Rzemiosło

Andrzej Pilipiuk

Rzemiosło.

Pisanie to rzemiosło. Zasadniczo nie różni się niczym od garncarstwa, ciesielstwa czy snycerki artystycznej. Jest klient, jest zamówienie, bierze się materiał i tworzy to co trzeba. W średniowieczu i okresach późniejszych rzemieślnicy, aby uzyskać lepszą pozycję w walce z patrycjatem, skupiali się w cechy. Cech miał strukturę hierarchiczną. Na dole byli uczniowie – terminatorzy. Wykonywali zasadniczo czynności pomocnicze, sprzątali w warsztacie, przygotowywali materiał. Było ich dużo, znacznie więcej niż potrzebowano. Spośród kilku–kilkunastu uczniów rzemieślnik wybierał jednego–dwu, którzy wykazywali odpowiednią pilność i smykałkę do danego zawodu. Ci mogli awansować i zostawali czeladnikami. Spośród kilku czeladników jeden, czasem dwu stawało do egzaminów cechowych – majstersztyku. Jeśli zdali go pomyślnie mogli zostać samodzielnymi rzemieślnikami – majstrami. Na czele cechu stał starszy cechu lub cechmistrz. Co jakiś czas odchodził na emeryturę i wówczas następowała pomiędzy majstrami ostra walka o jego stanowisko. Zdobywał je ten, kto wykazał się najlepszym opanowaniem profesji.

Wśród pisarzy jest podobnie. Gdy pracowałem w “Fenix’ie” jako “ten koleś, który czyta to wszystko co kochani czytelnicy wyknocą i nam podeślą” przez moje ręce w ciągu kilku miesięcy przepłynęły teksty około 60 początkujących autorów. Mamy więc grupę uczniów. Statystyki były nieubłagane. Na 10 tekstów nadesłanych notowaliśmy średnio jeden nadający się do publikacji, dwa lub trzy których autorzy wydawali się rokować pewne nadzieje. Reszta szła do kosza. Ten jeden autor miał szanse na publikację. Z mrowia terminatorów podnosiliśmy go do godności czeladnika. Żałuję ogromnie, że nie zapisywałem wówczas nazwisk, sądzę jednak że chyba nikt spośród tych, którym odmówiliśmy zgody na druk nie podjął kolejnej – tym razem udanej próby.

Środowisko czeladników też jest zróżnicowane. Czasem pojawia się genialne opowiadanie. Ktoś błyśnie pomysłem, włoży w niego ogrom wysiłku i gaśnie. Publikacja jednego lub kilku opowiadań zaspokaja jego potrzeby emocjonalne, choć wdać jak na dłoni, że byłby naprawdę dobry. Niekiedy ktoś napisze dwa, trzy teksty i wypala się. Wyobraźnia przestaje mu pracować i spada z powrotem w otchłań bezimiennych uczniów, którzy nigdy nie zostaną mistrzami... Wreszcie niektórzy czeladnicy są w stanie utrzymać się na powierzchni. Pracują przez kilka lat publikując po kilka opowiadań, zdobywają grono fanów i stają przed swoim majstersztykiem. Muszą napisać powieść. Wydanie pierwszej książki czyni ich samodzielnymi rzemieślnikami pióra.

Czeladnik cechu garncarzy w XVI-wiecznym Krakowie jako majstersztyk musiał wytoczyć na kole, a następnie wypalić, garnek o pojemności jednego garnca – czyli circa 60 litrów. Garnek napełniano wodą, sprawdzano czy doklejone ucho wytrzyma taki ciężar. W cechu piwowarów egzamin był jeszcze ciekawszy. Piwo uwarzone przez aplikanta wylewano na dębową ławę. Siadali na niej mistrzowie w skórzanych portkach i jedli kolację. Gdy wstawali od stołu, ława musiała wstać razem z nimi – dobre piwo przylepiało ją do majstrowych zadków...

Przed dwu laty miałem okazję skonfrontować wiedzę wyniesioną z uczelni z relacjami samych rzemieślników. Podczas Arraconu odwiedziliśmy bowiem warsztat prawdziwej garncarskiej dynastii – rodziny Neclów. Na pytanie, zadane bodaj przez Ewę Białołęcką, ile czasu trzeba uczyć się tego fachu, padła odpowiedz: dwa lata żeby być z siebie zadowolonym. Gliniane dzbany rodziny Neclów nie pomieszczą 60 litrów cieczy – przypuszczam, jednak że ci z nich którzy mają za sobą te dwa lata nauki i kilka lat doskonalenia kunsztu zdaliby XVI-wieczny krakowski majstersztyk.

Podstawowym błędem początkującego pisarza jest przekonanie o własnej genialności. Sam przez to przechodziłem. Gimnazjalista lub licealista siedzi w ławce i skrobie w kajecie ósmy tom przygód Wiedźmina z Cymmerii. I myśli tłuką mu się od czaszką: “Piszę. Tylko ja jeden z całej mojej klasy, albo i szkoły mam takie hobby. Jestem niezwykły, jestem genialny”. Następnie wysyła swoje dzieło do redakcji. W redakcji siedzę ja i czytam opowieść o kierowcy tira, który jedzie przez opanowane przez zombiaki USA. Frapująca akcja, zaczerpnięta niemal żywcem z filmów stanowiących klasykę tego podgatunku, okraszona miałkimi opisami i drętwymi dialogami. Oczywiście trafić musi tam gdzie trzeba - do kosza...

Ktoś siadł i postanowił zostać genialnym pisarzem. Z marszu. Od razu. Skompilował kilka wątków znanych mu z kultury masowej, ciut poprzekręcał albo i nie. Ruszył do ataku i poległ, odszedł w niesławie. Nie zrozumiał, że pisanie jest rzemiosłem. Tu nic nie ma na łapu-capu. Jeśli nie ma się wrodzonego talentu (spotkałem w życiu tylko jeden taki przypadek) trzeba przejść długą drogę terminowania... Ze szkoły młody człowiek nie wynosi praktycznie nic. Poza nielicznymi przypadkami wychodzi z niej ze znajomością języka ojczystego w stopniu podstawowym. Umie mówić po polsku na tyle, by dogadać się z kumplami, w sklepie, czy w urzędzie. Tymczasem pisanie jest rzemiosłem. Garncarz poświęca na opanowanie swojego zawodu dwa lata. Przez siedemset dni wstaje o świcie, przez godzinę lub dwie międli glinę w fasce, potem przygotowuje sobie odpowiednie pacyny, uruchamia silnik koła garncarskiego (w dzisiejszych czasach jest to zmechanizowane, dawniej musiał ręcznie obracać...) i zabiera się do dzieła. Garnki powstają lepsze i gorsze, przeciągnięte, za grube, za cienkie, zapadnięte, krzywe... Aż wreszcie pojawia się pierwszy udany. Potem jest po klika udanych w każdej serii. Wreszcie wszystkie są udane...

Podobnie jest z językiem. Ten, kto chce zostać pisarzem, na początek czeladnikiem, musi nauczyć się urabiać polszczyznę jak garncarz glinę. Musi opanować ją w stopniu ponadpodstawowym. Pomyślcie jaki to szmat czasu: 700 dni po 6-8 godzin siedzenia przy kole garncarskim i patrzenia w wirujący placek gliny. Na szczęście pisarza wykształcić łatwiej. Można niekiedy iść nieco na skróty, korzystać z doświadczeń kolegów po piórze. Ile czasu trzeba poświęcić na nadrobienie zaległości szkolnych?

Na początku był sen o hotelu-mordowni. Chodziłem do piątej klasy. Miałem 12 lat. Postanowiłem napisać książkę na kanwie tego snu. Potem były trzy bardzo ciężkie lata. Fatalna klasa, bardzo zła szkoła. Marzenia i ucieczka w pisanie. Nowy pomysł – “Norweski Dziennik”. Potem było liceum, jeszcze gorsze, jeszcze bardziej dobijające... I świadomość, że dwie pierwsze wersje są do niczego. Wersja trzecia. Zawód miłosny, rok totalnej depresji czwarta wersja – ok. 2000 stron maszynopisu... Wreszcie po drugim roku studiów spotkanie z Pawłem Siedlarem i zachęta żebym może napisał coś krótszego. Pisząc pierwszego Wędrowycza miałem za sobą około 9-10 lat prób literackich. Moje doświadczenie wynosiło 2000 stron, które prawie spełniały wymogi drukowalności oraz około 1000 stron wprawek i pierwszych prób. Innym terminatorom konkurującym ze mną o stopień czeladnika mogłem przeciwstawić swoje doświadczenie.

2000 stron maszynopisu to około 500 godzin pracy. Sądzę, że ktoś obdarzony większym talentem, lub korzystający z pomocy doświadczonego redaktora, jest w stanie osiągnąć porównywalne efekty szybciej.

Często pada pytanie, jak ja to robię, że żyję z pisania. Często zadają mi je - o zgrozo! - koledzy i koleżanki po fachu. Odpowiadam: to jest mój zawód. Polska literatura SF ma to do siebie, że tworzą ją hobbyści. Opowiadania i powieści powstają w wolnych chwilach, podczas ferii, wakacji, urlopów, weekendów. Kosztem czasu poświęconego na odpoczynek, lekturę, sen... Chwała ludziom, którzy dla nas zrezygnowali z wielu drobnych radości życia. Jednak czy to dobra droga? Czy potrafimy sobie wyobrazić garncarza, który jest z zawodu, powiedzmy, księgowym, a naczynia lepi w wolnym czasie? Niestety, w życiu nie ma łatwo. Jeśli chce się osiągnąć naprawdę wymierne efekty, trzeba dokonać wyboru. Mogłem zostać stolarzem, archeologiem, lub masztalerzem na fermie kucyków. Stwierdziłem, że najbardziej interesuje mnie pisanie.  

Zadebiutowałem, potem przyszły lata pracy – czeladnikiem byłem niezłym, a moje garnki, tfu, opowiadania wychodziły na tyle zgrabne, by znaleźli się nabywcy. Załapałem się do pisania kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Wydano mi 4 zbiory opowiadań – zarówno publikowanych wcześniej, jak i zupełnie świeżych. Na bazie dwu opowiadań machnąłem powieść pt. “Kuzynki”. I ciągle miałem wrażenie, że to jeszcze nie jest majstersztyk. Że samodzielnym rzemieślnikiem dopiero będę.

Gdy zaczyna się walka o fotel cechmistrza, każdy majster lub mistrz danego fachu staje na uszach, by stworzyć coś wstrząsającego, dzieło swego życia. To jak kolejny egzamin cechowy, ale skala trudności niepomiernie większa. Bo tu już nie ma sentymentów. Trzeba zmierzyć się z ludźmi, którzy nie poprzestali na dwu latach nauki, ale którzy doskonalili kunszt przez całe dorosłe życie. Stanąć naprzeciw mistrzów i ulepić gar, jakiego dotąd świat nie widział. 120 litrów, 180... A ścianki mają mieć 3 milimetry grubości. Bo jeśli damy więcej, przegramy z człowiekiem, który na kole obok lepi z jednego kawałka gliny wazon wysoki na półtora metra... Warto zwiedzić choćby muzea cechów zegarmistrzowskiego i szewskiego w Warszawie. Tam mają efekty zmagań mistrzów. Zegarki, których wskazówki chodzą w różne strony, buty zrobione z jednego kawałka skóry i szereg innych nieprawdopodobnych cudów ludzkiej pomysłowości popartej doświadczeniem liczonym w tysiącach godzin...

Tej wiosny skończyłem pisać powieść pt. “Księżniczka”. Od chwili debiutu w 1996 roku napisałem około 7 tysięcy stron maszynopisu. 4 tomy Wędrowycza, kilkanaście opowiadań i mikropowieści, 19 tomów kontynuacji przygód pana Samochodzika, 2 nie wydane tomy “Operacji Dzień Wskrzeszenia”, dwa tomy ostatecznej wersji “Norweskiego Dziennika”.

W “Księżniczce” zawarłem to co wiem, i to co umiem. Mój marniuchny talent i potworne doświadczenie zebrane w ciągu 8 lat katorżniczej pracy. Liczę, że tą książką znajdę się w gronie najlepszych pisarzy naszego getta. A gdy tron cechmistrza pod Sapkowskim zachwieje się, będę mógł o niego walczyć jak równy z równymi...

Drużyna

W chwili gdy w prasie ukazały się pierwsze moje opowiadania sytuacja na rynku polskiej książki fantastycznej była tragiczna. Istniały trzy wydawnictwa: Jedno płaciło autorom absolutne gorsze. Drugie twierdziło, że zapłaci jak sprzeda książki po czym konsekwentnie robiło wszystko, by dochód ze sprzedaży nie przekroczył groszowych zaliczek. Wreszcie trzecie które obiecywało zapłacić ale dziwnym trafem nikomu prawie nie zapłaciło, za to w międzyczasie kilkukrotnie zmieniało nazwę. Od czasu do czasu ukazywało się kilka książek wydanych przez nikomu nieznane spółki lub zgoła sumptem własnym autora. Ja także miałem takie plany...

Nowe tysiąclecie przyniosło tu rewolucyjne zmiany. Na rynek weszły niemal jednocześnie trzy nowe wydawnictwa. Układ sił nieco się przetasował... Pojawiły się nowe serie książkowe. Autorzy których przez lata z różnych przyczyn nie publikowano nagle dostali swoją szansę i w wielu przypadkach skwapliwie z niej skorzystali. Kilku wydawców którzy dotąd czuli głębokie obrzydzenie do polskich nazwisk nagle się wyleczyło.

Jednak tak naprawdę nie zmieniło się prawie nic. Nakłady ciągle są niskie, uzyskiwane honoraria najczęściej stanowią tylko miły dodatek do pieniędzy zarabianych w krwawym trudzie gdzie indziej. W dodatku wraz z każdą reformą naszego kochanego rządu dziwnie kurczy się liczba czytelników. Dla autorów do podziału pozostaje coraz mniejszy kawałek tortu...

Ogień który niesie w duszach wielu młodych ambitnych i początkujących pisarzy rozbija się w zderzeniu z rzeczywistością. Książki nawet te najlepsze tylko niekiedy uzyskują pięciocyfrową liczbę sprzedaży. Za ponure memento uchodzi tu “Narerturm” A. Sapkowskiego. Sztandarowe dzieło człowieka okrzykniętego królem polskiej fantastyki wydano w nakładzie 50 tyś egzemplarzy. Autor może za to przeżyć od biedy trzy lata.

