o kalkulacji

Nie umiemy liczyć. Nie umiemy zrobić zapasów na tzw. Czarną godzinę. Nie nauczono nas tego. Lata względnego dobrobytu pozbawiły nas cech podstawowych – zapobiegliwości, umiejętności kalkulacji…

Nawet czytając sporo o wojnie, o głodzie w czasie wojny, nawet pamiętając stan wojenny i nędzę komuny nie jestem gotowy. Pokolenie 20+ w ogóle tego nie ogarnie mentalnie – szczęśliwie głupie dzieci sytych i spokojnych czasów.

Nasi rodzice i dziadkowie doświadczyli innych rzeczywistości. Najstarsi pamiętają okupację. Młodsi – nędzę lat stalinowskich. Co 50+ doskonale pamiętają stan wojenny. Ale ostatnie 30 lat to pełne półki w sklepach czynnych 24/7.

Łatwo przywyknąć do dobrego. A potem nagle rzeczywistość się sypie.

5 paczek makaronu wydaje się nam ilością znaczącą. 10 paczek - ilością idiotyczną. A jeśli trzeba będzie posiedzieć w domu przez miesiąc w 4 osoby? Te dziesięć paczek starczy na 15 dni może przy dużych oszczędnościach na 20 dni. Do makaronu przydało by się mięso, albo ser, albo sos. Kupujemy na co dzień 1-2-3torebki sosu. „zrobienie zapasów” to dla nas 5 torebek. Sześciu nie kupuje nikt.

3-5 kilo mąki to dla nas bardzo dużo. Nikt nie trzyma tyle w domu. Bo i po co? Epidemia? No dobra zrobimy zapas. Dwa kilo. Albo trzy. Więcej? No bez przesady… Przecież mamy w domu cały kilogram. Albo półtora… Cztery paczki mąki? Już patrzą na nas w sklepie jak na idiotów… „Nie ulegajmy panice”. Cool. A co jeśli będzie trzeba piec chleb samemu przez 2 tygodnie dla całej rodziny? Przydałoby się 7 kilogramów. A na miesiąc z 15. Horrendalna ilość. Nie wyobrażalna. Duża wypchana siata. Ciężka.  

Dwadzieścia zup chińskich to pół szafki. Patrzymy na to i skrobiemy się w głowę – czy to nie przesada? Kto tyle zje… A tym czasem dla rodziny to zapas na zaledwie 5 obiadów. Miesiąc ma 25 dni więcej.

Puszki. Cool. Weźmiemy cztery. Albo pięć. Jak to było gdy w studenckich czasach szliśmy z plecakiem przez Beskidy? Hmmm… No dobra sześć. A do tego ryż. Całe trzy paczki. O jakiś idiota kupił sześć… Bu ha ha - nie zjesz tyle frajerze… A potem trzeba siedzieć w domu dwa tygodnie. 14 dni i 3 paczki ryżu… Albo miesiąc. 30 dni. I 3 paczki ryżu a do nich 6 konserw.

O, zapomnieliśmy kupić kawy. Jak to 50 szt. herbaty i już się kończy? Gdzie się podziało masło, było przecież półtorej kostki… Ale jak to nie a kapsułek do prania…

*

To da się skalkulować. Teoretycznie. To w sumie proste - trzeba siąść policzyć ile czego mniej więcej jemy dziennie, pomnożyć. Tylko że wychodzą liczby fantastyczne. Idiotyczne. Jakieś dziesiątki kilogramów wszystkiego… Na kartce wygląda to dziwnie – ale jeszcze ok. W sklepie? Pełne półki. Zero paniki. Niewielu kupujących. W koszykach – bieżące codzienne zakupy. Włącza się nam „rozsądek” – patrzymy na liczby wpisane na kartce. „no bez przesady po nam co tyle tego” & „nie ulegajmy panice”.

Zje się i trzeba będzie wyjść z domu. Na zakupy. Co będzie za 15 dni? Może będzie już po strachu. Może totalny armagedon np. 20 tysięcy zarażonych i niekończące się kolejki po wszystko. To co kupiliśmy w zeszłym tygodniu to żywność bezpieczna. To co kupimy za dwa tygodnie – trzeba będzie sterylizować…

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/