Potrzeba społeczników

W dawnych czasach ludzie żyli w stanie który dziś określilibyśmy jako malownicza nędza. A jednak zazwyczaj nikt nie umierał z głodu, osierocone dzieci przygarniali krewni a czasem sąsiedzi, przysłowiową szklankę wody starcom i chorym też zazwyczaj ktoś podał. Żebractwo było potępiane a w XIX wieku towarzystwa przeciwżebracze wyszukiwały nędzarzom możliwości zdobycia zawodu i pracy.

Podobnie w XIX weku – opieka lekarska była płatna, za pobyt w szpitalu też trzeba było słono wybulić. Często były to kwoty trudne do udźwignięcia. Jednocześnie niemal każdy miał zapewnioną opiekę. Za rzemieślników płaciły cechy. Za robotników różne towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń i fabryczne kasy zapomogowo - pożyczkowe. (czasem i kapitalista jak był ludzkie panisko to pieniądze wykładał by mu robola naprawili). Modne było w testamencie zostawianie kwot np. „na roczne utrzymanie jednego łózka w szpitalu” szpitale miały też np. pakiety akcji z których dywidendy finansowały swoje potrzeby. Wreszcie młodzi lekarze często pomagali przy leczeniu biedoty by nabrać wprawy zanim się zabiorą za krojenie wypłacalnych pacjentów… Prawdziwy problem mieli ludzie luźni – egzystujący poza jakimikolwiek strukturami sąsiedzko-zawodowymi oraz margines społeczny.

Mechanizm zaczął się psuć gdy wtrąciło się państwo. Słynne warszawskie „fabrykantki aniołków” miały rządowe koncesje na prowadzenie swoich placówek – co więcej dostawały państwowe pieniądze na wyżywienie dzieci i były kontrolowane przez urzędowych lekarzy. Mimo to latami pieniądze defraudowały a dzieci wykańczały. Tam gdzie wszystko opierało się na samopomocy sąsiedzkiej, lub organizacje pomocowe działały w obrębie małych wspólnot i gmin wyznaniowych tak jaskrawych nadużyć nie było.

W okresie międzywojennym powstała ubezpieczalnia społeczna – wbrew nazwie instytucja państwowa. Zaczął się przymus odprowadzania składek „chorobowych”. Przymus niemal zawsze oznacza szwindel. Gdyby coś było pożyteczne żaden przymuś nie byłby potrzebny. Każdy płaciłby z przyjemnością. Mimo wszystko system ochrony zdrowia nadal jakoś działał. Podczas kryzysu lat trzydziestych ludzie cierpieli z niedożywienia, (co widać w statystykach wzrostu poborowych) bezrobocie sięgnęło 43% (ale zważywszy że było liczone od liczby ludzi w wieku produkcyjnym było …niższe niż dziś!) ale na zdjęciach z epoki widzimy ludzi z łopatami na ramionach maszerujących do prac interwencyjnych finansowanych przez państwo, oraz garkuchnie zakonów i towarzystw filantropijnych wydające bezpłatne lub bardzo tanie posiłki.

Wojny zarówno pierwsza jak i druga pokazały że solidarność ludzka jest dobrze przygotowana do najcięższych egzaminów. Potem nastąpiło 45 lat komuny. Państwo przejęło wszystko. Przedwojenni społecznicy mogli dalej robić swoje tylko z błogosławieństwem partii i legitymacją w kieszeni. Władza zapewniała pracę, dawała emerytury, hojnie rozdawała renty swoim sługusom, budowała mieszkania i karmiła dzieci w szkołach. Zdejmowała z ludzkich barków wszelkie troski. Mieszkania były ciasne, szkolne i stołówkowe posiłki często byle jakie (wiele zależało od osobistej uczciwości personelu kuchennego!). Malownicza nędza zepchnięta została do rodzin marginesu społecznego i na głęboką wieś do PGR-ów.

Aż przyszedł audyt. Państwo okazało się bankrutem. Ostatni milion planowanych mieszkań spółdzielczych nie powstał nigdy. Przemysł okazał się kompletnie przestarzały. Pracy zaczęło brakować. I nagle okazało się że pewnych rzeczy już nie potrafimy. Zapomnieliśmy. Nie umiemy się zorganizować. Co gorsza zanikły kadry. Komuna autentycznie wytępiła społeczników i oduczyła ludzi inicjatywy oddolnej. Nie umiemy zakładać spółdzielni – ani pracowniczych ani mieszkaniowych. Na wsiach nie powstają grupy producenckie, nasi chłopi potrafią już produkować warzywa o najwyższej jakości i wedle najnowszych trendów agrotechniki – ale nie są w stanie zorganizować się na tyle by ominąć pośredników. Idee jakichkolwiek prac wspólnych czy to społecznych czy przynoszących potencjalne zyski upadły.

Czasem tylko coś nieśmiało kiełkuje – drobne źdźbła niezadeptanej do końca trawy. Ktoś coś robi dla innych. Ktoś coś organizuje oddolnie. Ktoś poświęca czas i własne pieniądze by coś naprawić. Harcerze i kibole porządkują zapomniane groby bohaterów. Ktoś ufundował dom dla samotnych matek. Czasem proboszcz organizuje bezpłatne samopomocowe korepetycje dla dzieci. Czasem cała wieś zrzuca się na kosztowną operację dla jakiegoś dzieciaka. Poznałem kiedyś człowieka który organizował swego rodzaju kolonie dla dzieci ze swojego miasteczka – dzierżawił kawałek pola nad morzem, miał tam dwie przyczepy kempingowe i trochę starych namiotów oraz skromne zaplecze kuchenne umożliwiające gotowanie przysłowiowej zupy z wspólnego kotła. Jeździł co roku z dziećmi krewnych i znajomych – cała impreza kosztowała absolutne grosze, systemem gospodarczym zapewniał wakacje dzieciakom których rodziców normalnie nie byłoby na nie stać. Na zaufanie kolejnych pokoleń rodziców pracował długo – jak się chwalił jeździł tak już ponad 30 lat. Działalność ta była zupełnie spontaniczna i w żaden sposób nie rejestrowana – gdyby władza się dowiedziała pierwsza kontrola np. sanepidu zniszczyłaby przedsięwzięcie. (normy ISO kuchni obsługujących żywienie zbiorowe etc.) .

Dziś gdy na pomoc państwa liczyć nie można wielu ludzi nie wierząc we własne siły rozgląda się za kimś kto pomoże, załatwi, zorganizuje i pokieruje. Tę lukę zapełniliby społecznicy. Nie wszystko da się zorganizować bez kosztowo – do wielu przedsięwzięć da się jednak pozyskać darczyńców. Niestety – ludzie dają niechętnie. Parzymy się co chwila. Wśród około 12 tysięcy fundacji istniejących w Polsce znaczny odsetek to po prostu biznesy rozmaitych cwaniaczków dbających głównie o nabicie własnej kabzy, a korzystających z ulg i ułatwień przyznanych ustawowo takim organizacjom.

https://atria.edu/rtp-live/ https://www.dilia.eu/rtp-slot-pragmatic/