W Polsce rocznie drukuje się około 160 milionów książek. (w tym encyklopedie, albumy, poradniki, przewodniki, podręczniki etc.). Jaki ich procent stanowią książki polskich pisarzy SF i Fantasy? policzmy: Co roku ukazuje się w najlepszym razie 20 tytułów naszych autorów. Średni nakład wynosi zapewne ok. 2 tyś... Przyjmijmy że rocznie sprzedaje się 40 tyś sztuk. Ile to jest? 0,025%.

Oto obnażona nędza polskiej fantastyki. Czwarta część już nawet nie procenta ale promila – oto nasz udział w rynku. Z punktu widzenia statystyki nie istniejemy.

Prawdopodobnie przeciętny czytelnik fantastyki kupuje w ciągu roku 4 książki polskich autorów. Oznacza to że takich zagorzałych wielbicieli gatunku mamy ok. 10 tyś. To znowu ćwierć promila populacji naszego kraju. W konwentach klubach i innych tego typu zorganizowanych formach percepcji fantastyki uczestniczy może 2 tyś osób. Tu darujmy już sobie procenty.

Gryzło mnie od dawna pytanie dlaczego tak to wygląda. I widzę tu dwa problemy. Pierwszym, bardzo poważnym, jest brak czytelników. Drugim jeszcze bardziej dramatycznym jest brak pisarzy. Zatem od pierwszego zaczniemy. Plany operacyjne sformułowałem na przełomie tysiącleci. Istniała wówczas “Asocjacja Polskich Pisarzy Fantastyki” skupiająca około pół setki ludzi. Jako członek tego gremium wystosowałem list do kolegów po piórze wzywając do podjęcia działań na rzecz upowszechniania gatunku wśród dzieci i młodzieży. Działania te planowałem rozpocząć od wystosowania listów do komisji MEN ustalającej kanon lektur. Chodziło mi o to żeby młodzi ludzi na początku swojej drogi przez literaturę nie zniechęcali się do naszego gatunku. Drugim posunięciem było by stworzenie serii książek fantastycznych skierowanych do młodego czytelnika. Zanim sienie po ociekające krwią dzieła typu “Achai” trzeba go przygotować... Wprowadzenie na rynek 20 książek rocznie skierowanych do czytelnika w wieku 9-12 lat pozwoliłoby stopniowo “wychować” odpowiednią populacją ludzi zainteresowanych fantastyką... Przykład książek o przygodach Harrego Pottera pokazuje potencjalne możliwości “młodego” rynku. Zaproponowałem by każdy ze zrzeszonych w Asocjacji napisał w ciągu roku jedną powieść dla tej grupy wiekowej. W odpowiedzi na moje apele otrzymałem dwa listy, jeden z ostrą kpiną drugi nieco łagodniejszy, ale też krytykujący...

Po sukcesie 3 tomu przygód młodego czarodzieja zaatakowałem raz jeszcze sugerując wprost, że czas jest najwyższy. I znowu nic... Pojawiły się klony Pottera tłumaczone z języków obcych. A powinny powstawać tu w kraju...

Zajmijmy się teraz problemem od drugiej strony. Ile osób zajmuje się w Polsce pisaniem fantastyki? Wbrew pozorom jest to liczba znikoma. Pisarzy publikujących kilka tekstów rocznie mamy nie więcej niż 40-tu. Pozostali to twórcy okazjonalni lub debiutanci poddający się po opublikowaniu 2-3 opowiadań... Uznani literaci jeżdżący regularnie na konwenty to w wielu przypadkach ludzie, którzy od lat nic nie napisali... Klęska mojego pomysłu serii dla dzieci pokazuje potworną słabość tej grupy zawodowej. Wśród 40 ludzi zajmujących się pisaniem (przynajmniej teoretycznie) nie było ani jednego, który zdecydowałby się poświecić odrobinę czasu i zaryzykować napisanie 200 stroniczek...

Nowi czytelnicy przyłączają się do nas w sposób przypadkowy. Czasem ktoś ma na półce książki po wujku, czasem ktoś ma mądrego ojca, który czyta fantastykę albo starszego brata który pokaże jakie to fajne. Czasem ktoś znudzony grami RPG sięgnie po książkę. Niewątpliwie Heniek Portier i ostatnie widowiskowe ekranizacje dzieł Tolkiena mogą podziałać tu trochę jak reklama. Nadal jednak przełożenie tych zjawisk na kondycję polskiej SF czy fantasy będzie znikome...

Co zatem należy zrobić? Widziałbym to następująco. Należy zebrać drużynę. 15-20 młodych ambitnych debiutantów o plastycznej wyobraźni. Powinni pochodzić ze małych miasteczek i wsi – regionów o strukturalnym bezrobociu. Muszą to być ludzie tacy jak ja, twardzi, o kapitalistycznym podejściu do życia, gotowi ciężko i wydajnie pracować. Gotowi obudzić w sobie geniusz, byle tylko wyrwać się z bagna. Należy zorganizować im kilkutygodniowe regularne brutalne szkolenie – porównywalne z wojskową unitarką – pokazać co knocą i jak to poprawić. Najbardziej obiecujących poddać dalszemu wszechstronnemu treningowi. Z 20 kandydatów uda się drogą selekcji uzyskać 4-5 zawodowych pisarzy. Oczywiście zaraz należy przystąpić do szkolenia kolejnej grupy.

Co powinien umieć kandydat do naszej drużyny po przejściu szkolenia? Na przykład napisać cykl powieściowy na zadany temat. I powinien uzyskiwać przy tym średnią wydajność 4-6 książek rocznie. Nierealne? Ja tak pracuję...

Popatrzmy jak wygląda sytuacja książki młodzieżowej obecnie. Owszem bytuje sobie w tej niszy kilka wydawnictw. z reguły zajmują się z grubsza tym czym kiedyś zajmowały się wydawnictwa publikujące SF – coś tam niby robią, ale zasadniczo drukują rzeczy sprawdzone – bestsellery tłumaczone z języków obcych, tudzież dzieła “uznanych twórców” polskich, przeważnie straszliwe ramotki powstałe dziesiątki lat temu. Nowych autorów drukuje się niechętnie i często pod anglosaskimi pseudonimami. Stawki są zazwyczaj żenująco niskie np. swojego czasu jedno z takich wydawnictw zaproponowało mi 6,13 zł za stronę maszynopisu płatne jednorazowo... 1226 zł za napisanie książki i oddanie jej w wieczyste użytkowanie zamawiającemu – a sądziłem, że po 6 latach w zawodzie nic mnie już nie zdziwi.

Zastrzyk świeżej krwi postawiłby ten rynek na głowie. W ciągu kilku lat weszło by tam 15-20 nowych autorów kpiących pomysłami, młodzieńczą energią, a przy tym zdyscyplinowanych i zmotywowanych ekonomicznie do walki. Układ rozsypałby się natychmiast jak domek z kart... Co można wówczas osiągnąć? Co roku mimo zapaści demograficznej rodzi się ok. 400 tyś dzieci. Interesuje nas grupa 4-5 roczników – czyli ok. dwa miliony potencjalnych klientów. Sukces serii o przygodach Heńka Pottera bez odpowiednich nakładów na reklamę będzie trudny do odtworzenia. Ale wyniki tej serii pokazują nam jakby drugie dno problemu.

Bzdurą jest twierdzenie że współczesne dzieciaki nie lubią czytać. Owszem w niektórych przypadkach jest to kwestia wychowania przez rodziców troglodytów, oraz druzgoczący psychikę wpływ szkoły i listy lektur. Ale najczęściej one po prostu mają totalny deficyt literatury – dobrej literatury dla nich przeznaczonej. Utarło się jakoś wśród wydawców przekonanie ze książka dla dzieci nie powinna mieć więcej niż 100 stron. Wiele podobnych szkodliwych mitów funkcjonuje na co dzień... Pani Rowling podeszła do zadania na poważnie (nie ma w tym momencie znaczenia czy pomagali jej spece od psychologii dziecka i public relations). Potraktowała młodego czytelnika jak równorzędnego partnera. I wygrała. Żadne polskie wydawnictwo nie przyjęło tej strategii do wiadomości.

A zatem przyszłość należała będzie do tego kto pierwszy zmontuje odpowiednią drużynę i wyciągnie wnioski z cudzych sukcesów ale i błędów. Jeśli zrobi to ktoś od nas – może spokojnie zarazić 100 tyś dzieciaków miłością do fantastyki. Może oswoić je z polskimi nazwiskami, z książkami które dzieją się w naszej rzeczywistości, tylko umagicznionej czy ufantastycznionej. Na dzień dobry (tzn. w ciągu kilku lat) zdobędzie 100 tyś wiernych klientów którzy kupią powiedzmy cztery książki rocznie. Na szlaku jego drużyna zdobędzie skarby. Wysokie nakłady, uznanie czytelników, niezłe zarobki. Być może wydawcy uda się wypromować bestsellery na miarę Pottera. Ostatecznie za komuny książki Szklarskiego i Nienackiego schodziły w nakładach o jakich wydawcy Harrego mogą dziś tylko marzyć. Dzieci dorastają szybko. Po dziesięciu, może piętnastu latach polska “dorosła” fantastyka zdobędzie już nie 0,025% ale powiedzmy 1% rynku. Tam też będzie miejsce dla “nowych”. Chcę mieć taką drużynę. Chcę wyruszyć na wyprawę po łupy. Osiągnę to, albo polegnę. Ale polegnę w walce.

***

1) Zamiast bujać w obłokach i tracić czas na forach piszemy opowiadanko lub powieść. Jak napiszemy być może to wydrukują. Jak nie napiszemy na pewno nie wydrukują. Jak wydrukują to pewnie coś tam zapłacą. Ale jak nie napiszemy to na pewno nie zapłacą. Jak napiszemy to może będziemy kiedyś sławni. A jak nie napiszemy to będziemy sławni co najwyżej wśród 50-ciu użytkowników forum. Piszemy dla czytelników. Najlepiej pisać coś co samemu chciałoby się przeczytać.

 

2) Wydawnictwa i gazety żyją z tego że wydają teksty. I stale pożądają nowych tekstów. Tylko nie wszystkich a wyłącznie dobrych. To nie jest tak że trzeba mieć nazwisko i kilka publikacji na koncie by coś gdzieś wydrukować. Owszem to pomaga. Aby przeskoczyć mur starych wyjadaczy, kumpli redaktora, zaufanych współpracowników etc. musicie po prostu napisać coś takiego żeby im kopary opadły. I żeby opadły czytelnikom.

 

3) Jako że znane nazwisko się przydaje zabawę w bycie literatem rozpocząć należy od publikacji w czasopismach. Przy okazji mają one nakład większy niż wiele książek co oznacza dotarcie do większej liczby potencjalnych czytelników, którzy być może kiedyś naszą książkę kupią. Atakować można wszystkie czasopisma – choć przy takich które nie płacą trzeba się zastanowić czy warto.

 

4) Opowiadanie preferowane przez czasopismo fantastyczne to od 15 do 45 tyś znaków. (10-30 stron znormalizowanego maszynopisu). Książka, czy to zbiór opowiadań, czy to powieść to ok. 500 tyś znaków co przekłada się na 300+ stron druku. Należy to oddać w postaci w miarę czytelniej – tak aby na stronie było mniej więcej 30 linii po 60 znaków. Taka tradycja. Nie bawimy się w ozdobne czcionki i strony tytułowe. Word nie podkreśla wszystkich błędów więc jakby co zapytajcie mamusię.

 

5) Kto myśli w kategoriach „napiszę jedno opowiadanie” albo „napiszę powieść” - ten przegrał. Trzeba pisać dużo a przy tym dobrze. Wciskać gdzie się da. Zdobywać grono fanów. Zaprocentuje to po wydaniu pierwszej książki. Tak to jest wyścig szczurów. Jak całe życie.

 

6) Pierwsze opowiadanie to sukces – ale tylko pod warunkiem że szybko dobijemy je kolejnym – jeszcze lepszym. Pierwsza książka to sukces ale jeśli nie pójdą za nią szybko kolejne to będzie klęska. Trzeba walić serią ciosów jak w boksie. Ciężko znokautować jednym ciosem. Może się uda – ale raczej nastawcie się na ostrą rąbaninę.

 

7) Pisanie to nie gra w totolotka. Tu nie ma natychmiastowych wygranych. Jeśli chcecie się tym zajmować nastawcie się na mozolne budowanie kariery – jak w każdym innym zawodzie. Trzeba planować nie w kategorii lat ale dekad. Powiedzcie sobie – za dziesięć lat będę pisarzem/pisarką. Rozplanujcie. Zrealizujcie.

 

Kasy nadzwyczajnej też z tego nie ma i fanki na widok pisarza też nie ściągają majtek przez głowę. Może lepiej zostańcie muzykami, sportowcami, celebrytami, aktorami etc. – tam są większe szanse na kasę i fanki.

 

9) „Wielu jest powołanych ale niewielu wybranych”. Masa ludzi coś pisze albo próbuje. Część nie kończy nigdy i z czasem przestaje. Z tekstów nadsyłanych do czasopism do druku nadaje się nie więcej niż 10%. Masa ludzi publikujących w czasopismach nigdy nie wydaje książki. Spośród ludzi wydających książki tylko część dociera na szczyt. Powiedzcie sobie: idę na szczyt i zacznijcie od 15-20 dobrych opowiadań.

 

10) Teksty do publikacji muszą być świeże. Teksty do zbioru opowiadań też powinny być świeże – ja daję 1/3 publikowanych i 2/3 niepublikowanych. To dolna granica normy. Teksty publikowane w necie uważajcie za bezpowrotnie spalone.

 

11) Wszelkie pomysły z zarabianiem na e-bookach to chwilowo bzdury. Wydawanie sumptem własnym to swego rodzaju porażka. (no i trzeba mieć na to kasę). Skoncentrujcie się by wydać na papierze. Tłumaczenia zagraniczne nie są lekarstwem na to że ktoś w Polsce nie chce Was drukować Sorry za granicą jest równie ciężko a w dodatku nie znacie języka.

 

12) spotkacie na swojej drodze wielu ludzi. Jedni będą wabić perspektywą kursów. Inni perspektywą wydania. Jednych i drugich należy weryfikować bez litości. Chcą uczyć? niech pokażą że umieją pisać. Chcą wydawać – niech przedstawią listę publikacji. I popatrzcie czy ich książki widać w księgarniach – tzn. wydać umie byle frajer. sekretem sukcesu jest dystrybucja.

 

część II

 

O wydawcach.

 

1) Wydawcy zasadniczo istnieją po to żeby zarabiać kasę na wydawaniu książek. Tylko bardzo nieliczni są na tyle bogaci by wydać książkę co do której od razu widać ze się na niej nie zarobi. Nie można na to liczyć. Zatem to co dostarczacie musi być jakości takiej by zaryzykowali. Wydawca przeważnie nie jest cudotwórcą i z knota nie zrobi bestsellera. A nawet jak to potrafi to na to nie liczcie.

