Infoanarchizm to marksizm

wrzucam mój tekst z roku bodaj 2005-tego

***

Aberracja

Środowiska wolnościowców opierają się na zasadzie, że granice wolności jednostki kończą się tam gdzie zaczynają się granice praw i wolności innej jednostki. Z rosnącym niepokojem obserwuję, więc jak do naszego domu zakradły się szczury, które w samym mateczniku myśli kapitalistycznej rozsiewają niebezpieczny bakcyl socjalistycznej lumperki.

W moim KOMENTARZU do WYWIADU z jednym z czołowych polskich infoanarchistów rzuciłem wprost argument, iż infoanarchizm to odmiana „starego dobrego” marksizmu. W odpowiedzi zamiast argumentów posypały się na mnie inwektywy. Widząc, że dyskusja wspina się na coraz wyższe wyżyny idiotyzmu postanowiłem niniejszym przedstawić moje stanowisko.

I


Jakie są podstawy marksizmu wdrażane przez jego rozmaitych pogrobowców? Ustrój oparty na „kapitale” charakteryzuje się trzema najważniejszymi cechami: zanikiem lub ograniczeniem własności prywatnej, brakiem powiązania między wartością pracy a wysokością zarobków, oraz szerokim dopuszczeniem do władzy lumpów. (Dla celów tego wywodu pomijam oczywistości w rodzaju likwidacji rodziny, religii i świadomości przynależności etnicznej). Postulaty wrogów własności intelektualnej są identyczne: pragną dokonać zamachu na moją własność, wymyślają teorie wedle, których mój byt będzie uniezależniony od wyników mojej pracy, program swój kierują zaś tradycyjnie - do lumpów.

Kto najłatwiej zakwestionuje prawa własności drugiego człowieka? Lump. Człowiek, który z racji swojego lenistwa, nałogu lub patologicznej niezaradności życiowej sam własności nie posiada, ale pożąda rzeczy bliźniego swego. Do kogo najlepiej trafia program głoszący wolność kopiowania filmów, gier komputerowych, muzyki czy książek? Do lumpów. Do nastolatków, którym nie chce się na płytę czy grę zapracować, do dorosłych, którzy uważają, że lepiej dany towar ukraść a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na inne przyjemności.

Do kogo trafiał socjalizm implantowany Polakom przez władzę sowiecką? Kto zasilał szeregi PPR, UB, ORMO etc? Czym i jak wynagradzano tych ludzi? Kto zajmował umeblowane mieszkania konfiskowane burżujom? Kto chodził potem w ich futrach? Analogie są oczywiste. Klientami i zapleczem infoanarchistów jest ta sama, co u marksistów grupa społeczna: złodzieje, lenie, kombinatorzy i cwaniaczki. Czyli ogólnie rzecz biorąc lumpy.

II


Daleki jestem od uznawania pracy za wartość samą w sobie. Ważniejsze są jej efekty. To za te efekty wynagradza się pracownika. Górnik kopiąc wydobywa węgiel – tworzy wartość materialną. Węgiel możemy wziąć do ręki, poczuć jego ciężar. Pisarz, muzyk czy reżyser tworzą wartość intelektualną. Od niedawna efekty ich pracy zapisuje się głównie w postaci cyfrowej. Panienka spod latarni pracując zmienia jedynie równowagę biochemiczną w mózgu klienta (i to na krótko). Wszyscy wykonują jakąś pracę i choć jej efekt zaliczymy do trzech różnych „stanów skupienia” są za nią wynagradzani. Przeważnie wartość tej pracy określa rynek.

Dlaczego więc ni z tego ni z owego ktoś postuluje by jedną z tych grup odciąć od efektów finansowych jej pracy? I dlaczego w pierwszej kolejności odcięci mają być właśnie artyści? Czemu nie panienka spod latarni, której pracy po kilku godzinach nie da się już wykryć żadną aparaturą? Czemu nie górnik, z którego węgla niebawem zostanie tylko dwutlenek węgla? Jeśli ktoś się krzywi, że pisarz zarabia wielokrotnie niech zaproponuje panience by świadczyła usługi za darmo. Wszak jej „narzędzie pracy” też przynosi zyski latami. Niech zaproponuje górnikowi by kopał za darmo – ostatecznie cała jego praca to tylko trochę wysiłku fizycznego.

