O weszkach
- środa, 12, grudzień 2012 05:21
- Andrzej Pilipiuk
Gdy byłem nastolatkiem Czułem się inny i do tego głęboko lepszy i mądrzejszy od większości rówieśników. (faktycznie byłem trochę inny a od nastoletniej praskiej żuli byłem zapewne rzeczywiście i lepszy i mądrzejszy…). Myśląc o przyszłości układałem sobie scenariusze „elitarne”. Wśród nich były i takie gdzie robiłem oszałamiającą karierę naukową…
Panowałem też zostać weterynarzem, biznesmenem, przywódcą politycznym… Weterynarię sobie odpuściłem – nie przepadałem za biologią ani za chemią a w dodatku słyszałem opinię że to potwornie ciężkie studia. By zostać biznesmenem trzeba było dysponować na początek kapitałem a do tego znajomościami. (o znajomości danej branży nawet nie myślałem). Gdybym przypadkiem miał kapitał (czasem się grało w totolotka) to pewnie bym go stracił nie mając pojęcia czym, ani jak obracać. Polityką zaś zajmowała się w naszym kraju potworna mętownia. Oceniają się surowo ale realistycznie widzę masę niedociągnięć i zaniedbań które popełniłem w młodości a które potem pozamykały mi różne furtki…
Na studiach poznałem pracowników naukowych, których uznałem za głąbów, ale obok nich gęsto jak bakalie w keksie znajdowali się też prawdziwi uczeni. Zderzyłem się ze ścianą. Zrozumiałem: ja nigdy nie będę profesorem. Jestem na to za głupi, zbyt mało oczytany (a nie nadrobię tego, bo nie znam biegle trzech języków obcych), nie dokonam odkryć bo jedyne co mi przychodzi do głowy to szukanie ceramiki iłżeckiej na wyspie Tobago a tego typu pomysłów powinienem mieć kilka tygodniowo. Zajmowałem się trochę dziennikarstwem – ale ostatecznie przeważyła chęć by żyć z pisania beletrystyki. Znalazłem swoją niszę. I zarazem zrozumiałem gdzie jest moje miejsce.
Państwo polskie które udało się zbudować po 1989-tym jest państwem kompletnie tragicznym. Nie rozliczono komunistycznych zbrodniarzy. Nie zablokowano ubecji możliwości uwłaszczenia się na majątku kraju. Dychawiczne sądy i niemrawa policja zapewniły tu sielskie życie dla bandytów i oszustów co już na starcie wygryzło z biznesu wielu normalnych i uczciwych ludzi… Debilne przepisy podatkowe skutecznie utrudniły awans ekonomiczny inteligencji.
Za komuny władza tresowała nas w nienawiści. Jak w każdym totalitaryzmie ofiary miały zagryzać się wzajemnie. Po 1989-tym to nie zanikło. Spauperyzowany inteligent otwarcie gardził cwaniaczkiem-biznesmenem. Robol gardził inteligentem. Inteligent – robolem („chodziło się na wagary trzeba dźwigać ciężary”) Ci na górze gardzili tymi co na dole. Ci z dołu pluli na tych ze szczytów. Fakt że władza wywyższała masę głąbów i osadzała ich na lukratywnych posadkach tylko pogłębiał poziom frustracji.
Nasze społeczeństwo w swojej masie wyszło już ze wsi, ale do miasta jeszcze nie wszyscy doszli. Pisałem już o tym kiedyś w moich felietonach. Kiedyś wykształcenie oznaczało kasę i pozycję. Powstawała wielkopokoleniowa drabina awansu: Dziadek rolnik, syn robotnik, wnuk inteligent… Inwestowano jak tylko się dało w wykształcenie kolejnych pokoleń. Dziadek jadł brukiem byle tylko wnuk student nie zdechł na suchoty nim zdobędzie dyplom.
Za komuny pauperyzacja inteligentów nakręciła frustrację. Świeżo upieczony naukowiec klął w żywy kamień że ojciec układając kafelki zarabia lepiej niż on - Pan Magister. Robotnik po dwunastu godzinach babrania się w zaprawach z rozrzewnieniem wspominał sielskie życie na wsi, a tu jeszcze nestor rodu robił pieniądze na nielegalnym uboju świnek i śmiał się że trzeba było zostać na wsi. Pęd w górę nie tylko uniemożliwiał dziedziczenie zawodów, ale też budził pogardę do zawodów poprzednich pokoleń. Ojciec szewc był dla studenta passe’.
