przemyślenia...

Jako dzieciak byłem oczywiście socjalistą - jak każdy. Cieszyłem się, że mieszkam w bloku, że jest co jeść, (a konina to nawet bez kartek) i że nie spadają na nas imperialistyczne bomby. Wkurzało mnie rzecz jasna, że mamy dwa pokoje na czteroosobową rodzinę a sąsiedzi trzy a jest ich troje i że nie mamy samochodu. I że nie jeździmy na wczasy do Bułgarii. Ale były to drobne bolączki. Wyasfaltowane podwórka, place zabaw, rzęchowaty rower – żyłem jak inni, jak moi rówieśnicy.

Akurat w najbliższym otoczeniu, choć mieszkałem na owianych ponurą sławą Szmulkach nie było przykładów jaskrawej patologii. Sąsiad chlał, ojciec jednego z kolegów siedział w więzieniu, ojca drugiego zakatowali tzw. nieznani sprawcy – ale dla 7-9-to latka by sprawy mimo wszystko dość odległe. W porównaniu z przegęszczeniami mieszkań niektórych kolegów standard dwa pokoje na czteroosobową rodzinę wydawał się całkiem niezły. Fakt, że mój Ojciec pracował przez większość weekendów, a latem spędzał w robocie i 12 godzin też nie dawał do myślenia – nie byłem tu wyjątkiem. Harówka rodziców była rzeczą powszechnie występującą. Ojciec jednego z kumpli pracował na noce przy produkcji…

Potem dowiedziałem się, że można żyć inaczej - pełniej. Że są książki, których nie tłumaczy się na nasz język. Że w innych krajach wyjazd za granicę nie jest niczym nadzwyczajnym. Że w zasadzie wszędzie za granicą mięso kupuje się w sklepie jak każdy inny towar – bez kartek. Że w NRD które odwiedziłem w 1985-tym namiot można po prostu kupić w sklepie sportowym bez konieczności zapisywania się w społecznej kolejce i czekania latami.

Był taki dowcip o milicjancie, który przeskoczył przez ladę w Pewexie i poprosił o azyl… To faktycznie tak wyglądało. Łada, a za nią niewyobrażalne bogactwo niedostępnych na co dzień towarów. I tłum klientów gapiących się na te dobra a jednocześnie brak kolejki do kasy. Oglądając przejawy zachodniej cywilizacji i studiując zagraniczne katalogi sklepowe stałem się zwolennikiem kapitalistycznego dobrobytu i na tym zastał mnie rok 1989-ty.

Oczywiście byłem całkowicie pewien, że wyrównanie poziomu życia nastąpi w ciągu kilku lat i byłem pewien, że jest to zasranym obowiązkiem władzy. Do tego liczyłem na sute dotacje zachodu na podnoszenie tego poziomu ze szczególnym uwzględnieniem mojej skromnej osoby. (piszą sobie opowiadania i powieści, nie robi tego nikt z moich rówieśników, znaczy jestem genialny – gdzie do cholery moje stypendium, może być niemieckie – mają przecież obowiązek odbudowy naszego kraju). Miałem przeświadczenie graniczące z pewnością że zdrada aliantów popełniona w Teheranie, Jałcie i Poczdamie zostanie nam jakoś zrekompensowana. Że długi gierka zostaną umorzone, że dla Europy środkowej będzie jakiś nowy plam Marshalla i że dostaniemy wreszcie należne nam reparacje i odszkodowania za II wojnę światową. Podobnie liczyłem na procesy komunistycznych decydentów i publiczne wieszanie różnych urbanów, jaruzelskich i kiszczaków.

Około 17-tego roku życia a więc ok. 1991-go zrozumiałem, że nie ma na co liczyć, procesów nie będzie i nikt mi nic nie poniesie, a nawet jakby ktoś z zachodu chciał coś tu podnosić to przysłaną dla mnie kasę władza i tak ukradnie. Zacząłem zastanawiać się na problemem: jak przy zerowych umiejętnościach i zerowym kapitale początkowym podnieść sobie poziom życia do takiego, jaki bym chciał mieć. Wymyśliłem by skupić się na pisaniu, by wrócić do pisania po półrocznej przerwie totalnej (bo był już czas gdy sobie definitywnie odpuściłem...) i jak sądzę wymyśliłem to dobrze.

Lewakiem może być oćwiczony batem niewolnik, człowiek któremu odebrano wiarę we własne siły, albo który tej wiary nigdy nie miał. Który wierzy, że nie podskoczy a jedyne, na co może realnie liczyć to pomoc urzędasów. Nawet to rozumiem - bo znam siłę uwodzenia różnych mutacji marksizmu. Kto by nie chciał, by inni zdjęli z niego ciężar decydowania o własnym losie i do tego zapewnili pełną michę? Kogo nie rajcowałaby możliwość otrzymania mieszkania gratis, za sam fakt przepracowania kilku lat we wskazanym zakładzie? Za stuprocentową pewność zatrudnienia – nawet za przysłowiowe 1200 netto niejeden gotów byłby wyrzec się wolności i demokracji. Był taki etap. Mieszkania dla górników i hutników. Brak rąk do pracy niemal w każdej dziedzinie produkcji… Życie szare, biedne, nudne – ale bez konieczności walki. Zatruły się tym jadem dwa pokolenia powojennego wyżu. I nadal się trują choć w międzyczasie nasi obozowi kapo zmienili się w „kapitalistów”.

Potrzeba wielkiej samodyscypliny i siły wewnętrznej by uwierzyć w siebie i nauczyć się walczyć o swoje. By wymyślić cel i realistyczną drogę do niego, a potem plan konsekwentnie zrealizować… By uczciwie rywalizować i zwyciężać. By przyjąć walkę w sytuacji, gdy klęczy się w błocie z kozikiem w dłoni, a przeciwnik stojący na suchym ma w ręku miecz. Rozumiem tych, którzy raz wdeptani już się nie podniosą. Ale uważam że trzeba szukać sił w sobie.

Rozumiem też postawę roszczeniową – bo nadal uważam że po szalonych zbrodniach II wojny światowej niemcy i ruscy po wiek wieków powinni odpracowywać u nas swoje winy – sprawcy jako niewolnicy, ich potomkowie jako parobczacy… Ale tak po prostu nie będzie. Do wszystkiego trzeba dobić się samemu, własną pracą a socjalizm jest jak kulty cargo – idiotyczną szkodliwą mrzonką dobrą dla niepiśmiennych dzikusów, ale niegodną człowieka cywilizowanego.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/