Napisanie książki to pomijając proces wymyślenia pięćset tysięcy uderzeń w klawisze komputera. Tyle trzeba wtopić wysiłku, aby uzyskać efekt w postacie 300 stronicowej książeczki. Jej skopiowanie to kilka, kliknięć myszką. I to właśnie boli. Pracę polegającą na uderzeniu pół miliona razy palcami w klawisze byle lump jest w stanie zniweczyć w ciągu 10 sekund. Napisanie książki to minimum 250 godzin poświęconych na samo wklepywanie. Redakcja, korekta, przygotowanie do druku to kolejne 250 godzin. A jeszcze trzeba wymyślić… A jeszcze trzeba umieć napisać… Uporządkowanie pięciuset tysięcy znaków w słowa i zdania dla infoanarchistów najwyraźniej nie jest pracą godną wynagrodzenia.

Zapytam przewrotnie a ile książek napisali polscy infoanarchiści? A może mają jakieś inne dokonania, które mogą nam zaprezentować?

III


Niektórzy pseudowolnościowcy znowu przywołują czysto socjalistyczne pomysły. Twierdzą, że artysta powinien pracować dla sztuki a nie dla pieniędzy. Jest to oczywiście chora bzdura. Artysta (pomijam tu rozmaitych hochsztaplerów od sztuki nowoczesnej) wkłada w swoją działalność pracę. Najpierw koncepcyjną, potem fizyczną. Wreszcie tworzy jakiś wyrób artystyczny. Jeśli wyrób jest dobry to się go sprzedaje (nie ważne czy na rynku czy mecenasowi, który daną rzecz zamówił) i zabiera się do tworzenia kolejnego dzieła. Co sprawi oderwanie artysty od efektów finansowych jego działalności? Cóż z czegoś trzeba żyć, więc artysta poszuka sobie pracy pozaartystycznej. W efekcie kolejne dzieła nie powstaną, a lista utworów do skopiowania nagle okaże się rozpaczliwie krótka.

Nie jest to czcza spekulacja. Weźmy taki przykład prosto z życia. W latach 1990-2001 rynek polskiej literatury fantastycznej opanowało jedno wydawnictwo. Płaciło kiepsko (za to dużo mówiło się tam autorom o „misji” i artyzmie). Polskiej fantastyki wydawano w porywach do 8 książek rocznie. Bywały lata, kiedy nie wręczano nagród w kategorii powieść – nie było, komu ani za co. Potem na ten rynek nagle weszły dwa nowe prężnie działające wydawnictwa, które na dzień dobry zaoferowały stawki 3-4 razy wyższe. W efekcie od pięciu lat mamy niezwykły i bezprecedensowy rozkwit tej literatury. Rocznie ukazuje i po 30 książek. Wzrosła objętość, skoczyły nakłady, poprawiła się dystrybucja. Kupa ludzi, którzy wcześniej pisali tylko w wolnych chwilach lub nie pisali wcale bo musieli pracować w innych zawodach zabrała się do roboty. Najlepsi w ogóle przeszli na zawodowstwo – żyją tylko i wyłącznie z pisania. Przykład ludzi, którzy w pocie czoła dorabiają się pisząc książki podziałał elektryzująco. Coraz więcej młodych próbuje zmierzyć się z oporem słów. Sensowne wynagrodzenie za pracę uruchomiło uśpione talenty.

IV


W ciągu ostatnich 25 lat ludzkość przeszła daleką drogę. Pojawiły się i upowszechniły komputery osobiste, potem także internet. Logiczne iż dotychczas obowiązujące systemy prawne musiały przejść ewolucję obejmując nowe zjawiska i nowe problemy związane z postępem technicznym. W roku 1850 nie było zakazu jazdy przy czerwonym świetle bo nie było samochodów. W roku 1980-tym kradzież własności intelektualnej mogła polegać co najwyżej na skopiowaniu taśmy perforowanej, bo ksero było zbyt drogie i zbyt dobrze pilnowane przez smutnych panów by kopiować w ten sposób książki. Postęp techniczny po prostu drastycznie zwiększył możliwości nadużyć.