Po 1989-tym gdy zaczęły się pierwsze poważne problemy z pracą do tego doszło jeszcze zderzenie z rzeczywistością. Absolwent liceum czy świeżo upieczony magister dowiadywali się, że de facto nie umieją nic. Nie mają stażu, doświadczenia, a dyplomem mogą się podetrzeć. Absolwenci zawodówek zderzali się podobnie – dowiadywali się że w stolarce epoka ręcznej piłki, kołeczków i kleju kazeinowego to już przeszłość, dziś płyty tnie maszyna sterowana komputerem, meble montuje się na kostki stanleya, a to czego się nauczyli przez 3-4 lata w zawodówce to średniowiecze ich zawodu…
Do tego dochodził upadek przemysłu. Coraz mniej było miejsc gdzie można się zaczepić i nadrabiać zaległości edukacyjne. Firmy zaczęły szukać tych którzy już coś umieją. W efekcie zawodówki, technika i uniwersytety pospołu produkowały bezrobotnych absolwentów z nic nie wartymi dyplomami. Część już wcześniej zaczepiała się w firmach rodzinnych, ale to byli nieliczni. Większość szybko łapała co się dało i w biegu uczyła się obsługi kasy fiskalnej… I jednocześnie ze zdumieniem dowiadywali się że ich kumple ze szkoły czy uczelni, często głupsi, nie dość że pracują to jeszcze dobrze zarabiają…
Umiarkowane bezrobocie jest pożytecznie. Idiotę, lenia, złodzieja, lesera po prostu zwalnia się dyscyplinarnie zatrudniając na to miejsce chętnego z ulicy. Wysokie bezrobocie prowadzi jednak do ostrej patologii. Wymusza bowiem naturalny odruch budowania struktury przypominającej chińskie guansi – czyli układy rodzinno-towarzyskiego. Jeśli tylko pojawia się wakat przyjmuje się na stanowisko nie fachowca ale krewnego czy przyjaciela. Brak mu kwalifikacji? Jakoś się to obejdzie. Okazał się za głupi do tej roboty? Siostrzeńca przecież nie zwolnię! Firma szybko obrasta nowotworem nieusuwalnych głąbów. Czasem taki nowotwór może ją po prostu unicestwić. W firmach państwowych i urzędach narasta podobny problem – z tym że tam nieusuwalni idioci są zazwyczaj członkami partii która akurat dorwała się do koryta.
Zazwyczaj gdy cos załatwiamy w urzędzie, w spółdzielni mieszkaniowej, w sklepie czy w innej firmie wcześniej czy później natrafiamy na takie właśnie drobne weszki. Ludzi którzy zajmując dane stanowiska coś powinni wiedzieć albo umieć. Albo chociaż wiedzieć kogo trzeba zapytać. Albo którzy powinni z miejsca wylecieć na zbitą mordziuchnę. I koło się zamyka… My z naszym wykształceniem stajemy mnąc czapkę w dłoniach naprzeciw kogoś, kto niejako zajmuje należne nam miejsce…
System zbudowany w III RP jest potrójnie zły.
Po pierwsze bardzo ciężko załapać się do roboty w wyuczonym, często wymarzonym zawodzie. Nie dość że system edukacji pozostaje w tyle, nie dość że bardzo trudno o staż pozwalający nadrobić zaległości to jeszcze zarówno samo zatrudnienie jak i późniejsze awanse utrudniają rozmaite drobne weszki będące częścią układów i układzików.
Po drugie powszechna świadomość istnienia układu i weszek sprawia, że dla wielu młodych ludzi jest to dobry mechanizm usprawiedliwiający ich lenistwo. „Mógłbym być kimś, ale układ i tak nie pozwoli”. Ja mogłem pokonać układ na archeologii na dwa sposoby. Albo własną ciężką pracą naukową, albo zakładając własną firmę badawczą, opłacając się układowi* i szturmując do skutku. Zdecydowałem się obejść problem bokiem, znalazłem własną szczelinę w systemie, ścieżkę obok drogi i zostałem pisarzem.
Po trzecie realne istnienie układu, połączone z lenistwem i niezaradnością większości studentów daje w efekcie potworną frustrację. Gdy absolwentka politologii czy pedagogiki musi siąść na kasie w Biedronce z koleżankami, które po podstawówce poszły nie do liceum a do zawodówki handlowej odbierze to jak straszliwe poniżenie.
Wszystko to sprowadza się do wspólnego mianownika, jakim jest marnotrawstwo energii. Najpierw uczymy się rzeczy przestarzałych. Potem walczymy by się gdzieś zaczepić. Często wymaga to uruchomienia znajomości, czasem posmarowania. (słyszałem o nauczycielce, której zaproponowano robotę w szkole ale pod warunkiem uiszczenia łapówy w wysokości jej 1,5 rocznych zarobków!!!). Potem walczymy by podnieść kwalifikacje. Cały czas walczymy z guansi... A na koniec zazwyczaj i tak robimy coś innego niż byśmy chcieli za mniejsze pieniądze niż kolega siedzący przy biurku obok. Z czasem zaczynamy podejrzewać, że wszyscy poza nami to głąby z układu. (Co gorsza bywa, że mamy rację). I kółko frustracji się zamyka.
W normalnym społeczeństwie nie każdy może zostać profesorem. Trzeba mieć do tego „łeb jak szafa”. Jednocześnie w normalnym społeczeństwie wiemy, że profesor jest profesorem bo jest mądry a na profesurę ciężko zapracował. Wiemy, że urzędnik jest urzędnikiem bo zna przepisy i umie je zastosować. Wiemy też, że siedzimy na kasie w Biedronce bo olewaliśmy naukę, straciliśmy szanse zostać fachowcem instalatorem i życie dało nam kopa na jakiego zasłużyliśmy…
*gdy kończyłem studia weszła nowa interpretacja przepisów Generalnego Konserwatora Zabytków zgodnie z którą prawo samodzielnego prowadzenia badań archeologicznych uzyskiwałem nie z chwilą otrzymania dyplomu ale po dodatkowym odbyciu …48 miesięcy praktyk. Mając prywatną firmę archeologiczną musiałbym opłacać kogoś, kto na papierze zostałby kierownikiem prowadzonych przeze mnie prac.