 

2) Do debiutanckiej ksiązki wydawca przeważnie dokłada – i nie są to sumy małe ale ciężkie tysiące i (czasem) dziesiątki tysięcy złotych. Dlatego wydawcę interesują autorzy perspektywiczni – tacy którzy napiszą tych książek dużo, dobrych i we w miarę krótkim czasie. Albo tacy którzy już napisali dużo i mają w szufladach materiał np. na 4 książki.

 

3) Optymalnym punktem wyjścia do rozmów jest przyniesienie wydawcy 3 DOBRYCH maszynopisów i konspektów kilku kolejnych książek. Ponieważ mamy udawać profesjonalistów warto by te maszynopisy maksymalnie dopieścić. Dać do przeczytania jakiemuś fanatykowi ortografii. Przeczytać parę razy na głos. Może zlecić komuś doświadczonemu ich redakcję. W zalewie tekstów do przeczytania powinny zalśnić.

 

4) Pierwsza książka to ogromne ryzyko wtopy – więc idąc do wydawcy powinniście mieć już trochę sytuację „rozpoznaną bojem” – tzn. kilka – kilkanaście opowiadań puszczonych w czasopismach branżowych i dostrzeżonych przez czytelników. Wskazane jest zdobycie nagród lub nominacji – powoli zaczyna to być zauważane. Sława zdobyta na publikacjach internetowych się nie liczy. Może kiedyś będzie się liczyła ale raczej jeszcze nie w tej dekadzie.

 

5) Na rynku nie ma cudów. Wydawnictwa przeważnie cienko przędą i nie mają kasy na reklamę. Zwłaszcza nie mają kasy na promocje książek debiutantów. Opowiadania w gazetach to nie tylko argument za wydaniem książki ale też namiastka reklamy. Bez nich być może książka będzie wydana. Ale uderzy w próżnię – sprzeda się może kilkaset sztuk – jeśli kogoś zainteresuje okładka...

 

6) Wydawcy są ludźmi i popełniają błędy – niekiedy kuriozalne – czego dowodem są dzieje publikacji w Polsce I tomu Harrego Pottera. Jednak jeśli kilka wydawnictw pod rząd odrzuca maszynopis to znaczy że prawdopodobnie coś jest z nim nie tak.

 

7) W wielu redakcjach i wydawnictwach panuje totalny burdel i rozmamłanie. Dlatego trzeba ich trochę ponękać by przeczytali. Ponieważ proces selekcji trwa długo maszynopis książki warto wysłać do kilku potencjalnych wydawców. Opowiadania natomiast wysyłamy na raz tylko do jednego czasopisma.

 

Powtórzę: nie ma co liczyć na kokosy. Ale nie jest to zła robota. Przede wszystkim – koszta własne są niskie. Na początek wystarczy dostęp do byle jakiego kompa. Tu pracuje się głównie głową. Nie traci się dwu godzin dziennie na dojazdy do roboty. Jeśli jesteście uczniami lub studentami to dorobicie sobie pisaniem opowiadań po kilkaset zł co parę miesięcy. Ale jeśli mają być z tego pieniądze umożliwiające przeżycie Musicie pisać dużo dobrze i wydawać często.

 

9) Wasz program na nadchodzące trzy lata wygląda tak: 15 dobrych opowiadań sprzedanych do czasopism. Do tego jeszcze 30 w szufladzie. PO 2-3 latach od debiutu można zacząć przymierzać się do wydania pierwszej książki. Potem dwie – trzy książki rocznie przez pierwsze dziesięć lat – to jest Wasza droga od zera do bohatera. (ale bynajmniej nie do milionera, na to trzeba jeszcze z dziesięć lat więcej). Moja droga wyglądała podobnie tylko była bardziej pod górkę bo nie było wydawców na książki. Gdy pojawi się okazja do publikacji musicie być gotowi zadać miażdżący cios.

 

10) Konkurencja istnieje. Na początku Waszym konkurentem jest każdy kto pisze lepiej. Czasopisma to wąskie gardło – tu by puścić jedno opowiadanie musicie być najlepsi. Publikuje jak pisałem wyżej – „jeden z dziesięciu”. Podobnie jest z pierwszymi książkami. Wydawca musi poczuć że chce wydać Was a nie tamtych. Z chwilą gdy pewnie staniecie na nogach i macie na koncie wydanych np. 5 książek ta presja maleje. Macie już swoich czytelników i jeśli nie narobicie głupot nie stracicie ich. A każda dobra książka (nawet napisana przez innych) liczbę czytelników zwiększa. Chodzi o to by dosypać ile się da mąki bo im tort większy tym więcej da się z niego wykroić.

 

11) Pisarz to zawód szczególnego zaufania społecznego. Dlatego należy się ładnie ubierać (tzn. stringi nie powinny wystawać jak się wypinamy), umyć, uczesać, nie należy chlać (a w żadnym razie nie publicznie i nie przed spotkanie autorskim), nie obrażać czytelników, nie bzykać cudzych dziewczyn (ani chłopaków). etc. Bo wy także budujecie prestiż tego zawodu. I jeśli się ześwinicie to psujecie opinię wszystkim z branży.

 

część III

 

O tym co pisać.

 

1) Zasadniczo piszemy po to żeby ludzie czytali. Żyjemy z tego że kupują ksiązki NASZE a nie Sapkowskiego. Więc trzeba napisać tak żeby czytało im się przyjemnie. Żeby NASZE wypociny czytało im się przyjemniej niż to co napiszą inni. Oczywiście żadnego płaszczenia się i schebiania gustom bydełka. Piszemy dla takich jak my.

 

2) Większość początkujących boryka się z problemem totalnej nieznajomości masy realiów. Nie umieją prowadzić samochodu wiec piszą o prowadzeniu promów kosmicznych. Nie pracowali nigdy w fabryce więc piszą fantasy. W efekcie powstaje czysta sztampa powielająca najbardziej oklepane zgrane schematy.

 

3) Człowiek który jest nudny, miałki i nie ma żadnych zainteresowań napisze co najwyżej nieudolne klony tego co przeczytał lub obejrzał w kinie. (tak „szajnis” to o Tobie). Na szczęście większość takich gości jest zarazem leniwa i rozmamłana więc nic nie napisze.

 

4) Masz zainteresowania, hobby, byłeś w ciekawym miejscu, OPISZ TO. Pokaż coś prawdziwego, nietuzinkowego, opartego na wiedzy i doświadczeniu – nawet niewielkim, ale nie płódź w nieskończoność gniotów w stylu „jak mały Jaś wyobraża sobie Amerykę”.

 

5) Jeśli czegoś nie wiesz a koniecznie chcesz o tym napisać to się najpierw dowiedz. Przeczytaj o danym zagadnieniu nie jedną książkę ale dziesięć. Poczytaj teksty źródłowe. Stare gazety, wspomnienia, listy. Zapytaj fachowca o szczegóły. Pooglądaj graty w muzeach. Obejrzyj film o tym jak się lepi garnki. Przeczytaj stary podręcznik czyszczenia lokomotyw. I rozprawę astronomiczną z XIX wieku. Spróbuj zdekodować sposób myślenia innych ludzi. Weź stare narzędzie lub urządzenie do ręki i zrozum jak to działa.

 

6) Jeśli chcesz być dobrym pisarzem musisz zgromadzić doświadczenie życiowe. Siedząc przed kompem go nie zdobędziesz. Jedź w góry, prześpij noc w namiocie lub szałasie. Prześpij noc przy ognisku. Kup na targu kurę i spróbuj ją oskubać i wypatroszyć (nie zapomnij przedtem zarżnąć!). Przejdź 40 kilometrów w jedną noc. Podłap staż przy produkcji – postój przy taśmie. Pomachaj łopatą w towarzystwie prostych roboli. Jedź jako wolontariusz na wykopaliska. Masz paszport w kieszeni – zobacz chociaż te sąsiednie kraje. Jak koniecznie musisz pisać fantasy to zapisz się do bractwa rycerskiego żeby wiedzieć jakie są efekty kwadransa machanie mieczem.

 

7) Szukaj własnych dróg. Zawsze. Podpatruj cudze rozwiązania fabularne i nie kopiuj tylko ulepszaj! W składaniu literek nie masz być tak dobry jak Sapkowski tylko lepszy.

 

Szukaj zapomnianych skarbów ludzkiej cywilizacji. Fascynujących miejsc. Nieistniejących już cywilizacji. Wymarłych zawodów. Niezwykłych ludzi. Bohaterskich czynów przykrytych już mgłą zapomnienia. Szokujących rytuałów. Zrobisz z tego wszystko. I fantastykę historyczną, i horror, i po przeróbkach nawet -tfu!- fantasy czy science fiction. Szukaj oczywiście w źródłach naukowych a nie w beletrystyce.

 

część IV

 

 

 

1) Pisanie książek jest zawodem jak każdy inny. To znaczy: najpierw się uczymy, w miarę możliwości szukamy sobie zajęć będących praktykami zawodowymi, potem szukamy sobie roboty na poważnie, a jak ją znajdziemy to zapieprzamy i być może z czasem awansujemy. Albo okaże się że jesteśmy za ciency, ewentualnie że inni są od nas lepsi i )*( zbita. Jak w każdej innej robocie przeważnie ile włożymy z siebie tyle wyjmiemy. Jeśli potraktujemy robotę olewacko to dostaniemy koooopa. Jeśli na poważnie to może coś z tego będzie. Szczęśliwie trafy trafiają się na tyle rzadko że możemy je sobie z czystym sumieniem odpuścić jako przedmiot rozważań.

 

2) Jeśli ktoś sądzi że od pierwszego strzału napisze (i wyda!) bestselera, zarobi furę kasy, kupi willę i gablotę, a piszczące nastoletnie fanki na jego widok ściągną majtki przez głowę to pomylił zawody i powinien szybko poszukać czegoś innego zanim zrobi sobie krzywdę lub zestarzeje się i zgorzknieje... W tym zawodzie sorry – na przysłowiowe „furę, skórę & komórę” trzeba będzie pozapieprzać ładne parę lat. Osobiście znam tylko jednego pisarza który mieszka w wilii (ale to willa mamusi więc się chyba nie liczy). A takich piszczących fanek nie spotkałem nigdy. Ale może jestem za gruby i za brzydki.

 

Jeśli ktoś sądzi że wyda książkę i zrobi karierę pisarską w USA, choć nie opublikował jeszcze nic w Polsce to powinien szybko poszukać dobrego psychiatry. Na pomoc psychologa jest już za późno.

 

3) Fakt że udało się coś wydrukować uskrzydla ale de facto nie znaczy NIC. To pierwsza wyrwana cegła z grubego muru który trzeba przebić waląc głową. W tym zawodzie awans przypomina wspinaczkę kamienistym żlebem. Kto się zatrzyma – zginie. Każdy krok może być ostatnim. Trzeba przeć pod górę. Każdy talent można rozmienić na drobne, każdą pozycję stracić, każdy sukces zaprzepaścić. Znam szereg przykładów gdy po olśniewającym sukcesie zabrakło sił-chęci-motywacji do wykonania kolejnego kroku. np p. D.Masłowska. Sprzedała debiutancką książkę w nakładzie podchodzącym zapewne pod 200 tyś egz. Dostała własny felieton w „Przekroju”. (czytaj 1200-może nawet 2500zł miesięcznie za powiedzmy 2 dni robocze pracy – ergo stałe źródło utrzymania na lata umożliwiające spokojne życie i pisanie książek!) W tym momencie miała jedno zadanie: nie skiepścić felietonów. a raz na pół roku pisać dla zdobytych fanów kolejną powieść i trzepać KASĘ o jakiej ja sobie mogę z zawiścią pomarzyć. I co z tym zrobiła? Nic. I drugi przykład p. Kalicińska – wydała już ładnych parę tomów „Domu nad rozlewiskiem” i fanów ma i zapewne kasę jaka mi może się chwilowo tylko przyśnić. Bywa też że katastrofa przychodzi po kilku dobrych książkach. (przykład K.T.Lewandowskiego), bardzo rzadko bywają triumfalne powroty po latach (A.Ziemiański). Zatem udany debiut to i tak dopiero wstęp do prawdziwej orki.

 

ps. „Domu nad rozlewiskiem” ani „wojny” jak do tej pory w USA nie wydano. A obie autorki mają na to nieskończenie większe szanse niż ja, że o Was nie wspomnę...

 

4) „Wielu jest powołanych ale niewielu wybranych”. Tzn. Masa ludzi pisze. Niektórzy wysyłają swoje u-tfu!-ory do czasopism, nieliczni są w nich drukowani. Z tych którzy drukują opowiadania nieliczni wydadzą książki. Jakiś odsetek z nich zajmie się tym zawodowo. W redakcji czasopisma do druku kwalifikuje się ok 10% nadchodzących tekstów. Podejrzewam że podobnie jest z książkami. Musicie być lepsi. Jeśli nie podbijecie rynku arcydziełami pozostaje Wam moja droga: tworzenie z morderczą regularnością solidnych czytadeł i mozolne zdobywanie przestrzeni krok po kroku. Aby podbijać krok po kroku trzeba niestety te kroki stawiać. Czyli zasuwać. Pisać. Wstawać godzinę lub dwie wcześniej. Wydawać i pamiętać – brak kroku do przodu to w rzeczywistości krok do tyłu. Bo konkurencja nie śpi. Trzeba gonić tych lepszych i biec tak szybko by nie zadeptali ci którzy biegną z tyłu.

 

5) Żeby zając się pisaniem na poważnie musicie coś sobą reprezentować. Trzeba mieć trochę oleju w głowie. Napchać mózg wiadomościami. Wyciągnąć z nich wnioski. Być może wyciągnąć wnioski inne niż wszyscy. (czy to utrata Bergen ostatecznie zniszczyła hanzę?) Trzeba przeczytać coś więcej niż tylko Tolkiena... Do pisania fantasy musicie wiedzieć choćby tyle że najpierw się konia odwiązuje od drzewa a potem wsiada na siodło, albo że balii mieszczącej bohatera i dwie dziewczyny nie napełni się w ciągu 5 minut wodą, zwłaszcza jeśli trzeba zagrzać ją na piecu i wnieść na piętro. Do pisania sf trzeba liznąć choć odrobinę fizyki bo potem pojazdy będą wydawać dźwięki w próżni. Przydało by się Wam pospać w namiocie albo szałasie przy ognisku, oskubać i wypatroszyć kurę do pieczenia etc. A wiedzy o tym jak wygląda goła kobieta/goły facet nie czerpcie z gazetek bo obrazki tam są poprawiane fotoschopem.