Niektórzy pseudowolnościowcy próbują się usprawiedliwiać i zagłuszać głos sumienia twierdząc że człowiek, którego efekty pracy zostaną nielegalnie skopiowane nie ponosi żadnej szkody. Jest to oczywista aberracja – dowód na to jak bardzo marksizm i lumperka przeżarła ludziom mózgi. Straty oczywiście są. I to gigantyczne.

Wyobraźmy sobie sytuację: wyspecjalizowany gang zakrada się nocą do fabryki, uruchamia linię produkcyjną wytwarza partię wyrobów identycznych z oryginalnymi, po czym znika. Następnie rzuca je na rynek dużo taniej lub rozdaje za darmo. Sytuacja z kopiowaniem pliku jest analogiczna. Ktoś produkuje wyrób identyczny z oryginalnym a następnie oferuje go dużo taniej (no cóż w przeciwieństwie do wytwórcy nie ponosi żadnych kosztów) lub zgoła darmo. Na rynku konkurują, zatem wyroby legalne i nielegalne – z tym że te ostatnie oferowane są po cenach dumpingowych. To powoduje że sprzedaż legalnych wyrobów przestaje być opłacalna. To pociąga za sobą plajtę i co ważniejsze zanik produkcji czegokolwiek. Do obliczania wielkości strat koncerny i wydawnictwa mają obecnie algorytmy analizujące dynamikę sprzedaży – straty można więc w przybliżeniu oszacować.

W moim przypadku dysponuję wycinkowymi liczbami. Około miesiąca po premierze jednej z moich powieści namierzono w sieci stronę oferującą ją w postaci elektronicznej. Co raczej niespotykane miała ona licznik pobrań. Wynikało z niego niezbicie iż tylko z tego miejsca rozeszło się więcej kopii niż ilość sprzedanych egzemplarzy papierowych.

V


Infoanarchiści bredzą coś na temat innych niż sprzedaż sposobów zarabiania na własności intelektualnej. Oczywiście jest to kolejna porcja banialuk i samookłamywania się. Z książkami już próbowano. Przed kilku laty Stephen King umieszczał w internecie swoją powieść w odcinkach. Każdy chętny mógł je sobie ściągnąć. W zamian należało uiścić niewysoką opłatę. Pisarz zadeklarował, że kolejne odcinki będą zamieszczane, jeśli minimum ¾ ściągających zapłaci.

Niestety amerykanie – ludzie żyjący od dziecka w dużo lepszym ustroju niż nasz, zarabiający średnio siedmiokrotnie lepiej niż Polacy uznali, że mogą na tym zaoszczędzić i projekt upadł. Podobnie zdechł w Polsce projekt sprzedawania powieści w odcinkach za pomocą SMS-ów.
Kinematografia nigeryjska zderzyła się z problemem piractwa video. Skala tego zjawiska była tak ogromna, że wytwórnie filmowe zdecydowały się na znalezienie alternatywnych sposobów zarabiania na filmach. Rozwinięto usługi typu product-pleacement.

Wytwórca dajmy na to papierosów dawał kilka tysięcy dolarów, aby bohaterowie przez kilka minut dajmy na to mordowali się „przypadkiem” koło podświetlonej reklamy używki. Dochody z tego źródła pozwalają od biedy kręcić kolejne filmy. Ale kinematografia nigeryjska nie jest w stanie wyjść poza granice swego kraju. Nie stać ich na podniesienie poziomu technicznego, nie stać na efekty specjalne czy choćby ciekawe plenery. Wegetują zjadani przez infoanarchistów. Wprawdzie mówi się, że Polacy są sto lat w tyle za murzynami, ale jakoś nie mam ochoty patrzeć jak stajemy się drugą Nigerią (i to bez złota, ropy i diamentów).

(a tak na marginesie – starsi czytelnicy pamiętają zapewne masową plajtę kin na początku lat 90-tych spowodowaną głównie piractwem video).

Dodawanie reklam do książek też już wypróbowano w USA i szybko zarzucono.

Te przykłady pokazują, że alternatywne źródła finansowania działalności artystycznej to (przynajmniej na razie) kompletna mrzonka. Pomysły typu: ktoś czyta za darmo po czym wspomaga dobrowolnym datkiem ulubionego autora to niestety także fantastyka. Pamiętam jak zaledwie kilka dni po śmierci Tomasza Pacyńskiego jacyś „infoanarchiści” sprzedawali(!) na allergo Jego książki w postaci elektronicznej - zeskanowane przez OCR. Jeśli zabrakło im przyzwoitości do tego stopnia że w biały dzień podcinali ostatnie skromne źródło dochodu wdowy po pisarzu to kto uszanuje żywego?

