z kuźni... no prawie

Znalisko z dziedziny aercheologii cyfrowej...

Fragment powieści fantasy "Toporne opowieści" którą zacząłem pisać w 2003 roku...

I przerwałem...

**********************************************************************************************************

 

 

Toporne opowieści

Góry Błękitne wedle obliczeń uczonych wznoszą się na wysokość sześciu tysięcy stóp, ponad poziom zatoki. Trudno powiedzieć jak mędrcy to stwierdzili nie wyściubiając nosów z collegium dix, jednak coś musi być na rzeczy, bowiem są faktycznie pierońsko wysokie.

        Okolica obfituje w duże ilości złota i srebra. Szczególne zagęszczenie tych kruszców występuje w mieście Dix, zwłaszcza w karczmach, zamutzach, oraz sakiewkach pod poduszkami w domach kupców. Ponoć żyły złota występują także w górach, problem w tym, ze nikt jeszcze nie zdołał ich odnaleźć, dlatego też miasto prosperuje dzięki eksportowi żelaza, a mieszkańcy żywią się głównie wędzonym łososiem, gdyż tu daleko na północy zboża i warzywa plenią się wyjątkowo niechętnie. Swojego czasu pierwsi osadnicy usiłowali wysiewać tu jęczmień niezbędny jak wiadomo do ważenia piwa, jednak gdy przekonali się iż na każdą zebraną miarkę ziarna, przypadają dwie miarki wysiane wiosną, zaprzestali prób uprawy.

        Same góry to miejsce ponure i niegościnne. Ludzie zapuszczają się tu niechętnie, za to krasnoludom miejsce to przypadło jakoś do gustu. Może dlatego że większą cześć życia spędzają w jaskiniach i kopalniach? Nagie szczyty nieustannie smagają wilgotne wiatry znad zatoki. Deszcz pada średnio przez sto dni w roku, w pozostałe dni pada śnieg. W wąwozach rosną lasy świerkowe, niegdyś nieprzebyte obecnie mocno już przetrzebione przez krasnoludy. Do wytopu żelaza idzie sporo drewna... Dolne partie dolin, w miejscach gdzie występuje dobra mięsista glina wyglądają mało ciekawie. Setki ton żużli, połamane skorupy dymarek, stosy popiołów i hałdy kopalniane stanowią dumne świadectwo chwalebnej przeszłości i nadzieję równie wspaniałej przyszłości. Kwaśne dymy wypłoszyły z gór płową zwierzynę jednak wilki, rysie i tygrysy ku utrapieniu górników pozostały, zmodyfikowawszy tylko nieco dietę.

        Podstawą ekonomii krasnoludzich osad jest handel. Wymieniają wytopione przez siebie żelazo na piwo, wino, samogon oraz inne przydatne płyny. Istnieje uzasadnione przypuszczenie że większość kopaczy liczy na odnalezienie wreszcie choćby jednej żyły złota... Opowieść niniejsza przedstawia ich ciężkie i pracowite życie, płynące dzień po dniu w tej niegościnnej krainie...

*

Mef wtoczył się do knajpy narąbany niczym las świerkowy. Wyrżnął łbem o słup podpierający przegniły dach. Uderzenie zmieniło nieco trajektorię jego ruchu i po chwili legł jak długi koło stołu. Kumple dźwignęli go i posadzili na ławie.

        -No i co tam? – Derf klepnął go z rozmachem po plecach. – Załatwiłeś coś w biurze?

        -Zasiłek na kolejny miesiąc – nowoprzybyły z dumą pokazał garść srebrnych monet – Polejcie.

Sem siedzący u szczytu stołu podjął przerwana opowieść.

        -Zalany byłem w trupa, wiec zamiast w ścianę trafiłem w stempel i oczywiście wypieprzyła się część obudowy. Siadło coś ze dwadzieścia stóp nowego chodnika, przyleciał sztygar i dalej kląć w żywy kamień. Powiedziałem idiocie że przecież nic się nie stało i w trzy dni odkopię ten kawałek, tylko odpocząć muszę...

        -Hy? – zdziwił się nowoprzybyły. – Nie wywalił cię z roboty?

        -Mnie, przewodniczącego związku zawodowego!? – prychnął Sem – Rączki za krótkie, kodeks górniczy mnie chroni. Polejcie jeszcze. Co tam słychać w Dix? – zwrócił się do nowoprzybyłego.

Ten wyciągnął z cholewy buta wymięty egzemplarz „Gazety Intelektualnej”

        -Pisza że recesja ma charakter przejściowy a rada republiki zadba o terminowe wypłacanie zasiłków dla wszystkich którym brakuje pracy – zrelacjonował.

       -Ciekawe skąd wezmą na to forsę – mruknął stary Azz drzemiący w kącie.