 

Żeby pisać ciekawe felietony dopiero trzeba mieć „łeb jak szafa”. I przeczytać (oraz zapamiętać) multum coby mieć w głowie obfite złoża cytatów i swobodnie żonglować analogiami historycznymi oraz kontekstami kulturowymi. Felietony p. Masłowskiej już się w „Przekroju” nie ukazują – choć nie znam przyczyn.

 

6) Istnieją różne drogi w literaturze. Jest ich multum i wiele prowadzi do efektów które można uznać z czystym sumieniem za olśniewające:

 

a) człowiek robi coś fajnego, czymś się pasjonuje, potem chwyta za pióro i to opisuje. Jeśli robił coś przez długie lata może powstać naprawdę fascynująca lektura – bo z tysięcy różnych przygód wybierze setkę takich że czytelnikom buty pospadają. Przykłady? James Heriott „wszystkie stworzenia małe i duże”. Facet był przez jakieś 60 lat weterynarzem w Szkocji. Potem siadł i to opisał w bodaj siedmiu tomach. Ta książka to absolutne arcydzieło. Fantastyczny humor, niebanalne przygody, ogromna wiedza autora i zapis świata który dziś jest już od dawna unicestwiony. Dałbym pośmiertnie literackiego Nobla – gdyby ta nagroda była jeszcze coś warta...

 

b) Ktoś się czymś pasjonuje a potem dzieli się wiedzą. np. „Czekając na Herchora” wybitnego egiptologa prof. Andrzeja Niwińskiego. Pierwsza część to opis badań Egiptu od zarania dziejów do współczesności. Malownicza galeria świrów, rabusiów i uczonych oraz ich zdziczałe pomysły (np. wyłupywanie fresków do muzeum dynamitem) i niebanalne przygody. Druga część to Jego badania – bez dynamitu i niewolnic gotujących obiad dla uczonych, ale też fascynują.

 

c) Ktoś może nie przeżył osobiście szalonych przygód ani nie rozkopuje grobowców, ale fascynuje się jakąś dziedziną nauki i potem rozproszone informacje zbiera do kupy i z uzasadnioną dumą pokazuje co wygrzebał. Przeczytajcie „stulecie chirurgów” Thorwaldsena to będziecie wiedzieli o co mi chodzi

 

O takie trzy przykłady z wielu. Podsumowując: bądźcie niebanalni. Szukajcie. Badajcie. Składajcie zebrane informacje w atrakcyjne bukiety i machajcie nimi czytelnikom przed nosem.

 

7) Jeśli zostaniecie pisarzami macie dwie drogi – albo pozornie malowniczy żywot zdegenerowanej cyganerii artystycznej albo potraktowanie swojej profesji jako zawodu szczególnego zaufania społecznego. W pierwszym przypadku czeka Was morze wódy, prochy, rozwiązłość moralna etc. Z perspektywy nastolatka może to nawet wyglądać atrakcyjnie. Problem w tym że chyba szkoda życia. Bo niestety bohema żyje może intensywnie ale krótko, a wypalenie zawodowe przychodzi przeważnie jeszcze szybciej niż malownicze wyrżnięcie o dno. No i koniecznie trzeba mieć majątek do przepuszczenia lub znajomości wśród milionerów (ewentualnie urzędasów od kultury) którzy będą dawać kasę i sponsorować wydanie tego co na kacu wypłodzicie.

 

Druga droga jest może nudniejsza. Nie bzyka się nieletnich fanów płci obojga, nie męczy człowieka kac, a objawy hifa & syfa poznajemy z podręczników medycznych nie zaś patrząc w lustro. Ale za to kasy jest więcej i dłużej się żyje. I zamiast zachwytów ze strony oczadziałych od wódy krytyków i rozmaitych wykształciuchów wpatrzonych w artystyczne menelstwo jak w tęczę, zyskuje się szacunek normalnych ludzi. A to chyba więcej warte...

 

Zarabia się po to żeby wydawać a nie po to aby kasę rzucać w błoto, Te pieniądze czytelnicy często wysupłali z bólem – szanujmy to.

 

Stosunek do czytelników powinien być stanem swoistej równowagi. Czytelnicy to kolesie z których kasy żyjemy, zatem nasi swego rodzaju chlebodawcy (na początku raczej czerstwo-chlebodawcy). Tu znowu mamy dwie możliwości. Można spróbować zagrać na najniższych instynktach. Potraktować głosy czytelników jako wyrocznię i dostarczyć to czego sobie życzą. Przeważnie wyniknie z tego niewiele – krótkotrwała fascynacja nastoletnich onanistów. To taki sam problem jak z niemal każdą demokracją – ludzie mają niestety tendencję do wybierania rozwiązań łatwiejszych, wymagających mniej wysiłku. Druga droga jest trudniejsza – piszemy wówczas bardziej jak dla siebie a czytelnicy nas polubią albo nie. Można oczywiście od czasu do czasu puścić do czytelnika oko. Chodzi jednak o to by ludziom służyć a nie płaszczyć się przed nimi.

 

9) Opinie zawodowych krytyków literackich olewamy. To przeważnie bydło.

 

10) Obcowanie z czytelnikami to już mniejszy problem. Generalnie jak podpisujemy książki na targach nie należy robić 20 minutowych przerw na papierosa. Zwłaszcza jak ludzie czekają w ogonku. Na spotkaniach trzeba być trzeźwym, czystym, porządnie ubranym, w miarę miłym i kulturalnym. Warto wiedzieć o czym się mówi. Fakt że wiele bibliotek boi się zapraszać pisarzy od fantastyki ma niestety swoje źródło w „niezatartym wrażeniu” jakie wywarł pewien kultowy pisarz z naszego getta. Dbałość o prestiż zawodu jest tu obowiązkiem zbiorowym - jeden buc narobi bydła po pijanemu, porzuca mięchem, napieprzy głupot, okaże się komuchem i rzuci rasistowskimi „dowcipami”, a odbija się potem na wszystkich...

 

11) Robienie sobie nieplanowego dziecka z nieletnią czytelniczką czy ze świeżo poznanym krytykiem literackim jest moim zdaniem nadmiernym spoufalaniem się pisarza/pisarki ze społeczeństwem. (oba przykłady z życia niestety...). Ogólnie z ludźmi należy uważać. Lepiej mieć łatkę nadmiernie cnotliwego mohera niż tę drugą. I raczej unikać sytuacji dwuznacznych. B.Pawlikowska opisuje drastyczny przykład. („W dżungli życia” bodaj) Nie dała się bzyknąć redaktorowi i nie wydali jej pierwszej książki. Uważam że wybrała słusznie. Poświęcamy dla pisania wystarczająco dużo...

 

12) Pisząc przyjmujecie nie siebie cholerną odpowiedzialność. Pisanie to grzebanie w głowach czytelników. Musicie wiedzieć o czym piszecie by nie powielać bzdur i stereotypów, oraz wymysłów propagandy. Pisarzowi nie wolno ulegać modzie, być „pożytecznym idiotą” wspierającym swym piórem np. ekonazistów od globalnego ocieplenia.. Musicie grzebać, drążyć tematy, konsultować z fachowcami i szukać Prawdy. We wszystkim o czym piszecie. Tylko wtedy zachowacie wiarygodność i szacunek do samych siebie. Może się przytrafić sytuacja że jakieś męty przyjdą do Was z kasą i propozycją walki w swoich szeregach... Zachowajcie się tak by Dziadkowie nie napluli Wam w twarz a Rodzice nie musieli się wstydzić.

 

Szklanka tłucze się raz. Są wiersze których szymborska nie wznawia od 50-60 lat a mimo to ludzie je znają. Podobnie jak znają nie wznawiane od lat wiersze Tuwima opluwające AK-owców. Wszystko wcześniej czy później wychodzi na jaw. I konfabulacje i wymysły i donosicielstwo (np. r.kapuścińki).

 

Żyjcie i pracujcie tak by za 60-80 lat móc spokojnie patrzeć w lustro i widzieć w nim nadal twarz uczciwego człowieka.

 

Resume dla mniej kumatych:

1) Trzeba coś wiedzieć lub coś umieć, a potem można to opisać.

2) Trzeba zapieprzać i to na trzeźwo.

3) Nie obrażać czytelników

4) Nie bzykać byle kogo i samemu nie dać się byle komu bzyknąć.

5) Nie pomagać mętom i nie dać się ześwinić za kasę.

 

część V

 

Pisanie zawodowe tzn. czy warto.

 

a) Zalety

 

-nienormowany czas pracy. Chcesz dzień wolny to sobie bierzesz. Chcesz pracować w nocy – pracujesz. Chcesz w dzień – nie ma problemu. Można się wyspać. Albo pisać 18-20 godzin bez przerwy. Zachoruje dziecko/dziewczyna/żona nie musisz skamlać o zwolnienie.

Sam zachorujesz nie musisz żebrać o L4.

 

-brak konieczności dojazdu do roboty – znaczna oszczędność czasu. Z łóżka do miejsca pracy – np. 2 metry. To dodatkowe dwie – trzy godziny dziennie na pracę, rozwój, wypoczynek, rozrywkę. (w praktyce na pracę).

 

-po kilku-kilkunastu latach orki pojawiają się niezłe zarobki - zwłaszcza jeśli ma się na koncie sporo wydanych pozycji, ukazują się wznowienia lub jeśli uda się coś zekranizować.

 

-Prestiż i szacunek ze strony społeczeństwa (wprawdzie połowa Polaków nic nie czyta ale...), a jednocześnie pisarze nie są celebrytami więc unika się konieczności czytania o sobie w brukowcach i kolorowych tygodnikach.

 

-miejsce pracy masz tam gdzie siądziesz i położysz laptopa. Nie interesuje cię problem że w Twojej gminie bezrobocie sięga 30%. Nic cię nie interesuje. Jeśli masz źródło zasilania do laptopa możesz mieszkać w szałasie pośrodku lasu. Twoje miejsce pracy to głownie wnetrze Twojej czaszki.

 

-obracasz się wśród elit intelektualnych. np na konwenty miłośników fantastyki jeździ masa młodych ludzi którzy jeszcze czytają ksiązki i o dziwo lubią o tym pogadać. (konwent daje więc namiastkę wieczorków literackich).

 

-można twórczo wykorzystać swoje zainteresowania i jeszcze zarobić na tym że ma się nietuzinkowe hobby. Jeśli ktoś lubi czytać dziwne nietuzinkowe lektury ma dodatkowe bonusy.

 

b) wady

 

-ta robota wymaga cholernej samodyscypliny. Nikt nie stoi nad tobą z kijem ale zrobione być i tak musi. Na termin, przed terminem, w wariackim tempie.

 

-Ciężko się przebić, ciężko budować karierę, ciężko się utrzymać na górze.

 

-na początku trzeba harować a efekty są znikome. Potem trzeba nadal harować a efekty są niewiele lepsze. Dopiero po latach coś z tego wyniknie. Albo nie. Czasem pisze się kompletnie na ślepo nie wiedząc czy ktokolwiek zechce to czytać.

 

-czasem po napisaniu kilku książek pojawia się wypalenie. Jeśli ktoś poświęcił kilka lat na to by coś osiągnąć i nagle się potyka to jest tragedia. I może się źle skończyć. Czasem od nadmiaru myślenia zaczyna odwalać i koleś zamiast pisać zaczyna odczuwać „cierpienia świata” i gasi je gorzałą.

 

-kasa niektóre słabsze jednostki demoralizuje. I może być tragedia. Brak kasy – typowy dla początków tego zawodu też demoralizuje i też może być tragedia.

 

-wpływy są zazwyczaj bardzo nieregularne. Bywa że dziewczyny/żony etc. mają dość i odchodzą z dzianymi kolesiami w dresikach którzy „zapewnią im stabilizację”. Niekiedy teściowie robią piekło – uważając „artystę” za złą partię.

 

-karierę buduje się powoli, dziesięć lat to norma. Wygrywają nie najlepsi tylko najbardziej uparci. Tacy którzy walą w klawiaturę aż mur się zawali. Tacy którzy nie boją się roboty. Tacy którzy gotowi są poświęcić masę czasu na ćwiczenia.

 

-dziewczyny które czytają książki przeważnie mają więcej oleju w głowie od tych które tylko słuchają muzyki więc nie dają się bzykać nawet ulubionym pisarzom.

 

cz. VI

 

Znowu w punktach żeby było łatwiej zrozumieć.

 

1) Stawiam tezę że pisarz powinien być wszechstronnie oczytany i bez tego pisarzem nie zostanie – ewentualnie zostanie ale maaarnym. Po co czytamy:

 

a) dla rozszerzenia sobie zasobu słownictwa. By od biedy porozumiewać się w danym języku wystarczy zasób 800-2000 słów. Szekspir używał w swojej prozie 16 tysięcy – a był to wiek XVI. Tak – nawet jeśli ktoś pochodzi z rodziny wykładowców uniwersyteckich powinien czytać, by poznać zwroty i określenia spoza specjalizacji Rodziców. Przy okazji czytając utrwalamy sobie prawidłowe związki frazeologiczne. Widzimy jak się wyrazy łączy w zdania...

 

b) czytamy dla zaznajomienia się z tradycją piśmienniczą i dokonaniami naszych poprzedników. Tradycje SĄ WAŻNE. Przykład: jeśli ktoś chce pisać o wampirach i w tym celu przestudiuje tylko „Zmierzch” to wyjdzie z tego kupa. Czytamy także po to, żeby nie odkrywać po raz setny koła. No i oczywiście zdobywamy w ten sposób wiedzę, którą możemy spożytkować (np. by bohaterowie rzucali aluzjami do klasyki).

 

c) czytamy by się nie zbłaźnić. By nie doszło do katastrofy w rodzaju recenzji: „coś podobnego napisał już Grzędowicz pięć lat temu a w dodatku znacznie lepiej”.

 

d) czytamy w poszukiwaniu tropów. Bywa tak że jakiś autor prześlizgnął się po danym temacie i da sobie spokój. Nikt inny nie poszedł w tę stronę. W takim przypadku pewne idee można odkurzyć. (nie mam tu na myśli plagiatowania ale odkurzenie!)(zobaczcie jak nawiązałem do prozy Aleksandra Grina w opowiadaniu „Samolot do dalekiego kraju”)

 

e) Czytamy żeby się nauczyć pisać. I tym się dziś zajmiemy.

 

2) ksiązka posiada:

 

a) tło

b) bohaterów

c) fabułę

d) przesłanie.

 

W przypadku moich opowiadań bezjakubowych, powieści z cyklu „Oko jelenia” czy „Operacja dzień wskrzeszenia” najpierw znajdowałem fajne miejsce i epokę, potem wymyślałem fabułę, a potem dobierałem sobie bohaterów „przez których”, - za pośrednictwem których to opowiadałem.

