z kuźni
- wtorek, 21, grudzień 2021 23:45
- Andrzej Pilipiuk
Zakład był zamknięty i po prawdzie nie mogłem sobie przypomnieć kiedy ostatnio był czynny. Mefa zapukała energicznie. Odczekała chwilę i zapukała raz jeszcze. Nad naszymi głowami zaskrzypiała okiennica. Stara cccc wyjrzała i poprawiwszy okulary obrzuciła nas ciężkim spojrzeniem.
-I czego się tłuczecie bladym świtem? To ty Mefa? Czekaj, powiem twojemu ojcu, jak cię przeciągnie rzemykiem po zadku…
-Przyprowadziliśmy pani klientkę – wyjaśniła moja kuzynka. – Ale skoro zamknięte to nie będziemy głowy zawracać, pójdziemy do…
-Czekaj! Zamknięte ale zaraz może być otwarte. Po co zaraz łazić do jakichś partaczy? Co za klientka? To dziewczątko? Przytrzymajcie ją a krzepko, już schodzę…
Minęło kilka czori i usłyszeliśmy zgrzyt zasuwy a potem pisk dawno nie oliwionych zawiasów. Staruszka obrzuciła nas badawczym spojrzeniem a widząc ze nie żartujemy gestem zaprosiła do wnętrza… Weszliśmy do głównego pomieszczenia. Lustra nieco zmatowiały, pod sufitem pająki rozciągnęły sieci. Przeciąg poruszył koty z kurzu na podłodze.
-Dawno tu nie sprzątałam – mruknęła stara. – Bo i nie było po co ani dla kogo… Czego sobie życzycie? I ile jesteście gotowi zapłacić?
-Nasza mała przyjaciółka wychowała się w lasach daleko stąd… - zacząłem.
-No widzę że włosy to jej strzygli nożycami do owiec co najwyżej… - gderała stara. -- Co ma być? Skrócić? Wyrównać grzywkę?
-Chciałabym loki – pisnęła Tyra.
-Loki? – staruszka nawinęła na dłoń jeden z warkoczy dzikuski. – Czemu nie, zrobimy i loki. Tylko najpierw trzeba to doszorować… Czym te kudły upaprane? Sokiem orzechowym?
-Olejkiem z dodatkiem wywaru z liści… Przeciw komarom… - wyjaśniła
Tyra.
-No jak tak można… To nie wygląda jak warkocz tyko przypomina obesrany koński ogon! Ale to nic, od dobrego mydła puści.
-Może rozjaśnić końcówki – podpowiedziała Mefa. – Mała idzie do świątyni, chciałaby ładnie wyglądać…
-Można i rozjaśnić – zgodziła się stara. – Choć z czarnymi nigdy nie wiadomo jaki będzie efekt… Dave, weź szmatę i przetrzyj okna, ty Mefa wyszoruj mi nożyczki i lokówki… Ja zaraz zagrzeję wody… - przetarła rękawem najbliższe lustro. – A ty mała rozpleć warkocze…
Zabraliśmy się raźno do dzieła. Instruowany przez właścicielkę rozpaliłem w olejowym piecyku. Płomyki szybko rozgrzały rurki. Gdy włosy Tyry zostały umyte, końcówki zanurzono w słoiku z wytrawą. Jeszcze jedno mycie… Wreszcie posadziliśmy ją pod dzwonem i uruchomiłem miech. Powietrze przechodząc rurkami przez palenisko szybko
się nagrzało. Dzikuska aż pisnęła gdy poczuła pierwszy gorący podmuch.
-Spokojnie, to tylko suszarka – ofuknęła ją fryzjerka. – Masz tu grzebień, rozczesuj…
Mefa naszykowała lokówki. Ułożyła je rzędem na górnym ruszcie piecyka.
-Dobre włosy, ładne, długie, mocne ale niezbyt twarde i gęsto rosną… - mamrotała stara. - Gdzie ja wsadziłam papier?
Rozgrzała lokówki na piecyku a potem dotknęła końcówką kartki. Metal pozostawił żółty ślad.
-Ujdzie – mruknęła łapiąc koniec jednego z pasm.
Narzędzia aż śmigały jej w rekach. Wymieniała stygnące lokówki na gorące. Woń
przypiekanego papieru wypełniła pomieszczenie… Staruszka zakręcała coraz to nowe pasma… Wreszcie skończyła. Cofnęła się i poprawiła okulary.
-No i jak się sobie teraz podobasz?
-Przeleśnie! – jęknęła Tyra.
Nie znałem tego wyrazu ale po tonie głosu i uśmiechu na buzi domyśliłem się że wyraża głęboki zachwyt.
-Jest pani wielką mistrzynią w swoim fachu – podlizałem się staruszce. – Najlepszą w mieście...
-A bo to i tacy fryzjerzy teraz – prychnęła. – Kiedyś to byli fryzjerzy. Kawka na przykład, ten to głowę umiał ufarbować w arbuza. Włosy od skóry czerwone, a czarno zielone po wierzchu. Przedziałek się robił, jak wycięta ćwiartka owocu… Albo Lamia z długiej ulicy. – goliła mężczyzn drzazgą obsydianu. Dziś już fachowców nie ma, a tego co człowiek sam umie już nie przekaże dalej…
-A może chciałaby pani wyszkolić uczennicę? – podpuściła ją Mefa.
-Coś ty powiedziała? – oczy spojrzały znad okularów zaskakująco bystro. - Od dwudziestu lat nie było nikogo chętnego…
-Ja jestem chętna – pisnęła Tyra. – I zapłacę za naukę.
Kobieta ujęła jej dłoń i dłuższy czas w milczeniu oglądała.
-Ręka dzikuski – orzekła wreszcie. – Ale palce długie mocne i bez zniekształceń. Ile masz lat?
-Trzynaście wiosen…
-Mogę cię uczyć. Ale jest jeden problem. Trzeba mieć na kim ćwiczyć, bo tego nie wyuczy się strzygąc stare kożuchy…
-Dziewczyny z naszego rodu chętnie zmienią fryzury – rzuciłem.
-To nie takie proste – burknęła staruszka. – Włosy odrastają miesiącami, nie wiem czy te wasze dziewczyny są gotowe zaryzykować tak dalece idące oszpecenie?









