Opowieści
- czwartek, 19, luty 2015 14:30
- Andrzej Pilipiuk
Ulatujące opowieści.
W dawnych czasach gdy nie było jeszcze radia i telewizji, książki pod strzechy trafiały nieczęsto, a świece i nafta paskarsko drogie ludzie zbierali się wieczorami by pogadać. Kobiety darły pierze i tkały, mężczyźni naprawiali odzież i buty. Dzieciaki siedziały na przypiecku i nie przeszkadzały dorosłym, za to pilnie nasłuchiwały. Snuto opowieści, straszono się historiami o duchach, przestrzegano przed złymi miejscami. Weterani opowiadali jaki kawał świata zwiedzili w szeregach wojsk napoleona lub wlokąc katorżnicze kajdany przez śniegi Sybiru. Starcy wspominali młodość i szalone wyprawy – np. pieszą pielgrzymkę z diecezji chełmskiej do Ziemi Świętej. Przeważały jednak historie lokalne. Takie wieczory kształtowały wyobraźnię wybitnych pisarzy wielu narodów: Tarasa Szewczenki, Nikołaja Gogola, Adama Mickiewicza, Władysława Łozińskiego. Nieliczne najciekawsze ich zdaniem opowieści zostały spisane.
Czy tak wiele się zmieniło? Wystarczy zebrać trochę luda i wyłączyć telewizor. Zbierze się kilku „weteranów” – nawet niekoniecznie specjalnie starych. Wypiją piwo albo dwa i zaczynają wspominać. Płyną opowieści. Czasem to historie z dziejów rodu, czasem z ich życia, czasem przywołują anegdoty które zaliczyć można do legend firmy, fabryki, zakładu pracy. Powracają we wspomnieniach ludzie którzy już odeszli i zdarzenia czasem błahe, a czasem znaczące.
Czasem będą to historie trochę złośliwie. Pracownicy ZOO obśmiewają się z tego że ćwierć wieku temu dyrektor czekając na zagraniczną delegację upaskudził odświętny garnitur kupą hipopotama, a w 1983-cim znudzona słonica przydeptała barierkę i wyrwała się na półgodzinny spacer w krzaki. Pracownicy teatru chętnie poplotkują jak prominentna primabalerina pupilka dyrektora tańczyła na scenie nieświadoma że ma na sukience wielką czarną plamę z mazutu bo za kulisami przed występem otarła się o liny kurtyny. Czasem będą to opowieści „heroiczne” – wieśniacy zbiorą się w knajpie i ktoś wspomni jak stary Aleksander zaraz po wojnie zadźgał we własnej oborze wilka widłami. Albo miłośnicy fantastyki wspomną jak jeszcze za komuny spili nasłanego na imprezę ubeka, zabrali mu dokumenty i zadzwonili na milicję: „wlazł nam na imprezę jakiś obcy, pijany jak bela i wygaduje antypaństwowe świństwa, zabierzcie go panowie do izby wytrzeźwień”. Czasem będą to opowieści makabryczne lub pełne czarnego humoru. Ojciec opowiadał mi jak w czasie czuwania przy zwłokach sąsiada wybuchła panika: Ręka nieboszczyka leżącego w otwartej trumnie zaczęła się poruszać bo wpełzł pod nią mały kociak. Od czytelnika poznałem anegdotę jak milicjant szukając bimbru skosztował wody z obmycia zwłok zebranej przez babkę celem leczenia kurzajek…
Na tle drobnych rodzinnych i lokalnych anegdot czasem błyśnie na chwilę wielka historia. Staruszka pokaże pamiątkę z dzieciństwa – poskręcany kawałek metalu, odłamek hitlerowskiej bomby który podniosła z peronu cudem przeżywszy nalot na dworzec we Wrześniu 1939. Albo staruszek wygrzebie w szufladzie orzełka z czapki swego pradziadka – legionisty i opowie jak Kasztanka - legendarna klacz Piłsudskiego wygryzła przodkowi plecak by dobrać się do zapasu chleba… Czasem nie będzie to nic szczególnie spektakularnego – były partyzant opowie jak przetrwał zimową noc w lesie gdy było szesnaście stopni poniżej zera a on nie mógł zapalić ogniska. Dziadek opowie jak jago czołg dachował najechawszy gąsienicą na minę. Albo były więzień obozu koncentracyjnego wspomni jak kapo wylał mu zupę.
