Shoah w Wojsławicach

O shoah z punktu widzenia „małego żydowskiego miasteczka”. Moje rodzinne Wojsławice przed wojną były typowym „unsere sztetl” – Żydzi stanowili ok ¼ ludności gminy, przy czym ok ¾ ludności samych Wojsławic.

Żydzi zajmowali się handlem, rzemiosłem, lichwą, wyszynkiem, mieli też rzeźnię, garbarnię i piekarnię. W obrębie Rynku było ok 100 domów. Niemal w każdym na parterze był sklepik albo warsztacik.

Nieliczni byli w miarę zamożni, uboga większość prowadziła „kopiejkowe” interesiki. Wśród rzemieślników byli nieliczni fachowcy oraz duża ilość tzw. „partaczy”. Kiepsko wyglądała sytuacja jeśli chodzi o narzędzia. Używali prostych – często robionych własnoręcznie. Na kilkunastu żydowskich szewców przypadała jedna maszyna - łaciarka.

Gdy do Wojsławic wkroczyli sowieci – Żydzi liczyli najwyraźniej na przyłączenie tych ziem do ZSRR. Nieliczni cieszyli się z upadku Polski, część była obojętna, część bała się nowej władzy. Sklepikarze wykazali się rozsądkiem i  poukrywali towar. Sowieci – w literaturze często występujący jako przychylni Żydom u nas potraktowali ich per noga - odebrali im synagogę i zrobili w niej magazyn łupów. W październiku 1939 teren zajęli Niemcy. Najpierw nakazali żydom otworzyć sklepy. Potem dopiero wraz zaostrzeniem przepisów zabronili im handlować żywnością.

Gdy z kilkutygodniowym poślizgiem uruchomiono szkołę żydowscy uczniowie już do niej nie chodzili. Nie mam informacji czy Niemcy zabronili – ludzie z którymi rozmawiałem – sami wówczas bardzo młodzi - nie wiedzieli jak to dokładnie było.

Do miasteczka Niemcy dokwaterowali też żydów z innych regionów – sytuacja przesiedleńców była bardzo zła – przybyli doszczętnie ograbieni, nie mieli tu krewnych ani znajomych. Wzięła ich na utrzymanie gmina żydowska - miejscowi Polacy i Ukraińcy jakoś tam ich dożywiali – słyszałem kilka relacji.

Sytuacja pogarszała się stopniowo. W Wojsławicach Niemcy zostawili kilku swoich urzędników – ale nie było w nich stałej obsady wojska ani żandarmerii. Porządku pilnowała „granatowa policja” – czyli zmobilizowani pod przymusem przedwojenni policjanci polscy. To byli „nasi” gliniarze - patrzyli na wiele rzeczy przez palce. Podobnie przewodniczący gminy – Szenk. Był to nas lokalny wojsławicki Niemiec – potomek osadników. Był wielkim koneserem samogonu i skrzętnie tę jego słabość wykorzystywano.

Od 1940 roku Wojsławice położone opodal granicy z ZSRR stały się zapleczem przyszłego frontu. Niemców pojawiło się więcej był też stały posterunek wojskowy. Z relacji ustnych wiem że Niemcy w okresach gdy kwaterowali w miasteczku od czasu do czasu organizowali nocne wyprawy „na żydów” – wdzierali się do upatrzonych domów i okradali, zabierali zapasy alkoholu, czasem gwałcili dziewczęta i kobiety. Z reguły dawali się jednak przekupić – złotem. Nie mam informacji żeby kogoś przy okazji zabili.

W 1942 żydów z Wojsławic i sąsiednich miejscowości wysiedlono. Oficjalnie do getta w Chełmie – ale słyszałem że trafili od razu na rampę kolejową i pojechali do Treblinki – na śmierć… Deportacja nie była dla miejscowych żydów zaskoczeniem – spodziewali się takiego scenariusza – i przynajmniej część na różne sposoby starła się przed takim scenariuszem zabezpieczyć. Niektórzy mieli skrytki wykonane w swoich domach – ale  Niemcy dysponujący psami tropiącymi powywlekali ich z zakamarków i pozabijali na rynku. Zamordowano kilkanaście – kilkadziesiąt osób. (świadkiem był granatowy policjant p.Byk.). W trakcie marszu kolumny wysiedleńców przez las – kilka osób podjęło próby ucieczki niemcy zastrzelili opodal leśniczówki lokalnego meszugene Icka. (zdaje się choć wariat był na tyle rozsądny by wiedzieć że trzeba próbować zwiać…)

Co najmniej kilkadziesiąt osób zdołało w porę zbiec z miasteczka i ukryć się w okolicznych lasach – przy czym przynajmniej niektórzy zajęli pobudowane zawczasu kryjówki. Część pobudowała szałasy lub wykopała prymitywne ziemianki. Tropieniem zbiegów zajmował się Ukrainiec leśniczy – obcy w naszych stronach. Na pewno schwytał co najmniej dwójkę żydowskich dzieci – rozstrzelanych później za pocztą. Przypuszczalnie jego konto obciąża znacznie więcej ofiar. Miejscowi partyzanci kilka razy próbowali go zlikwidować.