 

Tak by czytelnik mógł spojrzeć na tamte czasy ich okiem.

 

Aby harmonijnie połączyć te cztery elementy używamy całego wachlarza wrednych chwytów których zadaniem jest wstrząśnięcie czytelnikiem i wydrenowanie jego kieszeni. Przy okazji możemy spróbować wyprać mu mózg wtłaczając od głowy nasze przesłanie. Zazwyczaj to nie działa - telewizja jest pralką mózgów wyposażoną jeszcze w wirowanie i wyżymanie.

 

3) Czytając dzieła innych autorów podpatrujemy ich chwyty.

 

Zazwyczaj są proste – wręcz prostackie. Garść przykładów?

 

a) skopanie bohatera na dzień dobry – poczytajcie opowiadania M.S.Huberatha – robi to po mistrzowsku i wiele się od Niego nauczyłem. Podobny zabieg zastosował Ł.Orbitowski w „Tracę ciepło”. Bierzemy bohatera i mu dowalamy. Czytelnik to przeżywa, zaczyna współczuć, interesuje się losem postaci etc. (chyba że trafi się socjopata).

 

b) wprowadzenie teamu – grupy o wąskich specjalizacjach i zdefiniowanych funkcjach. Nauczyłem się tego z „Tajemniczej Wyspy” Julesa Verne. Schemat? Wszechwiedzący inżynier. Jego prawa ręka - poddający pomysły Dziennikarz. Bystry Młodzieniec który geniusz Inżyniera przekłada na polecenia zrozumiałe dla Marynarza i Murzyna. Przy okazji różni czytelnicy utożsamią się z różnymi postaciami. „Dzieci kapitana Granta” – podobny schemat, podobny chwyt! Zróżnicowanie wiekowie. „Księga urwisów” Niziurskiego etc. (dokładnie ten sam zabieg stosuje się w większości seriali familijnych). Podobnie zbudowany jest Harry Potter – mamy ludzi w różnym wieku funkcjonujących na różnym poziomie i mających różne zadania fabularno – dekoracyjne. I też można się z tego sporo nauczyć.

 

c) gra na archetypach. Najprostsza sztuczka to wyprowadzenie bohatera z ciemności w światło. Znaczy się jak go/ją przeczołgamy zmaltretujemy, zgwałcimy, zagłodzimy i zamrozimy to zaczynamy robić dobrze, najlepiej nagłym przeskokiem. Weźcie sobie pierwszy tom „Sagi o ludziach lodu” M.Sandemo. Gdy poznajemy bohaterkę zdycha z głodu i ma w perspektywie rychłe zamarznięcie. A potem spotyka dobrych ludzi dostaje dach nad głową i łóżko (i nawet jej w tym łóżku nie gwałcą...) a do tego jak już się obudziła to i jedzonko było akurat ugotowane.

 

d) Sztuczki wredne. Czytaliście „Kontrolę” W.Suworowa? Są tam dwa bardzo dobre chwyty.

- Klasyczny przykład tzw. „klamry” w wykonaniu ekstremalnym. Historia która zatacza swego rodzaju koło. Koniec ksiązki nawiązuje silnie do początku. Podpatrzeć to mógł w powieści „12 krzeseł” Ilfa i Pietrowa lub „drodze do nikąd” A. Grina ale znacznie udoskonalił. „Kontrola” zaczyna się sceną ...egzekucji głównej bohaterki. Reszta jest retrospekcją. Dziewczyna wstępuje w szeregi stalinowskich siepaczy, dostaje niewykonalne zadanie... Pod koniec gryzłem ze zniecierpliwienia oparcie krzesła.

- „błyski” czyli wrzucamy po kawałeczku elementy aby czytelnika podpuścić i pozwolić mu się domyslić. Dziewczynę w pierwszej scenie, charakterystyczną spluwą rozwala koleś w lśniących oficerkach. Kawałek dalej widzimy kolesia w oficerkach jak odwala zadanie. Potem dziewczyna ćwiczy a na balkonie skrzypią lśniące oficerki kolesia który ją obserwuje. Wreszcie dziewczyna kolesia spotyka i po porcji uprzejmości zadaje mu pytanie czy jego piękna spluwa to TEJ MARKI SPLUWA.

 

ergo:

Korzyści z czytania:

1) utrwalanie literackiej formy języka.

2) zdobywanie zasobu aluzji

3) poznanie wrednych chwytów do pognębienia czytelników.

 

cz. VI

 

Ok. zatem mamy problem: chcemy zarobić trochę kasy

Zakładamy że na ewentualne inwestycje mamy kilka – kilkanaście złp.

Najprostszym źródłem wierszówki są gazety. (takie papierowe co w kioskach leży). Dzielimy je zasadniczo na: plotkarskie, komputerowe, naukowe i pozostałe. Jeśli mieszkacie koło znanej aktorki, macie aparat z teleobiektywem i odpowiedni brak hamulców możecie nacykać fotek jak bierze prysznic i iść do plotkarskich. Jeśli posiadacie nietuzinkowe zainteresowania naukowe, dorobek, prowadzicie ciekawe badania, dokonaliście odkrycia - idziecie do naukowych. Jak znacie się na komputerach, programowaniu, i umiecie coś czego nie umie reszta zwykłych obsługiwaczy idziecie do komputerowych. Zapewne jednak waszym celem będą gazety pozostałe.

Dzielimy je szereg grup i typów. To nie istotne. mają oczywiście swoją specyfikę. Jesli piszemy artykuł rocznicowy do miesięcznika to trzeba go oddać 2-3 miesiące wcześniej. jak do tygodnika wystarczy miesiąc wcześniej., KAŻDA gazeta potrzebuje świeżych odkrywczych i przełomowych tekstów. Każda posiada grono współpracowników – jednak przewie żadna nie jest hermetyczna. Wasze zadanie to wejść do grona współpracowników i doprowadzić do możliwie regularnej publikacji Waszych tekstów. Robi się to tak że pisze się dobry artykuł i zanosi. Generalnie aby się ukazał musi być lepszy niż artykuły pozostałych. Jeśli dotyczy tematów aktualnych musi być ciekawszy i lepiej napisany niż inne które trafią na biurko w tym samym czasie. Dodatkowym atutem będzie materiał ilustracyjny – czyli zdjęcia, lub obrazki do których macie prawa autorskie lub których prawa autorskie wygasły. Redakcje zazwyczaj posiadają archiwa fotograficzne ale nie zechce im się w nich grzebać by zilustrować tekst kogoś z ulicy. Kilka pomysłów na teksty:

1) teksty rocznicowe.

Siadacie i przeglądacie kalendarz na najbliższe pół roku. sprawdzacie jakie rocznice ważne dla Waszej okolicy przypadają niebawem. Potem idziecie do biblioteki i gromadzicie informacje. Przykład: do waszego miasta w 1915-tym wkroczyły wojska. sięgacie do ówczesnej prasy i macie czarno na białym kto wkroczył, jak wkroczył i co na to ludność. zdobyty materiał warto uzupełnić zdjęciami z wkraczania, albo aktualnymi zdjęciami miejsc gdzie poprzednie wojska stawiały opór, zdjęć pomników upamiętniających etc. sięgacie też do pamiętników wkraczających, zmykających i miejscowych. wrzucacie co smakowitsze cytaty. Zanosicie do redakcji z odpowiednim wyprzedzeniem. Możecie łowić daty mocno już zapomniane – np. z czasów powstania styczniowego, potopu szwedzkiego etc. im bardziej ważne a przy tym mocno zapomniane tym lepiej!!! Optimum to znaleźć ważną datę i machnąć o tym artykuł zanim ktokolwiek z pozostałych współpracowników redakcji pomyśli. Najlepiej znaleźć wydarzenie o którym nikt inny nawet nie pomyśli. Możecie pisać teksty w rocznicę urodzin lub śmierci wybitnych (a zapomnianych) postaci z Waszej okolicy.

2) teksty „obiektowe”

Opisujecie jakiś ciekawy obiekt w Waszej okolicy, starając się przybliżyć jego dzieje, sylwetki ludzi z nim związanych etc. domy, grobowce, parki, pomniki, cmentarze mniejszości religijnych lub etnicznych, obiekty archeologiczne.

3) reportaże

Wujek zajmuje się odlewnictwem dzwonów, bractwo rycerskie trenuje w ruinach, archeolodzy kopią, geolodzy prowadzą zwiad geologiczny, nauczyciel założył teatr etc. - to wszystko może być ciekawe jeśli się to odpowiednio opisze. Ginące zawody są ostatnio trendy. I dużo fotek

4) podróżnicze/krajoznawcze

Byliście w Gruzji lub Etiopii, odwiedziliście zniszczony cmentarz w Bieszczadach, przejechaliście rowerem szlak oddziału z powstania styczniowego, września 39 etc. (można powiązać z rocznicowym, reportażem, opisać obiekty które były świadkami wydarzeń etc. etc. etc.

Stawki są różne. redakcje czasem płacą mniej początkującym. Minimum to jakieś 20 zł/str znorm. niektóre dołożą parę zł ekstra za ilustracje - ale szczególnie bym na to nie liczył. Doradzałbym zacząć od gazet lokalnych. Tam gdzie można iść osobiście. Ustalamy do kogo idziemy. Duża redakcja? - szef interesującego nas działu. Mała redakcja - sekretarz redakcji. Nie piszemy jednego artykułu - piszemy cykl. Sprawiamy wrażenie kompetentnych, inteligentny, kulturalnych, PERSPEKTYWICZNYCH. Męczymy, dręczymy wpadamy raz w tygodniu z nowymi dobrymi tekstami. Nie obrażamy się jak polowa wypadnie (jeśli rocznicowe poprawiamy i przydadzą się za rok nie tu to gdzie indziej). Nie piszemy dla jednej gazety po udanym (lub nieudanym) natarciu na jedną redakcję szturmujemy kolejną. (oczywiście unikamy sytuacji gdy piszemy o tym samym dla konkurencji). Zatem notes, aparat, karta biblioteczna i do roboty. Wasze 300-500-700 zł miesięcznie właśnie czeka żebyście je zarobili.

*

A byłbym zapomniał. Piszcie też czasem opowiadania

*

Publikacja za oceanem.

Wszystkie dyskusje o wydawaniu za granicą sprawdzają się do jednego: siada sobie gostek lub koleżanka i zaczyna biadać pt. "jak mi potwornie źle że mieszkam w Polsce", "A jakbym się urodziła w USA to wtedy..." tak jak nasze aktoreczki co nie umieją zagrać, a chcą do Hollywood.

Mnie to wkurza bo najczęściej ci co najgłośniej skamlają mają zerowe sukcesy zawodowe. I wyjazd do USA w niczym by im nie pomógł. Całe to pieprzenie o USA to samousprawiedliwianie się i nic więcej. Marudzicie zamiast pracować. a ja tracę czas by próbować Wami trochę potrząsnąć. Był tu wątek zatytułowany "parę groszy" czy jakoś tak. Dawałem radę jak zacząć zarabiać artykułami. Minęły ze dwa miesiące chyba albo i lepiej. Czy ktoś z wielbicieli amerykańskiego rynku wydawniczego może mi podesłać skan pierwszej zarobionej pisaniem stówki?

Kupa Polaków pojechała pracować na zachodzie. Kto coś umiał w Polsce jakoś się tam zaczepił, porobił za połowę stawki tubylca i wraca z kasą. Większość nie umiała nic, porobiła byle co, albo nie znalazła żadnej roboty, i wraca marudząc że kapitalizm jest zły. Kupa pojechała do Anglii nie znając nawet angielskiego pomieszkała pod mostem i wraca na koszt konsulatu.

         Ludzie to jak z biznesem. Siedzi banda idiotów i marudzi że nie ma pieniędzy na początek. Ale jakby przypadkiem je dostali to by je rozpieprzyli. (vide mój kumpel co jak sie wreszcie dorwał to kasy to wtopił 40 tyś bo mu się wydawało że da sie na czymś zarobić a tu się okazało że jednak się nie da).

         Jeśli ktoś się do czegoś nadaje to pieniądze ma. Pracuje odkłada, inwestuje, pomnaża, w międzyczasie zdobywa doświadczenia które pozwalają zrobić krok do przodu. Czasem ma za mało by rozkręcić interes od razu - ale stopniowo w kilka lat dochodzi tam gdzie chciał, albo bierze kredyt i robi duzy skok do przodu - bo wie jak coś zrobić i na ile może zaryzykować. Jak ktoś zaczyna od kredytu to zostanie z długami. Sorry. Życie. Na szczęście większość wiecznych malkontentów kredytu nie dostanie. Banki chroniąc swój interes przy okazji ratują różnych frajerów przed upadkiem... Maszynopisy to Wasz kapitał. Przy odrobinie szczęścia wymienicie je na pieniądze. Może kiedyś wymienicie je na dolary.

         Jak ktoś umie pisać to pisze i wydaje. Tu w Polsce. Sprawdza się. Uczy się nowych technik. Zdobywa doświadczenie. Zdobywa umiejętności. I z czasem jest gotów zrobić krok dalej. Albo tu albo gdzie indziej. Na naszym forum siedzi banda i skamle "jest nam źle bo nie mieszkamy w USA". Dobra. ja też nie mieszkam w USA. I...? Ok. W USA może zarobiłbym dziesięć-dwadzieścia razy więcej. Albo by przyszła wściekła feministka z karabinem i wywaliła mi dziurę w czole za łamanie zasad politycznej poprawności.

         Przyjmijmy że za pięć-dziesięć-piętnaście lat otworzy się możliwość wydawania w USA. Z moich 20-30-40 książek będę mógł wybrać 2-3-4 najlepsze i sprzedać im prawa. Przyjmijmy że na gwałt zechcą wydawać Polaków. Co wtedy zrobią? popatrzą co się w Polsce najlepiej sprzedaje. Jest szansa że moje książki będą na tyle wysoko w rankingach że zostaną zauważone. A wasze? Czy będą już w ogóle napisane?

         W przypadku wielu użytkowników tego forum będzie to wyglądało inaczej: jest szansa - w USa zaczęli publikować Polaków hurrra. To ja siadam i piszę... Eeee... Tak właściwie jak sie to robi? Ok. już po dwu latach mam napisaną powieść. Hurra. o jak to już moda minęła? I pojawi sie kolejne samousprawiedliwienie: "to wszystko wina tych wrednych Pilipiuka-Sapkowsiego-Dardy to przez ich wypociny nie miałem szansy z moim dziełem..." Sądzicie że z amerykańcami będzie łatwo? Czy sami przyjdą (wątpię). czy do nich się pójdzie trzeba mieć argument. Jakikolwiek argument. 10 wydanych tytułów. Wysoki nakład. Tłumaczenie na języki krajów regionu. etc. Może być inna możliwość. Może szansa wydania w USA nie pojawi się nigdy. Co wtedy? Ja będę sobie wydawał książki w Polsce, Czechach, Rosji, może i Bułgarii. Będę z tego żył, kiedyś postawię dom, jak zechcę popływać jachtem to sobie kupię lub wyczarteruję.