Opowieści nim umrą ostatecznie zacierają się. Gubią szczegóły. Czasem narasta na nich pleśń konfabulacji. Czasem ktoś coś źle zapamięta i po latach umysł sam próbuje wypełnić luki. Czasem opowieści pomaga przedmiot. Wiele rozmaitych rzeczy chowamy sobie na pamiątkę, po latach wydobyte z szuflad i pudełek pozwalają na chwilę wskrzesić pamięć minionych wydarzeń Mam w swoich zbiorach nóż do papieru. Połowa to surowy wiór poskręcanej stali – fragment ścianki bomby lotniczej. Druga połowa – wyszlifowana klinga. Wedle słów człowieka od którego to otrzymałem jest to pamiątka z Wału Pomorskiego. Odłamek niemieckiego pocisku trafił polskiego żołnierza w brzuch. Zdołano go wydobyć operacyjnie. Ranny zachował go sobie, a po powrocie do zdrowia wykonał taki pamiątkowy przedmiot. Nie znam nazwiska rannego. Nie znam daty, okoliczności i miejsca zdarzenia. To już uleciało. Nie wiem nawet czy opowieść ta jest na pewno prawdziwa. Mój Dziadek przechowywał kulę która zbiła w czasie wojny jego przyjaciela. Miał też szklany grzebień wypiłowany z szyby straconego niemieckiego samolotu.
Czasem poczujemy chłodny powiew – krewni i znajomi opowiedzą o swoich zetknięciach z nieznanym. O rzeczach i sprawach których nie potrafią wytłumaczyć. O snach budzących przerażenie – które w dodatku się sprawdziły. Albo o takich które na szczęście się nie sprawdziły. Ktoś spotka na cmentarzu ducha zakonnicy. Ktoś inny zimową nocą zostanie zabrany z szosy i podwieziony do wsi przez milczącego blondyna poruszającego się zagranicznym wozem nieznanej marki. Jeszcze ktoś będzie przekonany że poznany w pociągu typek był diabłem we własnej osobie. A wiejski dziadek jak postawimy mu piwo opowie historię dawno nieżyjącego sąsiada którego pijanego obił na łąkach laską dystyngowanie odziany duch któregoś z naszych dziedziców.
Przed nami na ziemi żyły miliardy ludzi. Przytrafiały się im różne rzeczy, czasem tragiczne, czasem wesołe, a czasem kompletnie kuriozalne. Opowieści umierają wraz z ludźmi. Zacierają się. Nikną. Uczniowie Brun Schulza wspominali że ich belfer opowiadał im wymyślone przez siebie bajki. Jakie? O czym? Nikt nie zapisał. Mój Ojciec w młodości zetkną się z wybitnym regionalistą i badaczem naszych stron. Profesor Janczykowski godzinami opowiadał anegdoty z dziejów okolicy. Ale po pół wieku nie zostało po nich wiele. Tak działa pamięć. Najpierw umarli ci którzy zdobyli stację kolejową szachując Prusaków drewnianą atrapą karabinu maszynowego. Potem ich młodsi przyjaciele i krewni. Nie byli na samej akcji ale pamiętają jak świętowano ten wieczór. Wreszcie umierają wnuki bohaterów. Błyskotliwy fortel popada w zapomnienie – chyba że zostanie przez kogoś w porę spisany.
Historie znikają. Czasem pozostaje po nich jakiś trudny do odczytania ślad. Czasem inskrypcja w martwym języku. Polski Egiptolog prof. A.Niwiński przez całe lata natrafiał na rozproszone wzmianki o młodym egipskim kapłanie Suti-mesie żyjącym w czasach arcykapłana Herhora, około roku 1070 pne. Z rozmaitych dokumentów zaczął wyłaniać się obraz żywego człowieka. Z innych papirusów odsłoniły się przerażające dzieje epoki w której żył. Mozolne posklejawszy okruchy informacji i uzupełniwszy luki wydarzeniami prawdopodobnymi, profesor napisał …powieść historyczno-przygodową zatytułowaną „Hieny i lotosy”. Pewna historia – choć oczywiście w wersji nieco odbiegającej od rzeczywistości został dzięki temu ocalona.
Suti-mes miał szczęście. Po trzech tysiącach lat „barbarzyńca z dalekiej północy” odtworzył jego historię. Najczęściej niestety po upływie kilkudziesięciu lat nie zostaje kompletnie nic. Jedyna nadzieja że gdzieś po tamtej stronie wszystko zostaje zapisane i że będzie kiedyś okazja usłyszeć stare opowieści od naocznych świadków…
(felieton napisany kiedyś la miesiecznika Czwarty Wymiar)








