Raport z "Różyca"
- wtorek, 15, lipiec 2014 23:21
- Andrzej Pilipiuk
Korzystając z pobytu w Warszawie odwiedziłem legendarny Bazar Różyckiego. Niestety z legendy została garść suchych gnatów. Pamiętam lata 80-te gdy była to enklawa kapitalizmu obficie zasilona zagranicznymi towarami. Obok różnych produktów wschodu, zachodu oraz południa (skandynawskich jakoś nie widywałem) trafiały się towary naprawdę ciekawe.
Należały do nich tureckie kurtki z pseudojeansu. Były intensywnie grantowe (do pierwszego prania) i w odróżnieniu od „amerykańskich” szyte niebieską nicią. Kurtki były ubiorem całorocznym. Zimą dzięki podpince z akrylowego „misia” całkiem uczciwie grzały. Wiosną i jesienią były zwykłymi kurtkami. Latem dzięki odpięciu rękawów (były mocowane na suwak) zmieniały się w kamizelki. Cena takiego szczytu mody i elegancji była niestety zaporowa – sięgała 20 tysięcy złotych w czasach gdy mój Ojciec z nadgodzinami i dyżurami wyciągał może 22-23 tysiące… Dziś już się takiej nie kupi. Z drugiej strony gdyby nadal je produkowano/importowano czy ktoś chciałby w nich chodzić? Moda na jeans przeminęła…
Większość bud i budek stoi pusta. Znikli całkowicie tzw. „naręczacy” – ludzie stojący tu i ówdzie z towarem (głównie spodniami) po prostu przerzuconym przez ramię. Nie ma bukinistów oferujących tandetnie wydrukowane dzieła w rodzaju „XIII księgi Pana Tadeusza”. Podobnie wicher przemian ekonomicznych doprowadził do upadku „jubilerów mobilnych” – swego czasu przy bocznej bramie stał rząd kobiet prezentujących rosyjskie złote pierścionki i bransoletki po prostu na własnych palcach i przegubach… O kompletnym upadku targowiska świadczy fakt że nie ma już na nim dżentelmenów zajmujących się „szlachetną” sztuką orzynania frajerów za pomocą gdy w trzy karty. Brak też dyżurnych bazarowych kombinatorów – którzy stali koło bramy pytając grzeczni „co potrzeba”.
Niestety zamknięto też zakładzik rymarski koło bramy – opisany przeze mnie w opowiadaniu „W okularze stereoskopu”. Szkoda.








