Znów o górach
- niedziela, 28, styczeń 2018 22:08
- Andrzej Pilipiuk
Czytam o akcji ratunkowej na Nanga Parbat. Wszystko wskazuje że Tomasz Mackiewicz nie ma już żadnych szans. Czytam i generalnie chce mi się rzygać. Polak zdobył szczyt w towarzystwie francuskiej himalaistki. W drodze powrotnej osłabli, zepsuła się pogoda. Na wysokości 7200 metrów wydrążyli jamę w śniegu by przeczekać. Wezwali pomoc przez radio.
Kobieta (może powinienem napisać: Baba?) zostawiła słabnącego Polaka w tymczasowym schronieniu i zeszła w dół gdzie spotkała wyprawę ratunkową. Zgubieni mieli łączność radiową gdy byli razem, ale potem Polak już nie miał. Media nie wyjaśniają tego dokładnie. Czy kobieta zabrała ze sobą jedyną radiostację którą dysponowali? W każdym razie – udało się jej – została odnaleziona przez ekspedycję ratunkową i opuszczona w dół – skąd ją i ratowników pojął helikopter.
Kto ratował zaginionych? Ano himalaiści szturmujący odległy o ok 200 km. szczyt K2. Na wieść o kłopotach kolegów wskoczyli w pakistańskie helikoptery, (ponoć mogliby wskoczyc 10 godzin wcześniej ale pakistanczycy czekali na potwierdzenie przelewu kasy....) przylecieli i ruszyli na pomoc. To bardzo szlachetnie z ich strony – ale tak ta logikę powinna to robić grupa asekuracji zejścia… Tylko że tej nie było. Dwójka himalistów atakowała górę samotnie.
W akcji ratunkowej brał udział Bielecki – ten sam który zostawił dwu słabnących towarzyszy na śmierć (Broad Peak - pisałem o tym). Chciał się zrehabilitować? Ratownicy wspinali się ok 8 godzin pokonując w tym czasie niemal kilometr w pionie - co przejdzie do annałów ratownictwa górskiego. Po uratowaniu Francuzki akcję zakończono – uważając że uratowanie jej towarzysza jest niemożliwe. Ojciec zaginionego apelował o kontynuowanie akcji, niestety zdecydowano inaczej. Trudno oceniać czy słusznie - to oni byli tam na miejscu i oni podjęli taką a nie inną decyzję...
Kolejna ciekawostka z netu – pojawiła się mapa obrazująca trasę którą poruszali się ratownicy. Powstała w ten sposób że zestawiono punkty logowań się do sieci GPS. Widać rząd czerwonych kropek. I znów pytanie – czy zagubieni mieli własne GPS? Przecież najprościej byłoby do nich dotrzeć sprawdzając miejsca gdzie się logowali. Powinny być obok rzędu czerwonych kropek także dwie innego koloru…
I wreszcie zdjęcie – ratownicy i kobieta – wszyscy uśmiechnięci od ucha do ucha… Rozumiem – odnieśli sukces – przeprowadzili akcję w krajnie trudnych warunkach i uratowali kobietę. Ale przecież w chwili gdy świętowali kilkaset metrów wyżej w śnieżnej jamie wykańczał się ten którego nie zdołano uratować…
Nie znam się na himalaizmie - ale tak na logikę – te wyprawy to jakieś kompletne dziadostwo. Idą w górę z jedną radiostacją na kilku? W razie wypadku z reguły mają problemy z łącznością. Grupy ratunkowe szukają ich po omacku – zaginieni nie mają lokalizatorów lawinowych!? Rozumiem huraganowe wiatry, temperatury po -50 stopni etc. – nie mają ogrzewaczy chemicznych umożliwiających przetrwanie nocy w jakiejś jamie?
Komentarze na forach w necie – są obrzydliwe. Uwłaczają honorowi piszących i godności Polaka. Wśród piszących powszechne jest przekonanie że porzucanie towarzyszy na pewną śmierć jest w Himalajach całkowicie dopuszczalne moralnie.
*
Mój Ojciec uczył się w szkole górniczej w Wałbrzychu. Od pierwszego dnia tłuczono im do głów podstawowe zasady pracy pod ziemią. Ilu zjechało tylu wraca na powierzchnię. Zgubiłeś się, zgasła lampa, odciął cię zawał – walcz o przetrwanie – koledzy przyjdą. ZAWSZE PRZYJDĄ. Jeśli gazy czy wstrząsy uniemożliwiają prowadzenie akcji ratunkowej – zawiesza się ją. Gdy tylko jest możliwe – kontynuuje. Akcja trwa do momentu gdy odnajdzie się wszystkich. Żywych czy martwych. Zawsze idzie się po żywych. Zawsze ratownikami kieruje nadzieja. Akcja prowadzona jest w warunkach ekstremalnych - kilkaset metrów pod ziemią, w ciemnościach, w wyrobiskach zawalonych głazami, czasem zasutych metanem, bywa że zalewanych wodą. Prowadzi się ją do skutku. Zawsze.
W 1971 górnik Alojzy Piontek został odcięty przez zawał i przygnieciony na głębokości niemal 800 metrów. Akcję prowadzono w skrajnie trudnych warunkach – ratownicy wydobyli go po 158 godzinach – żywego. W 2006 górnik Zbigniew Nowak po wybuchu metanu przetrwał ranny w zawale 111 godzin. Został uratowany. Przetrwali bo trzymała ich przy życiu nie nadzieja ale żelazna pewnoć: Koledzy przyjdą. Zawsze.
HIMALAIZM TO SPORT DLA BOGATYCH LUDZI Z KLASY ŚREDNIEJ. KULTURALNYCH, WYKSZTAŁCONYCH ETC. CO WARTA JEST TA KULTURA I WYKSZTAŁCENIE?
Górnicy mają za sobą zawodówkę lub technikum górnicze. To robotnicy. Ludzie prości. Na uniwersytetach się nie kształcili. Do teatrów i na koncerty chadzają sporadycznie. Nie wszyscy czytają książki. Ale mają zasadę której najwyraźnej brak w górach: Koledzy przyjdą. ZAWSZE.
*
Opinia Himalaistki z USA
https://m.sportowefakty.wp.pl/alpinizm/734587/maja-krew-na-rekach-szokujace-slowa-amerykanskiej-alpinistki
*
Artykuł ilustruje zdjęcie z uratowaną kobietą - w tle widać kawałek nieba...
http://www.fronda.pl/a/caly-swiat-zachwycony-wyczynem-polskich-bohaterow,105905.html