90% użytkowników tego forum będzie w tym czasie siedzieć na kasie w biedronce i pielęgnować w sobie poczucie straszliwej krzywdy spowodowane tym że nie zostali pisarzami bo nie mieszkają w USA. Potem będzie to już tylko poczucie krzywdy spowodowane tym że nie siedzą na kasie w USA. A potem zestarzeją się i umrą zostawiając wnukom teczkę z wydrukiem kawałka powieści której nigdy nie skończyli bo wredny świat nie pozwolił im rozwinąć skrzydeł...

         Miejsce zamieszkania niewiele zmienia. Tzn. jak sie mieszka w Somalii to ma się przechlapane - ale pobudka - żyjemy w Polsce w najlepszym okresie historii naszego kraju. Żyjemy w świecie o którym 25 lat temu mogłem sobie pomarzyć. Rozumiecie? Rynek wydawniczy też mamy taki że 10 lat temu mogłem sobie o czymś podobnym pomarzyć. Gdzie tam... Nie rozumiecie. Większość z Was ma naście - dwadzieścia parę lat.

Okres komuny to dla Was w najlepszym razie przedszkole. Nie wiecie jakie to uczucie nie mieć paszportu, i oglądać w Pewexie radiomagnetofon za 120 dolarów ze świadomością że taką Kwotę wasz Ojciec zarabia przez pół roku, albo zestaw klocków lego za 40 zielonych czyli dwa miesiące harówy z nadgodzinami i dyżurami. Jak potrzebujecie telefonu to go kupujecie w kiosku. bez czekania 20 lat i pisania podań do urzędasów. etc.

Część z Was zaczęła czytać książki już po rewolucji którą rozbiła Fabryka Słów. Od dekady mamy normalny rynek. Ja korzystam, wy marzycie o USA. Janusz A. Zajdel czekał 3-4 lata od napisania książki do jej wydania. dziś czeka się 3 miesiące. Nienacki - za komuny autor topbestselerów multimilioner miał na koncie ze 3 miliony złotych czyli w walucie wolnego świata jakieś - bu ha ha ha ...sześć tysięcy dolarów. I był faciarzem, władza wiedziała że nie ucieknie, dawała mu paszport na kraje kapitalistyczne więc sobie parę razy jeździł do Francji i RFN.

Dziś żyjemy w wolnym kraju. A jak nam sie nie podoba mamy paszporty w szufladach. I możemy napisać co chcemy i wydać gdzie chcemy bez konieczności kiwania smutnych panów z ulicy Mysiej (czyli urząd cenzury) i bez czekania latami na przydział papieru. Możemy napisać wszystko, dostać za to prawdziwe pieniądze, kupić co chcemy i pojechać gdzie chcemy. A wy marudzicie jakbyście mieszkali w jakiejś Somalii.

         USa daje większe możliwości? ok. A Polska daje większe możliwości niż Somalia. Ale jak ktoś jest cienias to czy w Somlaii, czy w Polsce czy w USA będzie podobnie wegetował. A jak ktoś jest dobry to sobie poradzi i tu i tam a czasem jednocześnie i tu i tam.

         W Hollywood pełno jest ludzi którzy przyjechali zostać aktorami i im się nie udało. Mieszkają w kanałach i wynajmują się do sprzątania ulic by zarobić na bilet z powrotem do domu. A przecież żyją w USA - w tym uSA które Wam się śni po nocach.

         Ktoś tu chciał promować polską prozę na zachodzie? pisałem już o tym: żeby móc rozmawiać z zachodem trzeba mieć argumenty. Pokazać czarno na białym że maszynopis który się przyniosło to bestseller w pięciu krajach Europy Środkowej. a lepiej przynieść pulę bestsellerów dziesięciu top-autorów.

         Jak się idzie do polskiego wydawcy to trzeba pokazać że ma się 15 opowiadań wydanych w czasopismach. Tak jest wszędzie. W każdej robocie. Tak działa świat. Jak się idzie pracować w stolarni to pokazuje się dyplom ukończenia zawodówki stolarskiej, opinie rzemieślnika u którego odbyło się staż, zdjęcia z własnych realizacji etc. jak się chce zostać piratem w Somalii też trzeba pokazać ze umie się walić z kałacha.

         Niedocenieni geniusze? Nie ma niedocenionych geniuszy. Sorry. no dobra może są - 1% pechowców potwierdzających regułę. Ale - z całym szacunkiem - to raczej nie Wy. Czasem trzeba obejść 15 wydawnictw jak Rowling. Czasem mieszka się parę lat w przyczepie kempingowej jak St.King. Ale wysiłek się akumuluje.

         London, King czy Dick się nie załamywali odmowami tylko pisali nowe rzeczy. Gdy pojawiły się opcje na druk po postu składali opowiadania w zbiory i puszczali. A wy? Jeśli zapali się światełko ile zbiorów opowiadań złożycie z tego co macie w szufladach?

         Gdy przyszli do mnie z Fabryki Słów miałem 1200 stron maszynopisu gotowe. 12 lat temu robiłem awanturę w Fenixie bo spóźniali się z wypłatą honorarium a ja akurat podarłem ostatnie spodnie i potrzebowałem dwie dychy żeby kupić nowe u chińczyka. I nie było wówczas żadnych szans wydania książki. Ale pisałem na zapas. I gdy pojawiła się szansa capnąłem ją jak rottweiler. Bo miałem zęby. Wy w większości tracicie czas na dywagacje o straconych szansach. A macie w ogóle zęby by w razie czego szansę chapnąć?

         Przestańcie zatem pieprzyć farmazony tylko weźcie się do roboty. Wtedy jest szansa ze za 10 lat wydacie coś i w USA. A na razie spróbujcie coś opublikować "w tym małym parszywym kraiku gdzie mieszkamy". I cieszcie się ze nie jesteście pisarzami w Somalii.

*

„To nie talent lecz chęć szczera produkuje bestsellera” (red. M. Parowski)

Piszemy Bestsellera cz. I

Od czasu do czasu na konwentach spotykam się z młodymi ludźmi którzy nieoczekiwanie poczuli gwałtowny przypływ olśnienia. Ofiara przebudzonych mocy twórczych z reguły usiłuje coś napisać albo narysować, lub połączyć jedno z drugim tworząc komiks.

        Ci którzy zdecydują się pisać po spłodzeniu kilku lub kilkunastu stron wpadają przeważnie na pomysł że trzeba to gdzieś opublikować. Wysyłają tekst do redakcji któregoś z branżowych pism i z reguły na tym kończy się ta przygoda. Redakcje odpowiedzi udzielają z reguły bardzo niechętnie i przeważnie jest to odpowiedź negatywna. Niniejsza rubryka ma na celu zmniejszenie liczby ofiar, tfu. To znaczy chciałem, powiedzieć tu będziecie mogli poczytać o tym co zrobić żeby zwiększyć swoje szanse w przebijaniu się przez rzeczywistość. Postaram się w szeregu felietonów zawrzeć wskazówki które w pewien sposób ukierunkują Waszą twórczą energię.

        A zatem: Co zrobimy z napisanym tekstem, który naszym zdaniem nadaje się już do publikacji? Ano trzeba go zanieść potencjalnemu wydawcy. Do redakcji czasopisma wpadamy zazwyczaj miedzy 12 a 15-tą – wówczas mamy największe szanse złapania kogoś na miejscu. Przestrzegać należy drogi służbowej. Wachmana w drzwiach informujemy że chcemy się widzieć z redaktorem od prozy polskiej, jeśli jest nieobecny, z sekretarzem redakcji, sekretarką, tylko w ostateczności wręczamy manuskrypt wachmanowi z prośbą by położył redaktorowi na biurku. Jeśli redakcja znajduje się daleko od naszego miejsca zamieszkania – np. drugim końcu kraju wysyłamy nasz utwór pocztą. Co się z nim dzieje dalej?

        Przed kilku laty gdy jeszcze istniało czasopismo Fenix pełniłem w nim zaszczytną funkcję człowieka zajmującego się obsługą korespondencji. Do moich zadań należało czytanie listów początkujących grafomanów, o pardon, twórców, studiowanie dołączonych do listów opowiadań, oraz pisanie z tego wyciągów dla redaktora naczelnego. Z grubsza rola sprowadzała się wyszukiwania w zalewie makulatury tekstów nadających się do druku. Robota miała swój urok, bowiem przy okazji poznałem szereg naprawdę wstrząsających płodów ludzkiej myśli... Zacznijmy zatem od listów, potem omówimy sobie kilka przykładów natchnionych tekstów...

        Jeśli zdecydujemy się wysyłać gdzieś nasz tekst, obojętne czy drogą elektroniczną, czy tradycyjnie, w kopercie, warto dołączyć do niego świstek papieru lub kilka bitów informacji po co właściwie wysyłamy... Pierwszym generalnym błędem jest złe zaadresowanie listu. Większość zaczyna się od słów “Szanowni Państwo”, ewentualnie bardziej odkrywczo “Hej Redaktorzy” (najemnicy, kolesie, panowie, mordercy, mistrzowie etc., etc.). To pierwsze potknięcie. List do redakcji kierujemy i adresujemy do redaktora naczelnego lub redaktora zajmującego się prozą polską. (Jego nazwisko bierzemy sobie ze stopki redakcyjnej). Pisać trzeba w miarę zwięźle. Kluczem do sukcesu jest unikanie kilku typowych potknięć. A zatem nie piszemy że:

1) napisaliśmy ten tekst wiele lat temu, jak byliśmy młodzi i jeszcze nie umieliśmy za dobrze pisać – wysyłanie młodzieńczych bazgrołów bez ich napisania od nowa i starannej redakcji mija się z celem. Jeśli chcemy żeby nam to opublikowano musimy napisać najlepiej jak umiemy i doszlifować wszystko co tylko się da doszlifować. Nie wysyłamy czegoś co leżało w szufladzie i miesiącami porastało kurzem. Wysyłamy coś nad czym popracowaliśmy przed wysłaniem.

2) Mamy jeszcze w szufladzie znacznie lepsze kawałki. Reakcja redaktora jest natychmiastowa. Spadaj palancie, przyślij te lepsze. Po go głowę zawracasz, dawaj najlepsze co masz.

3) Napisaliśmy jeszcze kilka tekstów które wysłaliśmy do konkurencji. To także doprowadzi czytającego do szewskiej pasji. Lepsze dla konkurencji dla nas odpadki? A niedoczekanie twoje drogi autorze, niech cię wydaje konkurencja.

4) umiemy napisać lepiej – jak umiecie to udowodnijcie, a na razie nie będziemy tego czytać. .

Czytając stosy listów zauważyłem pewną prawidłowość. Dobre teksty zazwyczaj opatrzone były krótkimi i zwięzłymi listami. Teksty słabe - w epistoły pełne ozdobników. Tu problem kolejny. Redakcje zazwyczaj stosują jedną stawkę – wierszówkę – określoną kwotę którą płacą za stronę tekstu i jeśli człowiek nie nazywa się Sapkowski to nie zdoła wydrzeć więcej niż wierszówka wynosi (nawet mi się nie udało...). W przypadku dobrych tekstów autor podawał zazwyczaj adres zwrotny, czasem numer telefonu – poczta elektroniczna była jeszcze w powijakach. Autorzy tekstów słabych załączali wszystkie swoje dane osobowe – niezbędne ich zdaniem do sporządzenia umowy. Autorzy najsłabszych dodawali numery kont bankowych, na które należy przelać honoraria. Autorzy tych zupełnie dennych podawali numery kont i wysokość kwot które należało ich zdaniem przesłać za prawa publikacji ich wypocin.

Od tej reguły w zasadzie nie ma wyjątków toteż widok pełnych danych i numer konta u większości redaktorów wywoła z miejsca odruch wymiotny, lub przypływ paniki... A nie o to przecież chodzi. Zostawmy problem listów i przejdźmy do natchnionych dzieł do nich załączonych.

Jaki powinien być idealny wydruk? Od czasów gdy obowiązywało składanie utworów w postaci tego co wystukało się pracowicie na maszynie utarł się zwyczaj by zachować standard tak zwanego znormalizowanego maszynopisu. Co to oznacza? Na stronie powinno być 30 linijek po 60 znaków. Wydruk powinien być jednostronny. Strony musza być ponumerowane. Na pierwszej stronie umieszczamy swoje imię i nazwisko. Obok namiary – adres, mail, numer telefonu. Dane te warto powtórzyć na ostatniej stronie – pod tekstem. (bywa i tak że pierwsza strona ulega zgubieniu). Czcionka powinna być czytelna, prosta i miła w czytaniu (np. times new roman ce). Unikać należy jak ognia wszelkich ozdobnych. Należy pamiętać o wcięciach akapitów i przy dialogach. Jeśli nie rozumiecie o co chodzi obejrzyjcie sobie stronę z książki i postarajcie się odtworzyć jej układ...

Maszynopis nie powinien nosić ręcznych poprawek, śladów czytania przez poprzednich redaktorów, młodsze rodzeństwo, w wannie czy w kiblu. Powinien być dziewiczo czysty – wydrukowany specjalnie na ta okazję specjalnie dla tego redaktora. Innymi słowy musi być ładny optycznie.

Bardzo złe wrażenie robią błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Rękopisy w ogóle nie są czytane.

Co do treści, cóż... z reguły 90% powstających utworów nie nadaje się do niczego. Statystyka jest tu nieubłagana. Na dziesięć tekstów spływających do Fenixa do druku nadawał się jeden Nadawał, ale nie zawsze był publikowany! Standardową praktyką stosowaną np. w redakcji “Fantastyki” jest układanie tekstów na stosik. Te które spełniają kryteria drukowalności gromadzone są w piramidkę. Najlepsze trafiają na górę. Średnie wtyka się w środek. Najgorsze – ale jeszcze nadające się do druku podkłada się pod spód. Przy kompletowaniu zawartości numerów zawsze bierze się teksty od góry – najlepsze. Długa posucha sprawia że warstwa najlepszych kończy się odsłaniając warstwę gorszych. Te najsłabsze z dna stosu nie mają w zasadzie większych szans na druk. Te które nie zakwalifikowały się na stosik trafiają do kosza i wracają do czytelnika wyłącznie w postaci papieru toaletowego.

