O ewakuacji

III RP wśród setek zaniedbań i zaniechań pozostawiła naszych rodaków samych sobie. Od 1989-tego nie sformułowano żadnego długofalowego programu EWAKUACJI tych ludzi. Olano nawet propozycję B.Jelcyna który proponował przesiedlenie wszystkich Polaków do Kaliningradzkiej obłasti i przyłączenie jej do III RP. (pytanie na ile poważne to były propozycje). Można było poprosić o wsparcie polonię żyjącą na zachodzie. Pewnie coś by dorzucili. Ziemi odłogiem leża u nas setki tysięcy hektarów… Pomieścilibyśmy ich.

*

Władza w przypływie dobrego humoru rzucała czasem jakiś ochłap na wsparcie polskiego szkolnictwa czy mediów, czasem fundnęła komuś stypendium, lub zdobyła się na wsparcie akcji humanitarnych. Częściej przedwojenni obywatele II RP jak relikwie przechowujący stare dokumenty traktowani byli per noga przez pracowników naszych ambasad i konsulatów. Wielu o prostu nie stać na horrendalnie drogie wizy. Inni wydają się „podejrzani”. Karta Polaka nie rozwiązała żadnych problemów a jak ujawniły media dla niektórych pseudodyplomatów handel kartami i wizami stał się dodatkowym źródłem zysku. Za parę tysięcy euro dostawali je nawet ludzie nie mający kropli polskiej krwi w żyłach.

*

Weterani AK którzy przeszli piekło stalinowskich łagrów często zdychają w nędzy nie doczekawszy się nawet pisemnego podziękowania od jakiegoś urzędasa i medalu na pierś. Ostatnie lata życia w Ojczyźnie, za którą przelewali krew spędzili bardzo nieliczni i niewielka tu zasługa władz, bo przeważnie do kraju ściągnęły ich rodziny, fundacje i prywatni darczyńcy. III RP nie tylko nie pomyślała o wypłaceniu im rent i emerytur (byli przecież członkami sił zbrojnych Państwa Polskiego!) ale nawet ich potrafiła szykanować – czego dowodem była nie tak dawna rewizja starców-weteranów na dworcu w Teresopolu. Celnicy-głąby szukali w ich bagażach …narkotyków.

*

Musimy pogodzić się z utratą Kresów. Zachować ich dorobek, wspierać opiekę na zabytkami naszego niegdysiejszego tam panowania. Ale ze świadomością, że już przepadło. Definitywnie. Nigdy nie odbijemy Lwowa ani Wilna. Nie mamy po temu środków militarnych. Brak nam pieniędzy by zagospodarować odzyskane tereny. Brak ciśnienia demograficznego – nawet jeśli wygnamy autochtonów nie osiedli się tam wystarczająco wielu Polaków by dokonać repolonizacji choćby terenów należących do II RP. Tak jak niemcy nigdy nie wrócą na Warmię i Mazury (no chyba, że się Turcy wkurzą i niemiaszków wygonią z faterlandu). Skoro już tam nie wrócimy, po co nam ta forpoczta „punkty oparcia” w postaci polskich wsi nad Berezyną czy za Uralem? Czy nie lepiej by ci ludzie żyli i pracowali u nas?

*

Dla Polaków żyjących w krajach WNP należało stworzyć program repatriacji. Nie wszyscy oczywiście chcieliby porzucić ziemię, w którą wrośli od paru pokoleń i wrócić do kraju, z którego ostatnio ucieka kto tylko może. Może wystarczyłoby sprowadzać 50 tyś rodzin rocznie by w kilkanaście lat zaspokoić tęsknoty i marzenia tych - zdolnych jeszcze do polskich tęsknot i marzeń? Reszta? No cóż ulegnie z czasem rusyfikacji i ukrainizacji… Należy ocalić tych, który jeszcze chcą być naszymi rodakami. Na resztę – położyć krzyżyk, oni też przepadną. Roztopią się w obcym etnosie.

*

Ostatnim aktem kończącym nasz 700 letni pogram kolonizacyjny na wschodzie powinny być ekshumacje w Katyniu, Charkowie, Miednoje i powrót ciał polskich oficerów do domu. Do cmentarza-mauzoleum ofiar NKWD. Może pod Warszawą. Może koło Krakowa, albo Częstochowy. Może na polach opodal Gniezna. Godnych miejsc u nas dostatek. Ci ludzie też powinni spocząć w ojczystej ziemi. Otwarta rana stopniowo przyschnie. A różnym lewicowym głąbom dobrze zrobi stanąć na wzgórzu i spojrzeć na 42 tysiące krzyży…

*

Polska stoi dziś wobec totalnej katastrofy demograficznej. Może zatem ewakuacja jest odpowiedzią i na ten problem? Sprowadzić etapami w kilka lat dodatkowy milion Polaków, dla których osiedlenie się w naszym kraju będzie spełnieniem marzeń. Wydać im wizy tymczasowe. Po paru latach – prawo stałego pobytu, po ćwierćwieczu – obywatelstwo. Kto narozrabia – w kajdanki i won za Bug.

*

Nieopodal mojego Dziadka mieszkał repatriant z Syberii. Wrócił z ostatnią falą – po śmierci Stalina. Przywiózł rodzinę, jedną walizkę dobytku i jedną siekierę. Dano mu kawałek ziemi po wysiedlonych Ukraińcach. Kilka lat nowi sąsiedzi mieszkali w ziemiance. Jedli kartofle gotowane w mundurkach – z oszczędności by nie marnować obierek… Dorobili się powoli, najpierw własnej krowy, potem konia, postawili dom. Ludzie szanowali ich za to, jak ciężko pracowali… Trochę pomagali, dawali zarobić parę groszy. I repatrianci stanęli na nogi. Powrót do Ojczyzny wyzwolił w nich pokłady uśpionej energii i nadludzkie siły.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/