Gardząc robolami...
- czwartek, 07, marzec 2013 23:24
- Andrzej Pilipiuk
Polska wyprawa wyruszyła na Broad Peak. Wyprawa zasadniczo była udana – Polacy wdarli się na górę zimą i postawili nogę na szczycie. Problem w tym że dwaj powrócili szczęśliwie do bazy a dwaj inni - obecnie uznani za zaginionych - najprawdopodobniej zginęli przy próbie zejścia. Piszę najprawdopodobniej bowiem koledzy nie pofatygowali się sprawdzić.
Czytam doniesienia i nie bardzo chce mi się wierzyć w to co widzę: Kierujący ekspedycją miał kontakt radiowy tylko z jednym schodzącym który „był bardzo słaby” i usiłował dostać się na przełęcz. Pogoda była niezła więc dziś próbowano wypatrzyć go na ścianie przez lornetki. Bez skutku. Drugi himalaista prawdopodobnie odpadł od ściany i zginął. A poza tym ekspedycja już się zbiera, likwidują bazę, a zwłoki (sic!) prawdopodobnie odnajdzie jakaś letnia ekspedycja. Zaginionych Polaków próbowali szukać Pakistańczycy – bez skutku.
Po lekturze kilku książek opisujących początki ruchu alpinistycznego w Polsce byłem przekonany że nadal obowiązują dawne szlachetne zasady. Nikt nie zostanie porzucony w górach, grupa nie rozdziela się, pomoc nadejdzie zawsze, jeśli koledzy dotrą za późno zwłoki zostaną zniesione na dół…
Ta wyprawa to zaprzeczenie tych zasad. Czterej poszli na szczyt. Dwaj zeszli. Dwaj zostali na górze. Przy zejściu też się rozdzielili. Tylko jeden miał radio. Próba ratunku? Brak. Tylko wypatrywanie przez lornetkę oznak życia. Szef ekspedycji zwija obóz. Bo z doświadczenia wie że tamci nie mieli szans. Choć pogoda jest dobra. Czarną robotę poszukiwawczą niech odwalą Pakistańczycy.
Zdaje się wyleczyłem się z wiary w kolejny mit. Wspinaczka wysokogórska to najwyraźniej dziś sport uprawiany przez bogatych cyników-pragmatyków, który zatracił gdzieś szlachetne idee z czasów Jerzego Żuławskiego i generała Zaruskiego - leżące u podstaw ruchu.
A jednocześnie Pakistańczycy – pogardzani „ciapaci”, w dodatku zapewne muzułmanie ruszyli szukać naszych. Dotarli na przełęcz. Niestety szukali bez skutku.
*
Ojciec opowiadał mi o praktykach odbywanych w kopalniach Wałbrzycha w latach 50-tych. Zasady panujące wśród braci górniczej były proste i surowe. Ilu zjedzie pod ziemię tylu wraca na powierzchnię. Kolegów szuka się do skutku. W razie gazów czy zawału poszukiwania można przerwać na trochę – gdy mija bezpośrednie zagrożenie – natychmiast zostają podjęte. Jeśli pomoc się spóźni na powierzchnię wynosi się zwłoki. Górnik odcięty przez zawał 800 metrów pod ziemią musi walczyć by utrzymać się przy życiu – bo wcześniej czy później koledzy przyjdą. ZAWSZE PRZYJDĄ. Akcji ratunkowej nie kończy się nim ostatni który zszedł pod ziemię nie znajdzie się na powierzchni. W latach 70-tych do jednego z zasypanych górników w skrajnie ciężkich warunkach przebijano się przez 7 dni. Ratownicy szli wydobyć zwłoki – ale uratowali go żywego.
Zestawmy surowo przestrzegane zasady świata prostych górników, z nonszalancją bogatych inteligentów zdobywających Himalajskie szczyty…







