie struktury czasu okupacji poszły w rozsypkę a Gmina stała się areną regularnych potyczek milicji, ORMO i KBW z bandami rabunkowymi nawiązującymi do tradycji partyzanckich. W tej niezbyt ciekawej sytuacji w nasze strony ściągnął Henryk Lewczuk „Młot” ze swoim oddziałem. I wziął towarzystwo ostro za mordę. Zażądał by wszyscy uważający się za partyzantów przeszli pod jego komendę. Następnie jego ludzie wystrzelali po lasach wszelkiego rodzaju bandziorów i zaprowadzili porządek. Oddział walczył na terenie powiatu chełmskiego do 1947-mego. Jedną z ważniejszych akcji było rozbicie wiezienia w Hrubieszowie dokonane we współpracy z upowcami. Potem „młotowcy” poddali się by skorzystać z amnestii. Sam Lewczuk wyemigrował do Francji gdzie działał w organizacjach polonijnych a do kraju wrócił już po upadku komuny. Został senatorem a przed śmiercią z rąk Lecha Kaczyńskiego otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Piękny życiorys bohatera godnego pomników.

                Problem w tym że gdy rozmawia się z miejscowymi – i to bynajmniej nie ze zwolennikami komuny – wyłania się obraz nieco odmienny. Zdaje się oddział przejmując kontrolę nad miejscowymi zaabsorbował zbyt dużo pseudopartyzanckiego elementu bandziorskiego – bowiem w rozmowach przewijają się wątki i rozstrzelania chłopa który odmawiał oddania „młotowcom” słoniny i Żyda imieniem Icek który przetrwał okupację w ukryciu a został schwytany i zastrzelony przez partyzantów tylko dla tego że nie miał przy sobie pieniędzy by się im opłacić. Mówi się też o haraczach zdzieranych z okolicznych gospodarzy i o pogwałconych dziewczynach i o milicjantach spalonych żywcem… Są i tacy którzy mimo wszystko twardo bronią Młota twierdząc że po prostu nie mógł wszystkich swoich ludzi upilnować. A i tacy którzy uważają że życie pod jego okiem było ciężkie ale i tak lżejsze niż za okupacji no i komuchy się go bali i nie darli z miejscowych swoich kontyngentów. Nawet jego przeciwnicy przyznają że w gminie się bardzo poprawiło. Ale są i głosy że szaleńcza akcja rozbicia więzienia w Hrubieszowie podyktowana była chęcią ratowania ludzi którzy za dużo wiedzieli, a bohater do kraju wrócił dopiero gdy zmarli najważniejsi świadkowie jego "dokonań".

                Część tych opowieści to zapewne odbicie kolportowanych przez władzę ludową plotek – czarna legenda partyzantki. Problem w tym że część to niestety surowa prawda.

                Ukraińcy mają problem z weteranami UPA. Są wśród nich bohaterowie walczący z niemcami i sowietami. Są dezerterzy z SS-Galitzien którzy mają na koncie walkę z sowietami ale …u boku hitlerowców. Są te odrażający mordercy kobiet i dzieci. UPA mordowała nie tylko Polaków - jej ofiarą padło też 40-80 tysiećy Ukraińców. Podejmowane próby prześwietlania życiorysów przyniosły efekty tak ponure że w końcu zarzucono ten trud. Ukraińcy po prostu rozpaczliwie potrzebują wzorców postawy patriotycznej i legend państwowotwórczych. A nie bardzo mają materiał by je tworzyć. Więc forsownie gloryfikują UPA - tym mocniej im mniej żyjących świadków. 

                Patrząc na przykład „Młota” boję się czy nie popełniamy tego samego błędu. Był bohaterem wielkiego formatu. Zarazem poełnił szereg czynów niegodnych. Czy nie przesunęliśmy wajchy za daleko w prawo. Może zanadto przymykamy oko na rozmaite mniejsze i większy błędy naszych „wyklętych”? Może warto by przyjrzeć się uważniej i zamiast przygarniać do łona Ojczyzny wszystkich jak leci bohaterską legendę mocniej oprzeć na pokazaniu jednostek naprawdę nieskazitelnych? Takich jak „Inka”.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/