z kuźni
- środa, 02, wrzesień 2020 22:23
- Andrzej Pilipiuk
Od wyprawy do Berlina minął miesiąc. Ciepły październik zmienił się w chłodny i deszczowy listopad… Obudziło mnie bębnienie w parapet… Grube krople siekły po szybach. Gdzieś w oddali błysnął piorun. Cudowna pogoda jeśli nie trzeba wychodzić z domu. I dobrze się śpi w takie noce… Zazwyczaj.
Zegar pokazywał trzecią nad ranem. Leżałem przez dłuższą chwilę patrząc w sufit. A potem doznałem olśnienia. Może z niewyspania? Może skutkiem nadchodzącej burzy powietrze było naelektryzowane i po prostu jakaś iskra przeskoczyła między zwojami mojego mózgu?
-To niemożliwe! – szepnąłem w ciemność. – To po prostu niemożliwe.
Układałem sobie wszystko w głowie może trzy sekundy i poderwałem się z łóżka jak sprężyna. Przeszedłem do pracowni. Zapaliłem lampkę, odwinąłem przywieziony z Berlina obraz i obejrzałem przez lupę tabliczkę trzymaną przez dziadka oraz ścianę budynku w tle. Wykręciłem numer do Arka
-Halo? – usłyszałem w słuchawce zaspany głos.
-Śpisz?
-Teraz już nie…
-Eureka! – powiedziałem.
-Eluwina! – odburknął. - Hm… niech zgadnę. Wiesz już dlaczego kupiłeś ten obraz?
-Wiem.
-No nawijaj bo jak teraz nie powiesz, a położysz się spać to rano nie będziesz już pamiętał a ja nie będę mógł ci pomóc… A jak powiesz to jest szansa że któryś z nas zapamięta… Albo jeszcze lepiej notatkę zrobię.








