z kuźni

** Piszesz, że na archeologii jest syndrom roku pierwszego, wysyp ludzi ubranych na Indianę Jonesa. Na serio tak ludzie wyobrażają sobie ten zawód?

Może nie wysyp – ale trafiali się regularnie. Gdy zaczynał się kolejny rok akademicki pojawiali się po kilku. Szybko jednak spostrzegali że poza nimi nikt się tak nie ubiera… Też bym się tak ubrał, tylko nie miałem za co.

** Pierwsze zaskoczenie?

Przede wszystkim zaskoczyło mnie bogactwo oferty skierowanej do studentów. Ściany przed dziekanatem i sekretariatem były wytapetowane ogłoszeniami. Koncerty w kubach. Kursy językowe. Kursy nurkowania. Wyprawy do środkowej Azji. Wystarczyło mieć pieniądze – problem w tym, że nie miałem. Pracy dla studentów nie było. To znaczy jakaś tam była – ale godziny zajęć miałem ułożone idiotycznie i w dodatku w trzech różnych miejscach stolicy. Można by to było zblokować – trzy dni zajęć a reszta tygodnia wolna. Ale czasu studenta nikt nie szanował. To były studia przeznaczone raczej dla bogatych dżentelmenów którzy nie musieli pracować.

Wspominasz o teodolitach, niwelatorach i wielu szczegółach związanych z budownictwem. Tego uczą na archeologii?

To podstawowa wiedza potrzebna na wykopaliskach. Uczą tego po łebkach – w zasadzie tylko tego co przydatne na co dzień na wykopie. Niwelator, łaty, użycie reperów, domierzanie wykopu do siatki triangulacyjnej, orientacja północ - południe i wschód - zachód… To nie jest skomplikowane, można się nauczyć obsługi w dwie godziny. Przypuszczam że w zasadniczej budowlanej poznaje się bardziej skomplikowany sprzęt i to znacznie dokładniej. Ale wrzucenie kilku określeń technicznych i „fachowych” nazw nadaje klimat.

** Jakieś szczególnie ciekawe przeżycia?

Lektorat angielskiego mieliśmy w ulokowanym na poddaszu magazynie instytutu osteologii. Opisałem potem to miejsce w Wędrowyczu… Regały, na nich dziesiątki niepozornych kartonowych pudeł. W pudłach szkielety z wykopalisk. Setki. Jak obliczam nieboszczycy na tym strychu mieli nad żywymi przewagę 25:1. Gdzieś tak w połowie semestru zaczęły się równolegle zajęcia z antropologii. Wstawiono przeszkloną szafę w której trzymano materiały dydaktyczne. Najpierw były to czaszki, ale szybko pojawiły się czaszki z zachowanymi resztkami tkanek miękkich. Z reguły przed zajęciami zasłanialiśmy szafę planszami na stojaku – nie był to przyjemny widok.

Raz miałem taką przygodę: profesor Niwiński prowadził wykład. W sztuce egipskiej panuje kanon przedstawienia postaci. Bogów mężczyzn maluje się czerwona farbą. Boginie – żółtą. Profesor omawiał te zależności i zaczął pokazywać slajdy na których postać boga Horusa była malowana na żółto. Rzucił zgrabnie kilka aluzji. I nagle zrozumiałem po co te niedopowiedzenia, do czego prowadzi cały wywód i jak morderczą puentą się skończy. Profesor wodząc wzrokiem po sali spostrzegł moją rozanieloną minę, zrozumiał że wiem. Nasze spojrzenia się spotkały – przyłożył palec do ust. Kiwnąłem głową i czekałem aż rąbnie niczym maczugą. Nic porozumienia…  

Inna przygoda… Wykłady ze sztuki Egiptu mieliśmy przy Krakowskim Przedmieściu Odbywały się wieczorami, chyba po 19-tnej. Na zewnątrz choć to była późna jesień wcale nie było mroczno bo i latarnie uliczne i spory ruch samochodowy. Ponieważ większość materiałów pokazywano nam na slajdach okna zaopatrzono w naprawdę porządne kotary. Profesor włączał rzutnik i gasił światło. Pewnego dnia się pomylił. Zgasił światło zanim włączył rzutnik i zrobiło się kompletnie ciemno. Uczony dłuższą chwilę szukał w ciemnościach biurka… Wszyscy milczeli. Coś mnie podkusiło i powiedziałem na głos:

-Ojej, tu jest ciemno i tu są dziewczyny…

Na co jedna z koleżanek odezwała się:

-Nie bój się, nic ci nie zrobimy…

**Zarówno w „Wampirze z M-3”, jak choćby w jakubowym „Polu trzcin” pojawia się ta twoja fascynacja Egiptem. Mamy sąd Ozyrysa, mumie i nie tylko. Co widzisz ciekawego w cywilizacji która upadła i właściwie poza tym, że ustawili nam kalendarz na 365 dni nie pozostawiła większego śladu.

Egipt podobał mi się od dziecka. Ta cywilizacja była dla mnie zawsze znacznie ciekawsza niż grecka czy rzymska. Może to wpływ lektur – ale Egipcjanie wydawali mi się sympatyczniejsi i cieplejsi niż ludy tworzące te całe antyczne korzenie kultury europejskiej.

