z kuźni
- środa, 29, wrzesień 2021 07:06
- Andrzej Pilipiuk
Wreszcie wczesnym popołudniem znaleźliśmy się wreszcie na przełęczy. Droga wiła się tu dnem szerokiej polodowcowej doliny łagodnie omijając skalne ostańce. W zagłębieniach leżały płaty sparszywiałego śniegu. Zapewne zalegały tu od zimy. Zarządziłem postój na brzegu niewielkiego jeziora. Zrzuciliśmy plecaki i siedliśmy na kamieniach.
-Ja bym... – zaczęła mała.
-Rozbieraj się i wskakuj, ja nie patrzę – odwróciłem się plecami do wody. – Tylko uważaj bo tu może być naprawdę głęboko i woda z pewnością będzie lodowata...
-Furda!
Pospiesznie zaczęła rozsznurowywać buty... Ana wystawiła twarz do słońca. Odwrócony plecami do tafli wody zacząłem przygotowywać posiłek. Dobiegła mnie długa seria radosnych plusków.
-Dziecko lasu – mruknąłem rozbawiony. – Może potem i my wejdziemy tak po kolana?
-Chętnie...
-Chyba że chcesz...
-Kapłanka staje nago tylko przed obliczem bogów i tylko raz w roku – przypomniała mi.
-To jak się niby myjecie albo przebieracie się do snu!? Po kawałku czy jak?
-Oj głuptasie. Z tą nagością to przecież w granicach zdrowego rozsądku! Wracając do twojego pytania, chętnie bym się zanurzyła ale nie umiem pływać.
No tak, jak niby i gdzie miałaby się nauczyć...
-Jeździłam z dziadkiem w góry do starych sanktuariów ale tam były lasy. To miejsce jest o wiele dziksze i bardziej jałowe... Piękne ale surowe.
Nieoczekiwanie usłyszałem chlupot rozbryzgiwanej wody. Tyra całkiem goła przebiegła obok i padła plackiem na ziemię za głazem.
-Ukryjcie się szybko - syknęła.
Skuliliśmy się z kapłanką za sąsiednimi blokami skalnymi.
-Co się stało!? – zapytałem naciągając kuszę.
-Oxy!
Ana narzuciła kaptur swojego burego płaszcza na głowę. Kryjąc się za głazem podała małej jej kurtkę i spodnie. Ta ubrała się pospiesznie rzucając zatrwożone spojrzenia na stok za jeziorem. Spojrzałem i ja, ale niczego nie wypatrzyłem.
-Co to są oxy!? – zapytałem.
-Małpoludy. Gdy bogowie przynieśli ludziom światło wiary i rozumu znaleźli się tacy którzy odrzucili ten dar... Pozostali zwierzętami – szepnęła Ana. – Masz lunetę?
-Schodzą od grani, tam gdzie takie połacie jasnego mchu – szepnęła mała.
Wychyliłem się ostrożnie. W dół zbocza po drugiej stronie jeziora posuwała się grupa kilku rosłych istot. Wyglądały podobnie do ludzi, ale ich ciała i twarze pokrywała ruda zmierzwiona sierść. Poza szerokimi skórzanymi pasami na biodrach nie posiadali żadnego odzienia. W skórzanych worach na plecach dźwigali jakiś swój dobytek.
-To nie jest tylko legenda!? – teraz dopiero przypomniałem sobie że kilka lat temu przepisywałem jakiś traktat o potworach.
-Najwidoczniej nie! Widzieli cię? – kapłanka zapytała małą.
-Schodzą z góry, a dopłynęłam prawie do środka jeziora. Jeśli tylko popatrzyli w stronę wody musieli mnie spostrzec.