O oczywistej dewiacji, jaką jest finansowanie artystów przez państwo nawet nie wspomnę.

VI


Argument o tym, że bezpłatny dostęp do dóbr kultury jest motorem rozwoju kulturalnego można zbić niezwykle łatwo. Starczy spojrzeć na Kazachstan. Kraj ten nie podpisał żadnych umów o ochronie własności intelektualnej. W efekcie gdyby twierdzenia infoanarchistów były prawdziwe powinien promieniować własną kulturą i sztuką inspirowaną najlepszymi światowymi dziełami, a jego mieszkańcy mając nieograniczony dostęp do skarbów naszej cywilizacji powinni wspiąć się na szczyty wyrafinowania. Tymczasem prawdziwy Kazachstan sądząc po zdjęciach nie odbiega specjalnie od tego co ukazano w filmidle „Borat…”.

Nie mam specjalnie nic przeciwko temu by ktoś oferował swoje książki, obrazy, filmy czy muzykę za darmo przez internet. Jeśli go na to stać, jeśli ma taką fantazję, jeśli sztuka jest dla niego ważniejsza niż forsa niech robi, co zechce. Mnie nie stać by rozdawać darmo efekty mojej ciężkiej orki. Poza tym uważam, że rozdawnictwo demoralizuje.

VII


Problem kolejny – prawa patentowe. Grupa pseudowolnościowców głosi publicznie pogląd, że patenty to straszliwe zło hamujące postęp światowej cywilizacji. Czy tak jest na prawdę?

Związek radziecki był krajem iście infoanarchistycznym. Jego władze nigdy nie podpisały umów o międzynarodowej ochronie patentowej. W efekcie powinien powstać raj na ziemi, kraina niezwykłego postępu „gdzie dzień dzisiejszy jest już jutrem”. Tymczasem za sąsiada mieliśmy państwo, które potwornie toporne wyroby mogło sprzedawać tylko w swoich koloniach sztucznie utrzymywanych na bardzo niskim poziomie rozwoju.

W końcu XVIII wieku zbudowano maszynę parową. Ochrona patentowa wówczas nie istniała. James Watt udoskonalił urządzenie, żyjący na Syberii Połskunów błyskawicznie splagiatował konstrukcję. I co było dalej? Nic. Przez dobre osiemdziesiąt lat postęp stał w miejscu. Maszyny parowe podczepiano, do czego tylko się dało, lokomotywy zrobiły się większe silniejsze i szybsze – ale na dobrą sprawę nie następował rozwój. Jeśli potrzebowano mocniejszej maszyny dawano jej większy kocioł, jeśli chodziło o zwiększenie szybkości mocniej sprężano parę i tyle. Zasada konstrukcji pozostawała taka sama, energii z paliwa pozyskiwano tyle samo. To dziecko nie rosło – a jedynie tyło.

Wyobraźmy sobie teraz, że Watt ma możliwość opatentowania swojego urządzenia. Co ulega zmianie? Ma monopol. Część zysków z jego eksploatacji przeznacza na projekty badawcze, – ale jako monopolista nie czuje na karku oddechu pogoni. Maszyny parowe rozwijają się więc wolno. Co robią inni? Muszą ominąć „zator na drodze” zatem budują silnik spalinowy albo elektryczny – na całe dziesięciolecia wcześniej niż w naszym strumieniu czasu. Watt widząc realne zagrożenie inwestuje część swojej miliardowej fortuny by ich wyprzedzić i dajmy na to znajduje człowieka który robi mu coś lepszego niż silnik spalinowy…

Konkurencja wymusza Postęp. Maszyna parowa była wyrobem bardzo dobrym. Masowy dostęp do maszyn parowych, brak ograniczeń w ich produkcji sprawił że dobry wyrób znalazł szerokie zastosowanie w gospodarce. Sprawił też że na dobre osiem dekad zaprzestano poszukiwań lepszych rozwiązań.

