Noc duchowa

Jeszcze jeden stary felieton...

*

Noc Duchowa.

                Bóg niechętnie objawia się ludziom. Życie to okres próby. Jesteśmy sprawdzani czy potrafimy zawierzyć prawdom objawionym, tajemnicom wiary poznawanym z pism, zapisom cudzych wizji, czyli rzeczom przeważnie niedostępnym dla naszych zmysłów. Także byty anielskie i demoniczne zazwyczaj niechętnie manifestują swoją obecność. Diabły szczególnie starannie omijają ateistów – dowód na istnienie diabła jest bowiem jednocześnie dowodem na istnienie Boga…        

                Jako że ludzie z natury są strasznymi niedowiarkami Bóg czasem robi wyjątek. Otrzymujemy znienacka okruch czegoś nieznanego, nienazwanego i niewytłumaczalnego. Okruch który w dodatku zazwyczaj możemy zignorować lub bardzo różnie zinterpretować. Ulotny i nienamacalny, ukryty w cieniu. Czasem widoczny tylko przez moment i tylko kątem oka.

                Mój znajomy ksiądz dzwonił w ważnej sprawie do przyjaciela licząc że zastanie go w domu. W tym samym momencie przyjaciel, przebywający zupełnie nie indziej, dzwonił do siebie do domu. Obaj dzwonili pod ten sam numer i …niespodziewanie uzyskali połączenie między sobą! Ekspert od telefonów którego potem o to wypytywali orzekł że teoretycznie takie przekierowanie rozmowy jest możliwe, ale skrajnie mało prawdopodobne. Anioł stróż docisnął kabelek by przyspieszyć bieg wypadków? Bóg puścił oko? A może przypadek? „Teoretycznie możliwe” – czyi dowodu brak. To mgło się przytrafić. Raz na milion połączeń. Pozostało dwu dorosłych mężczyzn przekonanych że ktoś im pomógł.    

                Czasem trafi się coś bardziej namacalnego. Na przykład: Cudowne uzdrowienie. Zazwyczaj nie znamy osobiście nikogo komu by się przytrafiło, a większość przypadków zgłoszonych przypadków nie zostaje nawet uznana za cuda. W słynnym sanktuarium w Lourdes odnotowano wiele uzdrowień jednak nauka zna przypadki samoistnie ustąpienia paraliżu czy przewlekłego bólu. Tylko około 200 przypadków uznano za niewytłumaczalne. To niewiele jak na miliony pątników które przewinęły się przez sanktuarium. Na granicy błędu statystycznego. W naszych czasach też dzieją się cuda. Cofają się nowotwory, znikają groźne choroby. Ale przeważnie nie odrastają odcięte dłonie ani brakujące narządy ciała. (ostatni przypadek cudownego odrośnięcia amputowanej nogi odnotowano w XVII wieku). Bóg okazuje czasem człowiekowi łaskę i litość w cierpieniach – ale nawet wtedy nie pozwala złapać się za rękę.

                Sporadycznie w ludzkie ręce wpadnie coś jeszcze bardziej materialnego. Całun Turyński badany jest od ponad stu lat i od stu lat wprawia uczonych w głębokie zakłopotanie. Do dziś nie wyjaśniono powstały przebarwienia tkaniny. Datowanie radiowęglowe jest niepewne. Druga słynna tkanina - Chusta św. Weroniki od bardzo dawna nie była wystawiana na widok publiczny. Uczonych nie dopuszczono nigdy do zbadania tej tkaniny. Nie wiemy gdzie jest przechowywana – prawdopodobnie w filarze katedry bazyliki św. Piotra w Rzymie. Być może już nie istnieje…

                Jesteśmy niedowiarkami. Szukamy cudów. Pragniemy doświadczyć czegoś niezwykłego. Poczuć na własnej skórze dotkniecie nieznanego. Chcemy być wybrani, lepsi. Posiąść sekrety. Jedni pragną pogłębić wiarę, inni wiarę odzyskać, a jeszcze inni szukają kontaktu z tamtą stroną powodowani nudą i płochą ciekawością. Podobne otwarcie się na emanacje zaświatów nie jest jednak bezpieczne. To kuszenie losu. Nie zawsze bowiem przychodzi to czego oczekiwaliśmy. Czasem na szczęście nic nie przychodzi, ale liczba ofiar sekt religijnych i rosnąca liczba przypadków opętania nakazuje zachowywać ogromną ostrożność. Opętania trafiały się nawet wśród świętobliwych mnichów zamieszkujących groty Ławry Pieczerskiej.