Standardową praktyką redakcji jest nawiązywanie kontaktu jedynie z autorami których teksty zakwalifikowano do publikacji. Jeśli redakcja nie udzieli odpowiedzi w ciągu miesiąca można zadzwonić i się dopytać. Redakcja odrzuconych tekstów nie odsyła, nie opatruje komentarzami, nie podaje decyzji dlaczego zostały odrzucone, ani co można by poprawić... Polityka to moim zdaniem bzdurna – gdyż czasem trafiały się nam w poczcie teksty które miały niezły pomysł, tylko napisane były nieco nieporadnie. Wyeliminowanie błędów było możliwe, jednak redaktorzy woleli pracować nad tekstami od razu dobrymi. Cóż, nie ja tam byłem naczelnym, moje rady ignorowano.

        Jakie pierdoły trafiają w ręce redaktorów? W czasie mojego kilkumiesięcznego urzędowania trafiło mi się kilka takich kwiatków że głowa mała. Na przykład: opowiadanko bodaj pod tytułem “Przygody fajnego faceta w fajnym kraju”. Tekst zaczynał się od brzydkiego wyrazu na “k”. Mimo iż jest to wyraz rodzaju żeńskiego stanowił imię głównego bohatera(!). A więc tenże k*** budzi się na kacu w zdemolowanym pokoju, a potem idzie przez miasto demolując nie wiadomo po co napotkane sprzęty a na zakończenie wycieczki wymiotuje do kiosku. Inspirujące, prawda? Ciekawe swoją drogą po co to przesłano akurat do Fenixa bo w tekście nie było ani grama fantastyki.

        Inny kwiatek poraził mnie głębią niewiedzy historycznej. Oto dwaj “partyzanci” w stylu iście filmowym skaczą z gałęzi na przejeżdżających pod drzewem Krzyżaków i rozszczepiają ich zręcznie ...krzemiennymi siekierami(!!!). No cóż wprawdzie na studiach uczyłem się ze epoka brązu zaczyna się na naszych ok. 1800 roku p.n.e. ale widać trafiła się jakaś zapóźniona o 3600 lat osada...

Następny wstrząsający utwór zaczynał się sceną od której opadła mi szczęka. Król Popiel wypija szklankę wódki i przykłada rozpalone czoło do szyby w oknie... Co mi się tu nie spodobało? Po pierwsze wódka – dotrzeć mogła na nasze ziemie wraz z zakonnikami najwcześniej w XI wieku. Po drugie szklanka – najstarsza – “szklanka nyska św. Jadwigi” została przywieziona przez jej ojca z wyprawy krzyżowej i była tak wspaniałym przedmiotem, że ofiarowana w XIII wieku klasztorowi w Nysie została a miejsca, po dodaniu srebrnej oprawy, przerobiona na kielich mszalny... (a wygląda jak szklanka po nutelii mniej więcej). Trzecim detalem nie pasującym do epoki była szyba w oknie. Wenecjanie jako pierwsi zaczęli robić szkło taflowe. Było to w XV wieku. Do nas dotarło dwa stulecia później...

Tego typu błędy powodują oczywiście natychmiastową dyskwalifikację tekstu. A zatem drodzy czytelnicy przed podjęciem decyzji wysyłać czy nie wysyłać – warto się chwilę zastanowić a może i pewne szczegóły sprawdzić w uczonych księgach...

Piszemy Bestsellera cz. II

W poprzednim odcinku roztoczyłem przed Wami, drodzy przyszli pisarze, ponurą wizję tragicznego losu waszych rękopisów. Wizja te nie byłaby pełna gdybym pominął problem redaktora. A zatem kto to taki? Z Waszego punktu widzenia redaktor to koleś który weźmie do ręki Wasze dzieło i skrzywiwszy się po przeczytaniu siepnie je do kosza. Jednak jeśli nie stać Was na założenie własnej gazety celem publikacji swoich utworów jesteście skazani na kontakty z takimi typkami. Nie ważne co piszecie, czy są to artykuły do gazet, felietony, opowiadania czy powieści – zawsze traficie na redaktora.

Skąd biorą się redaktorzy? Przeważnie z przypadku. Trafiłem w życiu na kilku różnych. Byli wśród nich niedoszły biolog, technik urządzeń chłodniczych, dentysta, świadek Jehowy, grafik komputerowy, artysta od sztuki nowoczesnej, były tłumacz, technolog żywności, magister archeologii... – jak widać aby zostać redaktorem nie jest konieczne specjalne wykształcenie. Od razu zaznaczę że wśród wyżej wymienionych trafili się zarówno fachowcy jak i totalni partacze. Jak odróżnić fachowca od partacza? Fachowiec umie ocenić i zredagować tekst, partaczowi wydaje się ze umie.

Redakcji tekstu nie można się nauczyć w zasadzie nigdzie. Podstawy poznałem w czasie warsztatów organizowanych przed laty przez “Klub Tfurców”. To była jednak tylko pewna ogólna podstawa. Dalsze umiejętności zdobyłem dokonując szczegółowej analizy gramatycznej różnych rodzajów błędów językowych. Przypuszczać należy że redaktorzy którzy cośkolwiek wiedzą o tej robocie kształcą się systemem cechowym – starsi i bardziej doświadczeni szkolą swoich uczniów – zachowując atoli dla siebie najważniejsze sekrety fachu, co sprawia że uczniowie nie są w stanie zagrozić w przyszłości ich pozycji.

Partacze nie uczą się wcale, wydaje im się że wiedza wyniesiona z liceum wystarczy. Ano niestety nie wystarczy. Gramatyki uczy się u nas w sposób kompletnie skandaliczny – zmuszając uczniów do kucia formułek i odwalania głupich ćwiczeń, zamiast położyć nacisk na rozumienie zasad i umiejętność ich zastosowania. Kilka zagadnień z dziedziny wyższej gramatyki postaram się Wam przybliżyć w przyszłości.

Najgorszym rodzajem redaktora na jakiego możecie trafić jest niespełniony pisarz. Gość godzinami zastanawia się nad tym dlaczego nie jest w stanie nic spłodzić. Po kilku latach takich rozmyślań staje się zgorzkniały i cyniczny. Kontaktując się nim narażamy się na to że z dziką radochą uwali nasz tekst tylko dlatego że napisaliśmy go nieźle – lepiej niż on sam by potrafił. Oczywiście prawdziwy “Wielki Redaktor” nie uwala tekstów od tak, on musi znaleźć sobie powód. Tu nie wystarczy sama nienawiść do nas – trzeba ją podbudować odpowiednim uzasadnieniem.

A zatem redaktor taki będzie z ołówkiem w ręce liczył ile mamy znaków w linijce i ile linijek na stronie. Z satysfakcję będzie zaznaczał gdzie zapomnieliśmy postawić przecinka po czym odrzuci tekst z uwagi na “rażące niedoróbki formy”. Dla niego natrafienie w naszym tekście na literówkę jest jak wydłubanie z muszli dorodnej perły, a każdy błąd ortograficzny, niczym piękny diament znaleziony po wielu dniach pracy. Człowiek taki będzie analizował tekst pod kontem jego odrzucenia. Teraz rozumiecie dlaczego tyle miejsca poświeciłem w poprzednim felietonie na wbicie wam do głów jak powinien wyglądać dobry maszynopis? Tego typu sukinsynowi nie możemy dać żadnej formalnej okazji do uwalenia z miejsca naszego tekstu. Większość redaktorów oceniających opowiadania jest w porządku, jednak ostrożność i tu nie zawadzi.

Praca redakcji zazwyczaj wygląda następująco: Na czele stoi redaktor naczelny. Czasem jednocześnie pełni funkcje redaktora prozy polskiej. Podlega mu redaktor graficzny – który zajmuje się obrazkami (on na nie interesuje, chyba że uprze się by dać jakieś bazgroły jako ilustracje naszego tekstu), oraz sekretarz redakcji. Redakcja zazwyczaj liczy od dwu do 5 osób, do przeszłości odeszły kilkunastoosobowe składy...

A zatem redaktorski grzech główny – lenistwo. Lenistwo naczelnego sprawia że całość działa bardzo niemrawo. Człowiek który sam przeżywa życie w półśnie nie jest w stanie zdopingować podwładnych do roboty. Rozmamłanie faceta od prozy polskiej powoduje że nasz tekst może zostać przeczytany po tygodniu od nadesłania, lub po miesiącu. Bywa że wcale nie zostanie przeczytany. Jeśli słodka błogość nieróbstwa dotknie sekretarza redakcji sytuacja jest tragiczna – gdyż to od tego gościa zależy czy i kiedy dostaniemy naszą forsę...

Leniwy redaktor nie zechce nic poprawiać, wyrzuci nasz utwór do kosza. O ile frustrata ciężko pokonać, o tyle rozanielonego można przeskoczyć dość łatwo. Wystarczy napisać na tyle dobrze by przełożył tekst na kupkę tych do wydania i zapadł w dalszą drzemkę...

Niekiedy lenistwo redaktorów powoduje skutki zgoła dramatyczne. Na przykład w pewnym wiodącym wydawnictwie naszej branży spiętrzył się stos około stu(!!!) maszynopisów nadesłanych powieści. Stos ten narasta od lat. Tworzą go głównie maszynopisy debiutantów, w tym jeden – 700 stron autorstwa niżej podpisanego... Tekst ten złożyłem bodaj w 1998 roku. Do dziś dzień nie został przeczytany i pewnie nie zostanie bo z dobrze poinformowanych źródeł wiem że z racji grubości został użyty do podparcia konstrukcji regału...

Inną wadą redaktorów jest bałaganiarstwo. Redaktor potrafi zgubić wszystko. Nasze dane, nasz tekst, nasze umowy, nawet nasze honoraria. Tu na marginesie uwaga psychologiczna. Chaos panujący na biurku i w otoczeniu redaktora zazwyczaj jest dokładnym odbiciem stanu jego myśli. Ludzie zorganizowani utrzymują wokół siebie porządek i z reguły nie gubią ważnych papierów...

Wspominałem poprzednio o podpisywaniu maszynopisów z obu stron. W pewnej redakcji widziałem niezły stosik tekstów które w zasadzie kwalifikowały się do druku, ale podpisane zostały jedynie imieniem i nazwiskiem. Autor dane pozwalające na nawiązanie kontaktu zawarł w liście lub umieścił na kopercie – i niestety zostały one zagubione w redakcyjnym bałaganie.

Ponadto redaktorzy posiadają swoje specyficzne narowy. Po prostu pewna tematyka im się podoba inna nie. Jak poznać gust takiego typa? Ano analizując co też dopuścił do druku. Oczywiście dużo ciekawsze byłoby zbadanie czego nie dopuścił – ale to niestety w naszych warunkach jest niewykonalne. (chyba że wiemy do którego zasobnika z makulaturą trafiają odrzucone przez redakcję maszynopisy). Miejscem gdzie możemy dokonać rozpoznania redaktora są konwenty miłośników fantastyki. Warto wybrać się na spotkanie z redakcją i posłuchać o czym i w jaki sposób będą mówili zaproszeni redaktorzy.

W zasadzie na konwentach nie należy wręczać im swoich maszynopisów. Wysoce prawdopodobne jest że zostaną one zgubione. Cóż impreza taka trwa kilka dni i kilka nocy, częste zmiany knajp... Jeden z redaktorów zgubił nawet komplet kart kredytowych, więc maszynopis lepiej wręczać w budynku redakcji. W żmudnym procesie poznawania narowów redaktora ważne może okazać się zasięgnięcie opinii u autorów którzy już coś w danym piśmie puścili. Starszy kolega po piórze może być kopalnią ciekawych informacji, zwłaszcza jeśli postawimy mu piwo i pociągniemy za jezyk. Dowiemy się wówczas rozmaitych rzeczy które pozwolą nam starannie zaplanować strategię.

Pośród cech charakteru redaktorów warto wymieć jeszcze jedną – zaborczość. Bywa i tak, że po szczęśliwym debiucie redaktor uzna nas za swoja wyłączną własność i alergicznie będzie reagował na próby publikacji gdzie indziej. Tak było w przypadku pewnego autora. Złożył w wydawnictwie dwa maszynopisy – powieści i zbioru opowiadań. Zbiór został odrzucony z wstrętem powieść skierowana “do produkcji”. Autor nie przejmując się odmową zaniósł opowiadania do konkurencji gdzie zostały przyjęte przychylnie i oddane szybko do druku. Niebawem ukazały się w postaci sympatycznej książeczki. Na wieść o tym, pierwszy wydawca wpadł w szał i nie wydaną jeszcze powieść wykreślił z grafiku. Autor nie zrażony pokazał mu figę i udał się tam gdzie wydali jego powiadania. Niestety redaktorom powieść się nie spodobała i niestety musiało minąć coś ze cztery lata zanim wreszcie doczekała się publikacji jeszcze gdzie indziej. Mamy tu więc zaborczość połączoną z mściwością...

W przypadku czasopism nie jest to aż tak ostro, choć pamiętam, że jako autor “ze stajni” Fenixa do redakcji “Fantastyki” po raz pierwszy szedłem z duszą na ramieniu... Z przypadkami zaborczości nie spotkałem się w aż tak ostrej formie, choć z redaktorem Grzędowiczem miałem umowę że opowiadania o Wędrowyczu puszczam tylko u niego. Dopiero gdy pokłóciliśmy się o honoraria (konkretnie poszło nie o wysokość tylko dlaczego z czteromiesięcznym poślizgiem) tytułem ostrzeżenia puściłem jeden tekst o Jakubie w “Magii i Mieczu”.

Najłagodniejszą formą tego narowu jest dumne głoszenie wszem i wobec że autor debiutował właśnie w piśmie kierowanym przez danego redaktora, lub że “debiutował u konkurencji ale te naprawdę wartościowe teksty poszły u mnie”. Albo “coś tam chałturzył w tych fanzinach a ja go nauczyłem pisać”...

W przypadku wydawnictw książkowych umowa na wyłączność lub pierwokup jest usprawiedliwiona jeśli wydawca inwestuje w reklamę i promocję autora.

I wreszcie na zakończenie. Jak poznać dobrego redaktora? Taki koleś zaprosi nas do redakcji pokaże nam nasz maszynopis tu i ówdzie pokreślony na czerwono a potem wyjaśni nam szczegółowo jakie kropnęliśmy błędy i jak należy je skorygować... Prawdziwy redaktor powinien być nie tylko fachowcem w swoim fachu ale także porządnym i życzliwym człowiekiem. Niewielu dziś takich ale trzeba szukać.

Piszemy Bestselera cz. 3

W dzisiejszym odcinku postaram się napisać wreszcie coś na temat – czyli jak zabrać się do pisania. Pierwszym i najważniejszym elementem naszej prozy jest Bohater. Tego etapu nie przeskoczymy choćbyśmy się z kichali. Dobrze wymyślony – wyciągnie nam utwor uratuje nawet w przypadku niedoróbek fabuły (za dowód może posłużyć cała niemal moja proza ;-P). dal odmiany kiepski bohater położy nam opowiadanie lub książkę na amen. I nie pomoże najgenialniejsza fabuła...

