Kalekie Dzieci Wolnej Polski.
- wtorek, 27, listopad 2018 00:54
- Andrzej Pilipiuk
Gdy miałem naście lat wiedzieliśmy że są książki których nie przeczytamy i filmy których nie obejrzymy bo zakazano i tyle. Wiedzieliśmy że są książki które da się przeczytać jeśli dziadkowie albo znajomi mają je w biblioteczkach a my jesteśmy na tyle godni zaufania że nam je udostępnią… Oczywiście starsi odczuwali to jeszcze boleśniej – po prostu lista tytułów niedostępnych była w ich przypadku o wiele dłuższa.
Były pewne tematy zakazane – rzeczy o których rozmawiało się z rodzicami albo w ścisłym gronie wtajemniczonych przyjaciół. Historie które nie mogły dojść do niepowołanych uszu. Niektórym dziadkowie pokazywali odznaczenia zdobyte w okolicznościach którymi nie należało się chwalić.
Dla mojego pokolenia cenzura była czymś realnym, namacalnym zarazem głęboko obrzydliwym, ohydnym, wręcz obleśnym. Dotkliwie odczuwalną szykaną. Do pracy w cenzurze szły najgorsze bystre kanalie – ludzie którzy świetnie wiedzieli jak naprawdę wygląda i jak funkcjonuje nasz świat i jednocześnie dokładali starań by chronić go przed naszą dociekliwością. Ścierwa zdolne zaatakować nożyczkami nawet takie arcydzieło jak wspomnienia Jamesa Heriotta. Wszy…
Ten okres sprawił że cenzura jest dla mnie czymś chorym, przestępczym, absolutnie niedopuszczalną dewiacją.
Komuna zdechła. Zbankrutowała moralnie i ekonomicznie. Zachłysnęliśmy się wolnością – swobodą czytania wszystkiego co dawniej było zakazane. Nie tylko Orwela, Zamiatina ale też np. Suworowa. Byliśmy pokoleniem które w wiek licealny wchodziło studiując Ossendowskiego, Suworowa i innych nieprawomyślnych autorów. Które zdobywało mityczny lad zachodniej fantastyki. Które jako pierwsze mogło przeczytać dzieła amerykańskich konserwatywnych liberałów – konstytucję duchową kapitalizmu…
Minęło niemal 30 lat. Dorosło całe pokolenie ludzi którzy urodzili się już w wolnej Polsce. Którzy żyli i dorastali w świecie w którym wolno było czytać i oglądać wszystko. W którym można było o wszystkim swobodnie pogadać. I w którym ta wolność słowa stała się tak powszechna że przestałą być dostrzegalna. Dla tych młodszych przestała być wartością.
Być może trzeba przejść atak astmy, poczuć śmierć zaciskającą gardło, poczuć ból walki o każdy haust powietrza - by poznać i zrozumieć wartość powietrze i radość płynącą ze swobodnego oddechu. Być może trzeba doświadczyć zderzenia z opresyjnym totalitaryzmem by zrozumieć radość życia w świecie gdzie wolno swobodnie mówić i pisać, bez strachu że przyjdą „smutni”.
Jako 44 letni dojrzały mężczyzna przywykłem pisać i mówić szczerze to co myślę. Piszę otwarcie, podpisując to co napisałem imieniem i nazwiskiem. Ne kryję się za nickami, pseudonimami etc. Jestem mężczyzną – przyjmuję odpowiedzialność za każde napisane zdanie. Umiem stonować moje wypowiedzi by wyrażone były językiem w miarę kulturalnym – ale jednocześnie nie ograniczam się co do treści… Umiem też napisać że pewne postawy, idee, „wartości” są dla mnie chore, odrażające, zbrodnicze. Jestem jednak zdolny podjąć polemikę z nosicielami takich postaw. Uważam że ludzie zasadniczo przeważnie są dobrzy - tylko czasem skutkiem niedoinformowania zatruli się toksycznymi ideologiami. Wierzę raczej w powszechność głupoty niż w powszechność czystego łajdactwa. Niestety nie zawsze się to udaje bowiem dyskusje bywają nagle gasszone. Stare zderza się z nowym...
Jak rozumieć i jak ocenić sytuację gdy spokojne stonowane wypowiedzi, poparte faktami i bazujące na doświadczeniu życiowym, umieszczane na forach dyskusyjnych - w skupiskach ludzi wolnych i równych, są cięte albo usuwane przez moderatorów młodszych ode mnie o 20 lat? Przecież urodzili się po 1989-tym. Dlaczego dzieci wolnej Polski przeraża sam fakt, że ktoś mówi i pisze to co myśli? Co sprawia że chcąc sprawować władzę nad słowami innych zarazem nie mają nawet tyle odwagi by podpisać się imieniem i nazwiskiem? Jakie straszliwe deficyty intelektualne i moralne leżą u podstawy takich postaw? (pomijam oczywisty brak elementarnej kindersztuby).






