Pomarańczowa refleksja
- poniedziałek, 07, październik 2013 09:54
- Andrzej Pilipiuk
Nie pamiętam który to mógł być rok. Zapewne gdzieś 1985-87. Na bazarze Różyckiego gdzie wypuściłem się z kumplem po wentyle do roweru, za straganem z tekstyliami siedział sobie starszy gruby Cygan w jeansowym wdzianku i kozikiem obierał pomarańczę. Obrawszy zaczął ciachać ją sobie na kawałki i pakować do paszczy. Zagotowałem się z wściekłości.
Człowiek biedny łatwo ulega frustracji. Łatwo popada w niechęć i nienawiść do tego komu powodzi się lepiej.
Nienawidziłem prywaciarzy. Uważałem ich za winnych spekulacji, braków w sklepach i wysokich cen komisowych. (co więcej było w tym dużo racji. Jeszcze dziś głęboką niechęcią darzę W.Cejrowskiego – za jego git geszefty z młodości w rodzaju rozcieńczania państwowych lodów swojskim smalcem. Jadłem, pamiętam i niech nie wciska kitów o chwalebności tego procederu…) Nienawidziłem Niemców. Nienawidziłem też Anglików, Francuzów i Amerykanów. Byli bogaci – to wystarczało. Bogactwo Niemców było dla mnie dodatkowo bolesnym policzkiem – przecież nas napadli, mordowali, obrabowali, a w dodatku teraz jest im lepiej niż nam! Głęboką niechęć żywiłem też do obywateli ZSRR przekonany że …poziom życia w Sojuzie jest wyższy niż u nas!!!
Wraacając do Cygana i jego pomarańczy. Nikt z dzisiejszych czytelników nie zrozumie jednak (na szczęście!) jak potworna nienawiść mną wówczas targnęła. W tym momencie byłem 12-13-letnim dyszącym agresją rasistą – na szczęście pozbawionym towarzystwa oddziału Hitlerjugend - więc jedyne co mogłem zrobić to stłumić kipiącą frustrację odwrócić się i odejść. Gniew dusił mnie długo. Potem jeszcze wracał. Wiele razy scena Cygana jedzącego pomarańczę stawała mi przed oczyma… Marks z leninem i hitlerem z pewnością poruszyli się i zaklaskali mi w swoich trumnach… Dlaczego tak mną telepnęło?
W czasach mojego dzieciństwa pomarańcze się widywało. Czasem nawet się je jadło. Raz w roku mniej więcej – jeśli zakład pracy rodziców zdobył je i dołożył do „choinkowych” paczek. W telewizji jakoś tak w połowie grudnia pokazywano ładownie okrętów zawalone pomarańczami informując że transport właśnie przybył. Dziś po latach wydaje mi się że te hałdy pomarańczy to była tylko inscenizacja na użytek telewidzów. To się przecież transportuje w skrzynkach…
Pomarańcze zazwyczaj były importowane z bratniej Kuby (barterem – my im wysyłaliśmy część do ciągników etc.). Były wbrew nazwie – zielone po wierzchu. Czasem w okresie wokółświętecznym trafiały się na stoiskach pomarańcze pomarańczowe – przemycane z Czechosłowacji i NRD. Im bliżej przełomu roku 1989-tego tym mniej było pomarańczy zielonych, aż wreszcie znikły bezpowrotnie…
Tak czy inaczej pomarańcze wraz z grejpfrutami były rarytasem ulokowanym na samym szczycie piramidy sporadycznie dostępnych zamorskich frykasów. Ananasy widywało się w najlepszych Pewexach. Banany bywały na bazarze Różyckiego – ale w cenach absolutnie paskarskich. Takie owoce jak mango czy avocado znało się wyłącznie z literatury. Hurmę (tzw. kaki) jadłem przed 1989-tym raz w życiu – Mama przywiozła z Moskwy.
Był jeszcze jeden aspekt problemu Cygana z pomarańczą: zasadniczo jak ktoś to cudo zdobył dawał zjeść dzieciom. Dorosły spaślak, bazarowy cwaniak, należący do powszechnie nielubianej grupy etnicznej ostentacyjnie żrący egzotyczny owoc zadziałał na mnie jak czerwona płachta na byka…
Tego właśnie uczyła nas komuna – nienawiści do bogaczy przy czym symbolem uprzywilejowania, artefaktem zamieniającym dziada w nadczłowieka był w tym przypadku owoc dziś dostępny w każdym warzywniczym… Smutne...








