o kolorach
- poniedziałek, 06, styczeń 2020 09:16
- Andrzej Pilipiuk
W PRL-u najgorsza była dla mnie ta szarość. Pisząc szarość mam na myśli dokładnie to o czym piszę. Kolor. Ludzie ubierali się zupełnie inaczej. W szkołach obowiązywał sztywny dres-code – już nie ubierano nas w obowiązkowe fartuszki ale obowiązywały stonowane barwy i w żadnym wypadku nie jasne. Swetry - najczęściej granat z brązem. Czerń. Szarości. Jeansy – jako najbardziej pstrokata część ubioru. Gdy przyszedłem w czarnej bluzie z jaskrawozielonym wykończeniem przy dekolcie i mankietach już oberwałem krzywym spojrzeniem od purchawy która była naszą wychowawczynią.
Zarazem na mieście szczytem mody były wówczas „oczodżebne” szaliczki z syntetycznej akrylowej włóczki – porażająco zielone lub przeraźliwie różowe i jeansy sprane do białości lub „marmurki”. Standardowy strój miejskiego pięknisia lub bazarowej księżniczki to była turecka jeansowa kurtka na białym syntetycznym misiu i taki właśnie szaliczek.
Rzeczy naprawdę kolorowych było wokół nas niewiele. Pewexy czy bazary sprawiały wrażenie miejsc porażająco niestosownie wręcz kolorowych. Każde g… z zachodu było barwne. Słodycze, ubrania, kosmetyki – wszystko pstrokate jak papuga…
Szare były budynki. Nadal używamy raczej stonowanych barw – ale wtedy była o wiele mniejsza paleta kolorów. Gierkowskie bloki – beż, jasny brąz… Czerwone trójkąty namalowane na budynkach w okolicach Targówka były czymś zaskakującym. Domy przedwojenne najczęściej nie odnawiane od 1939-tego też były szare. W wielu kamienicach stały piece kaflowe – pył węglowy, błoto, sadze – to wszystko osiadało na elewacjach, ale też w sercach, w duszach, w umysłach.
Szary świat zasypiał śniąc szare sny... .