I jeszcze jeden przykładzik. AK-47 Automat Kałasznikowa. Bardzo udana konstrukcja wymyślona w latach czterdziestych od 1947 roku weszła do produkcji. Wyrób z uwagi na kraj powstania nie był chroniony patentami. Skutkiem tego „kałasze” robiono w kilkunastu krajach świata. Były proste w produkcji, obsłudze, w miarę niezawodne. Robi się je nadal. Przez 60 lat ich konstrukcja nie zmieniła się specjalnie. Zastosowano trochę inne stopy, pokombinowano z kolbą, ale nadal jest to ten sam karabinek. Dzisiejszy żołnierz na poligonie używa takiej samej broni co jego dziadek odbywający służbę w latach 50-tych, czy ojciec służący w latach 70-tych. Można powiedzieć wręcz o tradycji. Ale gdzie podział się postęp?

VIII


Co jest najgorsze w infoanarchizmie? Demoralizacja.

Po pierwsze jest to budowanie „zaplecza ideologicznego” dla zwykłej kradzieży, bzdurne szukanie usprawiedliwienia na lumpów. Próba prymitywnego obejścia przykazania „nie kradnij”.

Po drugie infoanarchizm tworzy grupę ludzi nastawionych roszczeniowo – przekonanych, że coś im się należy, że mają do czegoś prawo związane z samym faktem ich istnienia. Wyznawca infoanarchizmu przekonany o swoim prawie do kopiowania nie różni się specjalnie od chłopa z czasów reformy rolnej uważającego, że ziemia dziedzica po prostu mu się należy.

Po trzecie infoanarchizm nawet w swej łagodnej formie zakładającej istnienie zgody twórcy opiera się na rozdawnictwie. Rozdawnictwo jest demoralizujące. Rozdawnictwo totalne będzie demoralizujące totalnie. Głównym odbiorcą książek i filmów są młodzi, czasem bardzo młodzi ludzie. Wmówienie im że dostęp do dóbr kultury powinien być niezależny od zasobności ich portfela zatrze w ich mózgach związek pomiędzy pracą a posiadaniem dóbr. Idąc dalej: dzieciak oswojony z kradzieżą i kombinowaniem kilka lat później nie będzie miał oporów by kupić od pasera kradzione radio samochodowe.

Po czwarte część infoanarchistów zakłada zgodę twórców. Przypomnę że w XIX wieku istnieli utopijni socjaliści przekonani że jak przyjdzie co, do czego kapitaliści dobrowolnie oddadzą fabryki klasie robotniczej. Po pewnym czasie „przyszło, co, do czego” i naraz okazało się jak ta dobrowolność wygląda w praktyce.

O skutkach wdrażania utopii i liczbie ofiar można poczytać w „czarnej księdze komunizmu”. Socjalistów w XIX wieku nikt nie brał na poważnie. Za 30 lat na gruzach UE infoanarchiści i kierowane przez nich bandy lumpów mogą z kałaszami w ręku polować na ostatnich zwolenników istnienia własności intelektualnej.

Mała furtka, niewielka szczelina w murze prawa i tradycji poszerza się błyskawicznie. Kto nie wierzy nich zobaczy w jakim tempie Europę przeżera rak poprawności politycznej. Jak szaleje ideologia poraborcyjna i proeutanazyjna. Ideologia atrakcyjna dla lumpów może okazać się siłą straszliwą.

***


Powtórzę raz jeszcze na koniec. Infoanarchizm jest niebezpieczną postmarksistowską dewiacją, bijącą w prawa własności stanowiące podstawę kapitalizmu. Własność jest gwarantem wolności. Infoanarchiści kwestionują prawa własności. Tym samym jak komunistyczni aparatczycy chcą realizować swoją wolność kosztem ograniczania własności i wolności innych. Zdumiewa mnie głęboko i niepokoi fakt jak niewielu to dostrzega.

Zdumiewa mnie i niepokoi fakt, że ich pseudoargumenty prezentowane na „wolnościowych” stronach www i na łamach „Najwyższego Czasu” nie doczekały się jak dotąd żadnej ostrzejszej reakcji, ani choćby poważnej polemiki. Niczym fanatycy poprawności politycznej bezrefleksyjnie tolerujemy (właściwie akceptujemy) wśród nas ludzi nawołujących wprost do obalenia naszych zasad. Już to pokazuje jak głęboko lumposocjalistyczne myślenie wżarło się w nasze mózgi.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/