Polski leśniczy Żydom pomagał, a wielu rzeczy "nie zauważał". Lasy Wojsławickie nie były dobrym miejscem na kryjówkę - przede wszystkim nie były wystarczająco gęste ani rozległe. Z drugiej strony - sa pocięte wąwozami lessowymi - less jest dośc spoisty - to ułatwiało drążenie nor i innych kryjówek podziemnych.  

W dniu deportacji mój Dziadek ukrył w skrytce w stodole 3 dzieci znajomego felczera. Przechował je przez kilkanaście dni – potem przekazał pod opiekę ich wujka ukrywającego się w bunkrze koło Starego Majdanu. Nie dożyły końca wojny – dziadek nigdy nie ubiegał się o żadne odznaczenie.   

Po deportacji opuszczone żydowskie domy były przetrząsane przez mieszkańców Wojsławic – nikt się na tym szabrze szczególnie nie obłowił – cenne przedmioty żydzi zabrali ze sobą. Poszukiwano też skarbów – nie mam relacji by ktokolwiek coś cennego znalazł. Łupem polskich sąsiadów padły głowine tekstylia - firanki, zasłony, makatki, narzędzia i sprzęty domowe. Przykra sprawa - ale zrozummy tych ludzi. Było to mienie porzucone (oficjalnie skonfiskowane przez III Rzeszę). Ludzie byli realistami i zdawali sobie sprawę że Żydzi prawdopodobnie nigdy po to nie wrócą. W warunkach wojennej nędzy były to rzeczy nie do pogardzenia. Słyszałem też że z jakichś pism liturgicznych pisanych na pergaminie kilku co głupszych miejscowych uszyło sobie portfele. Dużą ilość żydowskich książek spalono na rozkaz Niemców. Pożydowskie domy zasiedlono Ukraińcami (okupant ich faworyzował) a te gorsze dostali Polacy - zwłaszcza poszkodowani w pożarze który strawił zabudowę za zachód od centrum aż do krzyżówek. Ci ludzie po wojnie już tam zostali. Nie było spadkobierców roszczących prawa do tych nieruchomości.     

Ukrywający się po lasach byli w ścisłej tajemnicy dożywiani przez mieszkańców Wojsławic i Witoldowa. Wedle relacji mojego Ojca - ukrywający się Żydzi kilka razy odwiedzali nocą mojego Dziadka (a mieszkał na krzyżówkach - nie było to łatwe) – oraz prawdopodobnie innych zaprzyjaźnionych Polaków. Wspominał że byli w marnym stanie psychicznym i fizycznym, brudni, obdarci, wygłodzeni, przerażeni – budzili w nim – wówczas małym dzieciaku – strach. Dziadek parokrotnie woził też zaopatrzenie dla ukrywających się -  pod pozorem prac w swoim lesie na Białej Górze. Ojciec zapamiętał z tych wypraw spotkanie z kompletnie obłąkanymi żydowskimi kobietami. Być może były to matki rozstrzelanych za pocztą dzieci.  

Żydowską dziewczynkę przechowywało małżeństwo w Witoldowa – podawali ją za kuzynkę z Warszawy. Szyte było to baaardzo grubymi nićmi – bo masa ludzi znała ją przecież z widzenia – ale nikt nie podkablował.  Po latach gospodarze dostali tytuły „sprawiedliwych”. Są to jedyne takie tytuły nadane mieszkańcom naszej gminy – choć w pewnością kandydatów byłoby więcej. 

Największy „bunkier” znajdował się w lasach w okolicy Starego Majdanu, wedle relacji naszych regionalistów ukrywało się w nim ok 46. osób! Bunkier został wykryty przez wspomnianego leśniczego na pocz. 1944 roku – a wszyscy ukrywający – rozstrzelani przez Niemców na łące za cerkwią. (planowana jest budowa w tym miejscu pomnika). Ukrywających się z pewnością wspierali i dożywiali mieszkańcy Starego Majdanu i Tróścianki – na szczęście niemcy „nie drążyli tematu”, nie przeprowadzili śledztwa ani i nie dokonali pacyfikacji wsi.

Spisy ocalonych obejmują 28 osób narodowości żydowskiej z terenu naszej gminy. Nie wiem czy wszyscy przetrwali w naszej okolicy. Z tego co wiem nikt z mieszkańców Wojsławic nie był po wojnie oskarżany ani sądzony za szmalcownictwo.  

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/