z kuźni

ROZDZIAŁ

Zmyślony dom nad dalekim fiordem.

** „Norweski Dziennik” towarzyszył ci przez ładnych kilka lat… Kilkanaście?

Zacząłem go pisać w szóstej klasie podstawówki. Pierwsza wersja była kompletnie do niczego. Zniszczyłem ją i chyba nawet teraz tego nie żałuję.

To co poszło do druku to wersja pisana od wiosny 1992 do połowy 1996 roku z późniejszymi poprawkami. Nie cała – bo pierwotnie z fabułą dojechałem do zimy ale szczerze powiedziawszy z tamtych zeszytów warte ocalenia były tylko poszczególne sceny. Szmat czasu, szmat życia. Ale na tym uczyłem się pisać. W dodatku pisząc to czułem że wreszcie robię coś naprawdę. Piszę KSIĄŻKĘ. Będę pisarzem. Kiedyś to wydam, kupię willę i jacht. Albo tylko jacht. Któregoś dnia zepchnę go na morze i odpłynę…

A tak na co dzień to była moja odskocznia od rzeczywistości. Moje drugie życie. Lepsze, pełniejsze, ciekawsze… Bohater też był ode mnie lepszy, ciekawszy, mądrzejszy. No i miał przygody… Bywało że bardziej obchodziło mnie co zrobi on w wymyślonym świecie niż to co robię ja w realnym.

** Uważasz, że Tomasz Paczenko jest tobą z twoich dziecięcych marzeń?

Nie do końca – bo od początku był trochę inny. A pomysł postaci też ewoluował. Pierwotnie był to chłopak znacznie bardziej ogarnięty, aktywnie kształtujący bieg zdarzeń. W późniejszych wersjach jest bardziej prawdziwy – niesie go rzeka wydarzeń, nie jest podmiotem ale przedmiotem grubszej intrygi. Usiłuje rozpaczliwie połapać się w sytuacji. W pierwszym tomie poddaje się rzeczywistości, w drugim zaczyna orientować się że coś jest nie tak, że ta rzeczywistość skrywa drugie dno. Że jest pionkiem w jakiejś grze. Stąd tytuł „Obce ścieżki” – on już rozumie że droga którą idą jego nowi znajomi nie jest tak do końca jego drogą. Że ma odegrać rolę w przedstawieniu do którego scenariusz napisał ktoś zupełnie inny. W trzecim tomie chce się jakoś wyplątać, ale jest już na to o wiele za późno. Pułapka się zatrzasnęła. Wpada jak śliwka w g… To chwila gdy spadają maski. Ale nawet wtedy gdy sytuacja kompletnie wyrywa się spod kontroli okazuje się że najcwańszy kombinator zachował na tyle przyzwoitości by podjąć szaloną próbę ratowania „przynęty”.

Cóż – ja też nie raz rozpaczliwie dryfowałem i wiele razy w życiu zdawałem sobie sprawę że się miotam, że nie panuję nad swoim losem, że nie mam pomysłu co dalej.

** Mają dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie imiona postaci z "Norweskiego Dziennika"? W dedykacji Wspominasz tam o Pawle i Maćku.

Pierwowzorami kumpli głównego bohatera byli moi kumple z pierwszej podstawówki. Potem postaci ewoluowały i w efekcie bardzo różnią się od pierwowzorów. Kilka innych postaci jest inspirowanych faktycznie żyjącymi ludźmi – w takim przypadku imion nie zmieniałem. A inne wymyśliłem.

** Czemu "Norweski Dziennik" posiada podział na zeszyty i datowanie? Ma to jakieś szczególne znaczenie dla Ciebie?

To miała być powieść w formie dziennika, wyglądająca jak zapiski bohatera czynione dzień po dniu - więc są daty jak w dzienniku. Podział na zeszyty też jest zamierzony – co więcej – odpowiada od dość ściśle rękopisowi wersji finalnej. Rękopis zapisywałem maczkiem w zeszytach liczących sobie 60-80 kartek. Gdy byłem na pierwszym roku studiów – jakoś na początku 1995 roku kupiliśmy pierwszego peceta z dość prymitywnym edytorem tekstu – zabrałem się wówczas za przepisywane rękopisu liczącego już ponad 1200 stron. Ale przez pewien czas wszędzie tam gdzie nie mogłem zabrać komputera nadal pisałem ręcznie. Przepisując zmieniałem i wygładzałem ale zachowałem podział na zeszyty.

W Norweskim Dzienniku Tomasz Paczenko dostał trzy tysiące koron kieszonkowego? To na realia schyłku lat osiemdziesiątych dużo, czy mało? Skąd w ogóle wiedziałeś ile za granicą kosztowało życie?

Na realia PRL-u byłaby to kwota kompletnie szokująca. Równowartość wówczas około 200-230 dolarów USA – w Polsce za taką sumę można było spokojnie przeżyć rok. Przecięte polskie zarobki licząc po kursie czarnorynkowym wynosiły 18-22 dolary.

Ceny zachodnie mniej więcej znaliśmy. Moje pokolenie skrzętnie gromadziło wszelkie śmieci zza żelaznej kurtyny – szczególną estymą darzyliśmy wszelkiego rodzaju katalogi domów handlowych i sklepów wysyłkowych. Największy dostęp mieliśmy do niemieckich. Przeliczanie marek RFN na dolary i złotówki nie stanowiło problemu.

W okresie stanu wojennego dzięki szwedzkim znajomym moja rodzina dostała kilka paczek żywnościowych. Można zatem powiedzieć że miałem przelotny kontakt z ich produktami żywnościowymi. Zgadywałem sobie jak mogą wyglądać ich sklepy. Pewexy – w których można było kupić różne towary zachodnie (za waluty wymienialne) też dawały pewne wyobrażenie… I pozwalały oszacować siłę nabywczą dolarów po tamtej stronie żelaznej kurtyny. Wiedziałem że znajomy mojego Ojca - mechanik w tartaku na północy Szwecji zarabia 12 tyś koron szwedzkich i była to jak na jego kraj niezła płaca. Mogłem zatem orientacyjnie oszacować co bohater mojej książki mógł kupić w sklepie, oraz ile to mniej więcej mogło kosztować.

Piszę o tym szerzej w „Raporcie z północy”. Wszyscy byliśmy tak trochę etnografami – badaliśmy zwyczaje i życie obcych ludów… Byliśmy złaknieni informacji zza żelaznej kurtyny. Podpatrywaliśmy tamtą cywilizację. Gromadziliśmy dane o tym jak tam się żyje, jak żyją nasi rówieśnicy. Rekonstruowaliśmy sobie obraz krajów kapitalistycznych.

/fragment wywiadu-rzeki. Prowadził Jacek Skrzypacz/.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/