Rzym był dla mnie agresywnym imperium technorkatyczno-militanym opartym na niewolniczej sile roboczej. Zimna okrutna prymitywna cywilizacja. Może i budowali ciekawe obiekty ale co sądzić o ludziach dla których rozrywką było oglądanie jak niewolnicy-gladiatorzy walcząc na śmierć i życie wypruwają sobie flaki!? Grecy też mnie nie zafrapowali. Polityka, filozofia, pederastia… Kompletnie nie moja bajka. Nawet ich architektura nie robi na mnie większego wrażenia - choć muzeum archeologiczne w Atenach obejrzałem z przyjemnością. Wolę sztukę wczesnochrześcjańską – mozaiki Rawenny czy Wenecji to do dziś ponadczasowe arcydzieła. Uczyłem się o nich na studiach. Po latach obejrzałem je osobiście podczas pierwszej podróży do Włoch.

Z tym nie pozostawieniem śladu – to gruba przesada. Egipcjanom zawdzięczamy chociażby podwaliny chemii i medycyny. Wreszcie to piaski egipskie pozwoliły przetrwać milionom strzępów papirusu dzięki czemu ocalała niemała część dorobku literackiego i naukowego Grecji i Rzymu. Mało kto zdaje sobie dziś sprawę – ale sztuka egipska - zwłaszcza odkrycie grobowca Tutenchamona wywarły mocny wpływ na sztukę secesyjną i design epoki Art-Noveau. Starożytny Egipt jest jak roztrzaskane lustro którego kawałki nieustannie puszczają ku nam jakeś zajączki…

/..../

 

**No to z innej beczki, bo krążą pewne legendy: Co piło się podczas badań archeologicznych na studiach?

 

Na studiach usłyszałem kiedyś hasło: „Jeden obiekt jeden litr. Kto tego nie zrozumie nigdy nie będzie prawdziwym archeologiem”. Ale to trochę mit. Studenci – jak to studenci. Przeważnie piliśmy piwo, czasem niedrogie wino i nie podczas badań – a wieczorami. Wykopy są niekiedy głębokie na 3-4 metry – tu trzeba być trzeźwym.

 

Jak w każdym środowisku trafiają się wśród archeologów ludzie którzy piją za dużo, a wśród moich wykładowców byli i tacy, na szczęście nieliczni,  którzy pili o wiele za dużo. 3-4 powinno wylecieć  hukiem – bo to jednak dla uczelni pewien obciach jak pan magister lezie korytarzem pijany jak bela trzymając się ściany. Jeśli pan doktor prowadzi zajęcia na końcu miasta o godzinie 8:15 w poniedziałek, ale regularnie nie dociera na nie przekazując studentom przez portiera że „dziś odwołane” to powinien dostać ultimatum: esperal albo won do pośredniaka pijaku, nie będziesz podrywał prestiżu uczelni… Niestety przymykano oko. Trochę się z tego ponabijałem w niektórych opowiadaniach. Ale nie dużo bo mnie ten temat mierzi.

 

**A twoje osiągnięcia?

 

Alkoholowe? No więc pewnego razu na wykopaliskach narąbaliśmy się jak las tropikalny i wpadliśmy na pomysł żeby…

 

**Miałem na myśli raczej osiągnięcia w postaci odkrytych artefaktów.

 

 Aaaaa… Była taka historia. W Płocku w 1996 tym. Kopaliśmy na Placu Trzynastu Straconych. Plac był wówczas znacznie większy niż obecnie – sięgał ulicy Bielskiej.  Dostałem wykop ciągnący się od odsłoniętego w profilu muru średniowiecznego kościoła Świętego Ducha prawie po odsłonięty mur synagogi – zniszczonej w czasie wojny. Pracowały ze mną 4 studentki przez co z początku poczułem się trochę jak arabski szejk… Mój wykop w połowie przecinały dwa równoległe murki grube na jedną cegłę. Gdy zeszliśmy niżej pojawiła się między nimi wylewka betonowa. Miałem w wykopie tylko wycinek tego obiektu. Do dziś nie wiem co to było. Czy nieduża szopa z wylaną betonową podłogą, czy wybetonowany kawałek podwórka między dwoma murkami? A może betonowa dróżka między murkami oddzielającymi dwie posesje?  W każdym razie obwąchałem ten beton wykrywaczem metali i w jednym rogu zabrakło skali. Coś tam było w glebie. Coś dużego i z metalu. I raczej nie był to niewypał – bo i z takimi niespodziankami trzeba się na wykopaliskach liczyć.

 

Rozbiłem beton. Pod spodem było trochę gleby i coś zardzewiałego. Ślady rdzy układały się w prostokąt. Obkopałem wokół. Po dłuższej szarpaninie wydobyłem  …żeliwny rezerwuar do WC. Z pozoru znalezisko zabawne, ale gdy obejrzeliśmy to dokładniej okazało się ze wieko nosi ślady przylutowania. Zdołaliśmy usunąć pokrywę. Wewnątrz stała woda, na dnie była warstwa szlamu. Przypuszczam że ktoś ukrył w ten sposób dokumenty. Zapakował w solidny pojemnik, zalutował, zakopał, zamaskował betonem. Ale przez dziesięciolecia które minęły od czasów wojny wilgoć przenikła do środka i wszystko zniszczyła.

 

** Co jeszcze ciekawego znaleźliście?

Płot. Pleciony z chrustu płotek zachowany do wysokości kilkunastu centymetrów. Ktoś go przysypał ziemią i tak został – zakopany przez może trzysta lat. Trafiły się też bańki lekarskie, ale chyba wersja dla biedoty, bo nie ze szkła tylko z wypalonej gliny.  

 

 

frgment wywiadu-rzeki przeporwadzonego przez J.Skrzypacza.

 

--- 0013

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/