z kuźni

            Błysnęło huknęło i więzień zmaterializował się na Ziemi. Rozejrzał się. Zapadał już wieczór. Przybysz stał wśród drzew w jakimś jakby parku... Sądząc po opadających z drzew liściach była jesień. Pod nogami spostrzegł asfalt, taki sam jak na alejkach w Zonie. Po lewej opodal widział ceglane mury jakiejś okazałej budowli. Rozpoznał kościół św. Krzyża.

            -Kraków! – szepnął wzruszony i głęboko wciągnął haust powietrza.

Potem długo kaszlał zgięty w pół aż płuca uwolniły się od nadmiaru smogu. Wyprostował się i otrzepał odruchowo. Rozejrzał raz jeszcze. Minęła chwila nim przypomniał sobie ustawienie budynków i przebieg uliczek wokół świątyni. Szczeka trochę mu opadła.

-Co oni zrobili z murami miejskimi!? – zdumiał się. – I gdzie jest szpital św. Ducha!? A co to za frymuśna budowla!? – zagapił się na Teatr Słowackiego.

Zapewne poczyniłby jeszcze jakieś obserwacje ale za jego plecami rozległ się tupot ciężkich buciorów. Dwa byczki w czarnych uniformach pojawiły się jakby z nikąd. Kopernik zdążył odczytać napis „Straż miejska” umieszczony na ich odzieży.

            -Co wy obywatelu bawicie się na Plantach petardami!? – zapytał ten wyższy.

            -Nie, no panowie, ja!? Ale skądże znowu! Sam się zastanawiam co tak grzmotnęło – wykrztusił. – To gdzieś dalej... – machnął ręką w nieokreślonym kierunku.

            -Dokumenty proszę i w alkomat dmuchniemy... A zresztą, dmuchać nie trzeba – ocenił ten niższy. – Tylko dokumenty.

            O co im u diabła chodziło!? Kopernik zajrzał do torby w poszukiwaniu tubusu z pergaminami, ale nie znalazł nic takiego. W przypływie rozpaczy obmacał pospiesznie kieszenie. Natrafił na jakieś etui...

            -Ja... eee... chyba nie mam żadnych – zaczął.

Strażnik wyjął mu etui z ręki.

            -Jest dowód osobisty to wystarczy.

Popatrzył na plastikową kartę. Zamrugał. Popatrzył jeszcze raz.

            -Mikołaj Kopernik!? – odczytał.

            -To ja...

            -Ale jaja...

            -Pokaż – drugi wachman oświetlił dowód latarką. – Autentyk. Jest pesel, hologramy, wszystko jak trzeba – uspokoił towarzysza. – Pańscy rodzice mieli raczej specyficzne poczucie humoru... – oddał przybyszowi kartę.

            -No trochę mieli... – wykrztusił skołowany.

            -To z naszej strony wszystko. Dobrej nocy obywatelu... – zasalutował niższy.

            -Ee... dobrej nocy...

Gdy się oddalili astronom z ciekawości obejrzał zawartość etui.

Dowód osobisty – przesylabizował. – Karta wędkarska... A to co niby? – z frasunkiem obejrzał kartę do bankomatu.

Pobliska latarnia oświetlała kałużę. Podszedł by się przejrzeć.  

            -Całkiem szykownie mnie wystroili – mruknął.

Woda odbijała nowiutkie białe trampki, oraz równie nowiutki dresik adidasa. Coś uwierało mężczyznę w kark. Pomacał. Na szyi wisiał gruby na palec złoty łańcuch.

            -Bardzo elegancki ten strój – ocenił. – I z naprawdę niezwykłych tkanin – chwilę podziwiał jak tkanina się rozciąga, z szacunkiem pogładził aż trzy odblaskowe paski na spodnich i rękawach. - Sądząc po wykwintnej odzieży i tym klejnocie zrobili ze mnie bogatego kupca albo i członka rady miasta... – wydedukował.

-Pać mamo jaki brzidki stary dresiarz! – usłyszał za plecami.

/fragment opowiadania Wajcha z X tomu przygód Wędrowycza "Faceci w gumofilcach"./

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/