Trąd na UW
- poniedziałek, 10, luty 2014 19:48
- Andrzej Pilipiuk
Gdy uczęszczałem na Uniwersytet Warszawski uczelnia borykała się już z pewnymi problemami. Na przykład nasz instytut traktował studentów jak dojne krowy oblewając egzaminy hurtem i wlepiając płatne warunki. Na wydziale filozofii pod opieką jednego z profesorów powstała niemal co autentyczna bolszewicka jaczejka tzw. „Kółko młodych marksistów”. Marksizmem zajmowała się też pewna pani profesor z etnografii, a część wykładów miałem drzwi w drzwi z gabinetem znanego komucha Wiatra (później ministra…). Wśród kadry było sporo TW. Obok wybitnych uczonych wykładowcami były też żałosne miernoty („musimy tego towarzysza zostawić na uczelni, bo w normalnym życiu sobie nie poradzi”). Żniwo wśród uczonych zbierała też choroba alkoholowa.
Poziom studentów też leciał na mordę. Trafiały się kradzieże. Studenci archeologii splamili się szmuglując wykopane nielegalnie zabytki z Krymu (i na tym wpadli). W jednym z akademików działała grupa organizująca zbyt podrabianych kart telefonicznych i biletów miesięcznych. Handlowano miejscami w akademikach. Wyłudzano dopłaty i stypendia socjalne. Pojawiały się narkotyki. Wesoła studentka z Rosji wywołała niewielką epidemię syfilisu… Gdy kończyłem studiować doszło też do morderstwa w klubie studenckim Stodoła…
Mimo wszystko uczelnia ta choć już wówczas głęboko chora za moich czasów nie organizowała „Dnia pornografii” z udziałem prelegenta – transwestyty publicznie deklarującego się jako …pedofil. Może pora spalić swój indeks i dyplom?