       -Zasiłki w ramach sprawiedliwości społecznej ufundują ci którzy jeszcze pracują – powiedział z zadowoleniem Mef.

Kilku kumpli popatrzyło na niego wrogo, ale ponieważ bezrobotnych krasnoludów było przy stole więcej zdusili w sobie silniejsze emocje.

        -Kiedyś nie było tych zasiłków a wszyscy mieli robotę – mruknął staruszek. – A i urzędników było jakby mniej. I podatków się nie płaciło. Tylko dziesięcinę dla księcia. A teraz szkoda gadać – i znowu zapadł w drzemkę.

        -Chrzanić podatki - mruknął Sem i tak przecież połowę urobku kopiemy na czarno... A i bimberek bez akcyzy – dolał sobie do kufla i pieszczotliwym wzrokiem ogarnął stojący za szynkwasem potężny kocioł z gotującym się zacierem.

Jego spojrzenie przesunęło się po miedzianych rurkach i spoczęło na szklanym baniaczku do połowy pełnym jasnobrązowego mętnego samogonu...

W tym momencie rozległ się ogłuszający huk. W powietrzu zawirowały kawałki belek, resztki przegniłych gontów a potem potężnie błysnęło i zapadła ciemność.

        -Kuźwa instalacja wybuchła? – jęknął przywalony deskami Mef.

        -Co jest, kto zgasił światło? – dobiegł zduszony głos starego.

-Ktoś rozpierniczył naszą knajpę... Może wojna, wyglądało jak pocisk z katapulty... – zdiagnozował Sem. – A może urzędnicy od monopolu alkoholowego zabrali się za nas na poważnie?

        -Gdzie tam – odezwał głos karczmarza – To tylko jakiś pierdzielony meteoryt.

Wygrzebali się spod desek. Szynkarz miał rację. Potężna bryła żelaza, okopconego od długiego lotu spoczywała pośrodku lokalu. Kocioł, rurki, szklany baniaczek rozbite na kawałki podmuch rozrzucił wokoło.

Karczmarz ze złością kopnął kawałek kosmicznego śmiecia, but zadymił lekko.

        -Jestem zrujnowany! – wrzasnął.

        -Spokojnie – Azz pozbierał się do kupy i jako najstarszy objął dowodzenie. - Niektóre meteoryty maja w sobie kryształy...

Karczmarz przestał zawodzić i popatrzył na niego zaciekawiony.

        -Da się je spylić?

        -Oczywiście. I to za ładny grosz. Trzeba poczekać aż wystygnie i odkuć kawałek. Zobaczymy co jest w środku... No to co, po jednym na koszt firmy?

Karczmarz pomyślał chwilę i zszedł do piwniczki po dzban z winem.

        -Ty po cholerę mamy czekać? – Sem szarpnął starego za ramię – rozpalony jest to fakt, ale kilofkiem możemy go od razu połupać.

        Uch ty duny wiadro wody też można na to wylać – prychnął dziadek. – Tylko skąd wtedy weźmiesz następną darmową kolejkę?

Krasnoludy zamilkły i na znak szacunku pozdejmowały kapelusze. Faktycznie stary miał łeb na karku.

        Meteoryt stygł sobie pomalutku. Bimbru nie było ale dzbany z piwem krążyły całkiem żwawo. Wreszcie nad ranem gdy powierzchnia meteorytu była zimna jak trzydniowy trup, Mef ukruszył jeden koniec kilofem.

        -Gówno – mruknął – zwykły, żelazny.

        -Da się go spylić? – zapytał rzeczowo karczmarz.

        -Gdzie tam – mruknął krasnolud. – To nie dobra stal wytapiana z rudy tylko żelazo miękkie jak łajno... Nawet okucia do drzwi dobrego z tego nie zrobi.

        -No to – karczmarz wyjął świstek i dłuższą chwilę studiował go w świetle lampy. – Pierwsza kolejka była na koszt firmy ale potem wypiliście jeszcze dwanaście... Dwa talary się należy.

        -No co ty się wygłupiasz? – jęknął Sem.

Karczmarz spojrzał na nich złowrogo i zaa lady wyjął mała drewnianą klatkę nakrytą szczelnie czarnym pokrowcem.

        -Płacicie czy chcecie zobaczyć co mam w środku?

Spojrzeli po sobie.

        -Nie mamy tyle forsy – zaoponował xxx. – Ale może się jakoś dogadamy?

Wzrok karczmarza stał się ciężki.

        -W zasadzie ot żelazo meteorytowe choć kiepskie ma jedną ciekawą właściwość – powiedział dziadek. Czuł się trochę winny że wrobił kumpli w to szambo. – Jeśli wykuje się z niego broń, posiadać będzie na ostrzu niezwykle dekoracyjne przebarwienia.

        -Ale sami mówiliście że do użytku się nie nadaje?

        -w zasadzie nie, ale ładny będzie...

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/