                Pomiędzy nami żyją nieliczni ludzie którzy mają za zadanie świadczyć. To znak który możemy otrzymać. Odcisk stopy Boga na piasku. Za życia doznają łaski objawienia. Po śmierci ogłasza się ich błogosławionymi lub świętymi. Możemy wierzyć w ich relacje albo nie. Powszechnie znane są relacje o mniejszych i większych cudach dokonanych przez Ojca Pio. Żył między nami – zaledwie czterdzieści kilka lat temu. Przeżywał ekstazy, nosił na ciele stygmaty, zdarzyło mu się nawet lewitować w czasie modlitwy. Jednak łaska której dostąpił – pewność istnienia Boga okupiona została bardzo drogo. Święty był regularnie i na różne sposoby dręczony przez diabły.

                Jakby na drugim biegunie żyli ludzie którzy także wykazali się za życia heroicznością cnót a po śmierci zaliczono ich w poczet świętych, jednak wiara ich płynęła z wnętrza, nie odtrzymali żadnego znaku który by ich w niej utwierdził. „Nocy duchowej” doświadczała Matka Teresa z Kalkuty – dziś błogosławiona kościoła katolickiego. Zachowały się jej listy do spowiedników i opiekunów duchowych oraz dzienniki. Ujawniono fragmenty nielicznych. Powszechnie szanowana, założycielka prężnie działającego zakonu większą część życia poruszała się jak po omacku i w ciemnościach. Zachowywała swoje posłannictwo, podtrzymywała gasnący płomyk wiary jedynie dzięki żelaznej woli i logice. Cierpiała na skutek wątpliwości i rozterek. Budowała potężny zakon a jednocześnie szukała Boga – rozpaczliwie. Nie znajdowała. W modlitwach prosiła o znak. Czy otrzymała go za życia? Wydaje mi się że tak.

                Sam termin „noc duchowa”, „noc ciemna” sformułował św. Jan od Krzyża – żyjący w XVI wieku wielki odnowiciel zakonu Karmelitów. Założyciel licznych klasztorów, przyjaciel św. Teresy uważał że okres zwątpienia jest naturalnym etapem rozwoju duchowego. Brak znaku od Boga ma oczyścić duszę, zmusić człowieka do wysiłku. Gdyby wiara przychodziła zbyt łatwo nie byłaby wystarczająco silna. On sam przeżywał ten stan zamknięty w lochu do którego wtrącili go współbracia przeciwni jego wysiłkom na rzecz zwiększenia dyscypliny duchowej w klasztorach… Okresy trwania w zwątpieniu miało wielu świętych i błogosławionych. Mamy tego świadectwa. Pokonywali te przeszkody. Matka Teresa cierpliwie robiła swoje i czekała na znak. Pięćdziesiąt lat mimo wątpliwości trwała w wierze i z niej czerpała siły do walki.

                Także zwykli wierni często mają poczucie że otacza ich pustka, że Boga nie ma, a ich modlitw nikt nie słucha. Wątpią. Oczekują nie świadectwa, ale czegoś skierowanego konkretnie do nich. Chcą być świadkiem choćby jednego cudu. Czasem nie dostrzegają znaków. Czasem otwierają się zanadto. W menażerii zaświatów wiele jest wilków. Noc duchowa jest stanem przykrym. Ale paradoksalnie jest bezpieczna. Walczy się ze zwątpieniem, ale też nie dręczą człowieka demony.

                Żydowskie przysłowie mówi „Wiara to jest wiara. Tu nic nie ma na pewno.” Trzeba wierzyć – to nasze zadanie. Czy możemy samodzielnie szukać tropów, wypatrywać okruchów nieznanego, które tę wiarę umocnią? Słyszałem relacje o dziwnych wydarzeniach które przeżyli mi znajomi. Wiele z tego co przeżyłem wskazuje że tam, po drugiej stronie, coś jest. Nie mam dowodu. Muszę opierać swoją wiarę na tym co przeczytam i usłyszę. Mam niewielką garść okruchów. Coś przez moment dostrzegłem kątem oka. I to mi wystarczy.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/