Jeśli przywołujemy na myśl najwybitniejsze dzieła literackie w każdym znajdujemy wyraźnie zarysowana postać, Conana, Wiedźmina, Hannibla Lectera etc. A zatem garść rad.

        Istniej coś co fachowo nazywa się targentem – to grupa docelowa czytelników, czyli kolesie i koleżanki którzy będą czytali to co naskrobiemy. Jeśli piszemy powieść dla młodzieży robimy to nieco inaczej niż gdybyśmy kierowali ją do dorosłych. Jeśli piszemy dla dziewcząt – oczywiście będzie inna niż dla chłopców etc. Nasz bohater powinien zasadniczo być w wieku potencjalnego odbiorcy. Dlaczego? Ano głównie dlatego że przygody rówieśnika przeżywamy najmocniej. Identyfikujemy się z nim, z jego problemami. Bardzo ładnie zrobił to Niziurski w “Księdze Urwisów”. Mamy tam grupe chłopców bardzo niejednolitą wiekowo. Są w niej trzecioklasiści i siódmoklasiści... to pozwala rozciągnąć targent szerzej na grupę w wieku 9-14 lat.

        Metodę tę twórczo rozwinął Nienacki tworząc postać Pana Samochodzika. Mamy tu wybitnego fachowca którego z reguły otacza masa bachorów – “przypadkiem” w wieku potencjalnych czytelników. Dużo gorsze są tu powieści np. Alfreda Szklarskiego z cyklu o przygodach Tomka Wilmowskiego – za szybko sukinsyn dorósł...

        Oczywiście czytelnik polubi bohatera lub nie polubi. Tu znowu kilka ciekawych trików. Bohaterowi warto na dzień dobry dać kopa w zad żeby się nogami nakrył. Wdeptać w ziemię i przydusić. Potem dopiero stopniowo poprawiać mu los. Ładnie to pokazał Marek S. Huberath choćby w opowiadaniu “Kara Większa”. Gdy gnębimy naszą postać czytelnik zaczyna jej współczuć. Dla odmiany jeśli opiszemy przygody supermana któremu wszystko idzie jak z płatka w efekcie uzyskamy coś na kształt cyklu o przygodach “Dzikiej Mrówki” wydawanego w połowie lat osiemdziesiątych a dziś kompletnie już zapomnianego. Dzika Mrówka był synem marynarza, dziwnym trafem władza ludowa dawała mu paszport by z kumplami płetwonurkami powłóczył się a to po Jugosławii a to po Andach. Rzygać się chciało – tak mu wszystko szło jak z płatka. W efekcie minęło 15 lat i książki te zostały równo zapomniane. Po prostu bohatera zbyt trudno było polubić. A zatem zagrajmy na współczuciu czytelnika. I kopmy naszego frajera w tylną część ciała. Im częściej i mocniej, tym lepiej.

        Trik kolejny równie prosty. Sam bohater to nie wszystko. Należy dostarczyć mu świat w którym będzie funkcjonował. Im świat będzie ciekawszy tym lepiej. Oczywiście każdy początkujący autor fantasy zaczyna od wyrysowania mapki, ponazywania ziem, czasem nawet na mapce się kończy. Tolkien, Sapkowski i Kres osiągnęli wielkość nie dlatego że rysowali sobie mapki ale dlatego że potrafili zbudować w swojej wyobraźni kompletne światy, istniejące zarówno na płaszczyźnie świadomości jak i podświadomości czytelnika. Mi osobiście kreowanie od podstaw jakichś krain wydało się zadaniem ponad moje siły – dlatego wziąłem krainę realnie istniejącą i odrobinę wykoślawiłem jej opis... Jakub żyje sobie na Lubelszczyźnie, która jest odrobinę bardziej malownicza niż ta realna. Osadzanie akcji opowiadania czy powieści w innych epokach historycznych niesie ze sobą ryzyko pewnych błędów – co sygnalizowałem już wcześniej. Z tym trzeba naprawdę uważać. Szerzej o kreacji epok zamierzchłych – w jednym z kolejnych odcinków. Kończąc temat daję następującą radę: świat wokół bohatera musi być po pierwsze kompletny, po drugie ciekawy. Czytelnik widzi go oczyma naszej wyobraźni. Pamiętajmy by coś kryło się w cieniu, niedopowiedziane – jak u Kresa czarty gatunek istot inteligentnych który z tego co wiem był parę razy sygnalizowany ale jeszcze się nie objawił.

        Oczywiście ciekawe otoczenie to nie wszystko. Postać nasza musi w nim funkcjonować – najlepiej zajmując się jakąś ciekawą działalnością. Tu znowu odwołam się do mojego bohatera. Jakub Wędrowycz jest wprawdzie dużo starszy od czytelnika ale intelektualnie z racji zacofania technicznego stoi bardzo nisko – w wielu sprawach jego poczynania są iście dziecinne. Otoczenie ma całkiem niezłe – tu bimbrownia tam skład partyzanckiej amunicji tu bimbrociąg przez granicę... Do tego wszystkiego dołożyłem mu parę kopniaków od losu (aczkolwiek trzeba było mocniej) i dałem ciekawą robotę.

        Kolejnym chwytem jaki stosujemy jest wyposażenie bohatera w wady. Popatrzmy na znany powszechnie komiks o Kajku i Kokoszu. Kajko jest strasznie papierowy, odważny uczciwy do przesady, waleczny i sprytny. Papierowy, nieprawdizwy. Kokosz podobał mi się bardziej. Jest gruby, głupszy od kumpla, lubi żreć i ma przez to kupę kłopotów. Jest dużo bardziej prawdziwy. Jeśli opiszemy anioła pozbawionego wad pozbawimy go także życia. Komu się zechce czytać o tak świetlanej postaci? Kilka drobnych przywar wystarczy by dodać mu smaku, jak szczypta soli zmienia smak talerza zupy. Jakub akurat składa się głównie z wad – ale to akurat w tym przypadku nie jest dobry przykład. Więcej Kokoszy, mniej Kajków.

        Oczywiście tu uwaga naczelna – bohater musi wiedzieć dokąd idzie. Bardziej szczegółowo omówię to w przyszłości tu tylko zaznaczę. Nasza postać musi realizować jakieś zadanie albo szukać możliwości jego realizacji. W przypadku Pana Samochodzika bohaterowie szukają skarbów, lub wydzierają je konkurencji. U Szklarskiego łowią rzadkie gatunki zwierząt. Pierwsze powieści są lepsze, wyżej określono w nich stawkę a tym samym działaniu bohaterów został nadany dogłębny sens.

        Jeszcze jedna uwagą – niby oczywista a jednak ważną. Czytelnikowi musimy w czytelny sposób zasygnalizować kto jest głównym bohaterem - przeciwnym razie wyjdzie nam coś takiego jak powieść Nikołaja Breszko- Breszkowskiego “Córka wielkiego księcia” – co się człowiek do kogoś przyzwyczai przychodzą bolszewicy i go mordują... Początkowo jest to zabawne ale w trzecim tomie zaczyna nużyć...

        Oczywiście nasza postać nie działa samotnie. Wcześniej czy później pojawia się problem bohaterów drugo- i trzecioplanowych. Oczywiście można stworzyć ich postaci na kilka różnych sposobów. Zacznijmy jednak od określenia ich liczby. Jeśli sięgniemy do powieści Elizy Orzeszkowej “Nad Niemnem” lub do “Pana Tadeusza” natkniemy się na legion rozmaitych typków. Kim są co robią skąd się wzięli niby wiadomo ale snują się ich takie stada że szybko się w tym totalnie gubimy.

        A zatem jeden – dwu bohaterów pierwszoplanowych, do tego powiedzmy do czterech - pięciu – drugoplanowych, reszta to elementy tła. Podczas budowy sceny, zwłaszcza jeśli prowadzony jest dialog nie należy używać więcej niż trójki bohaterów na raz – po prostu czytelnikowi poplącze się co kto mówi. Zasadniczo nie należy mnożyć bohaterów ponad potrzebę.

        Jak ustawiać hierarchię postaci? To bardzo proste. Na wstępie opisujemy dość dokładnie bohatera głównego. “drugi sort” umieszczamy dalej i opisujemy znaczni mniej dokładnie. Bohaterowi głównemu poświęcamy najwięcej miejsca w każdej ze scen w których występuje. Ludzie maja zakodowane że jak coś jest dokładnie omawiane – to znaczy że ważne.

        Warto przyjrzeć się funkcjom bohaterów. Znowu sięgnijmy do klasyki. W Panu Samochodziku mamy oczywiście tytułowego Pana Tomasza oaz towarzyszących mu harcerzy (mówię tu o klasycznych pozycjach Nienackiego a nie tej imitacji którą współtworzę). Pan Samochodzik jest tym który zjadł wszystkie rozumy i szereg rzeczy tłumaczy swoim młodym pomocnikom. Owszem przeżyją rozliczne przygody – ale to on jest tu siłą porządkującą rzeczywistość. Czasem nawet taki geniusz jak on czegoś nie wie – jeśli sięgniemy do tomu “Wyspa złoczyńców” znajdziemy tam archeologów którzy z radością służą mu informacjami.

Wprowadzenie w poczet bohaterów jednej postaci mało kumatej ma dla dzieła zbawienny wpływ. Takiemu osiołkowi wszyscy będą tłumaczyć co bardziej zawiłe kwestie a wraz z nim dowie się też średnio rozgarnięty lub niedouczony czytelnik. Gdzie można to dobrze podejrzeć? Znowu odsyłam do klasyki – książka J. Verna “Tajemnicza Wyspa”. Postaci i relacje miedzy nimi budowane są wedle bardzo przejrzystego schematu.

Na czele piątki rozbitków stoi Inżynier. Wszechstronny geniusz. Wiernie sekunduje mu dziennikarz który przekłada polecenia na zrozumiały język. Bratanek (lub siostrzeniec) dziennikarza jest tym któremu należy tłumaczyć kwestie bardziej zawiłe – przeznaczone dla średnio rozgarniętego czytelnika. Wreszcie na dole hierarchi stoją dwaj robole od czarnej roboty – Marynarz i Murzyn. Ich postaci są niezbędne aby otaczać inżyniera kultem i poprzez nich tłumaczyć pewne rzeczy już kompletnym idiotom. Powieść ta powstała przez 120 laty, ale schemat nadal jest żywy i można go nie tylko wykorzystać ale i twórczo rozwijać.

Sięgnijmy do książkach o przygodach niejakiego Heńka Garncarza (Harrego Pottera jeśli ktoś nie lubi tłumaczeń ;-P). Mamy tu skopiowanie schematu identyfikowalne natychmiast. Jest mało rozgarnięty Harry, któremu podstawowe sprawy świata magii trzeba łopatologicznie tłumaczyć. Zajmuje się tym przeważnie Hagrid, rzadziej Ron Weasley. Rolę inżyniera odgrywa dyrektor tej wesołej szkółki. To on jest tu fontanną mądrości i opoką na której opiera się wszystko. Wraz z Harrym wkraczamy w świat czarodziejów. On zadaje pytania które cisną mam się na usta, on poznaje i eksploruje nowy ląd...

Warto omówić jeszcze jedną kwestię. Bohaterowie zasadniczo dzielą się na pozytywnych i negatywnych. Fabuła opiera się zazwyczaj na walce dobra ze złem, rzadziej na walce zła z jeszcze gorszym złem, do absolutnych curiosów należy przypadek gdy mamy do czynienia z pokojową rywalizacją pozytywnych bohaterów.

Najczęściej mamy więc relacje miedzy naszym bohaterem głównym, a jego antytezą – wrogiem. Wróg przeważnie bywa bardzo inteligentny – czasem wręcz bardziej niż bohater. Starcie tych dwu wyznacza nam oś akcji. Zarówno bohater jak i jego wróg maja swoich przyjaciół wspólników i pomocników. Hierarchię układamy podobnie. Wśród bohaterów pozytywnych jest jeden najważniejszy, wśród negatywnych także najczęściej jeden zostaje namaszczony na wodza prowadzącego spragnione krwi hordy...

W powieściach Nienackego pojawia się jego wróg niejaki Jerzy Batura. Jest ot typek niebezpieczny głownie dzięki temu że jego inteligencja nie ustępuje inteligencji głównego bohatera. Starcie jest bardzo trudne, a efekt końcowy – choć do przewidzenia – to jednak zwycięstwo okupione zostaje wysiłkiem i porażkami.

W przypadku wczesnych powieści Verna wroga w zasadzie nie ma. Bohaterowie zmagają się głownie nieujarzmioną przyrodą, czasem z dzikimi tubylcami traktowanymi jako żywioł. Wrogowie z krwi i kości pojawiają się w utworach późniejszych – przeważnie są to szaleni wynalazcy, lub pozbawieni skrupułów dorobkiewicze.

Od czasów Verna przeszliśmy daleką drogę. Spójrzmy zatem na ten problem na przykładzie dzieł bardziej współczesnych. Zalecałbym tu lekturę “Milczenia Owiec” i “Hannibala” (film skopali niestety totalnie...). W “Milczeniu...” mamy klasyczną sytuację – dobra policjantka walczy z maniakalnym mordercą, doktor Lecter stanowi tu element tła, kontakty z nim to punkty zwrotne dla całej akcji. Nie bierze udziału w starciu dobra ze złem, stoi ponad tym, i z uśmiechem spogląda z boku na starcie dwu sił. W “Hannibalu” sytuacja ulega zmianie. Wykolejony milioner dyszący żądzą zemsty poluje na doktora. Klasyczne starcie zła i jeszcze gorszego zła, pokazane częściowo oczyma Clarise Starling, która tu znajduję się głownie na pozycji obserwatora. Warto sobie do tego zajrzeć i poszukać elementów klasycznej vernowskiej hierarchii i ustawienia ról bohatera.

Hannibal zajmuje stanowisko inżyniera – wie wszystko, policjantka to zagubione dziecko – jej oczyma patrzymy na tę rzeczywistość. Jej przełożony czasem z uśmiechem wyjaśnia że doktorek wcale nie jest taki sprytny za jakiego usiłuje uchodzić – i znajduje proste wyjaśnienia jego paradoksalnych i profetycznych pomysłów...

Skopiowanie tego schematu – a jeszcze lepiej twórcze rozwinięcie go pozwoli nam uzyskać względną zwięzłość akcji bez konieczności stosowania kilkustronicowych przypisów.

       

Andrzej Pilipiuk

Piszemy Bestselera cz. 4.

W dzisiejszym odcinku zajmiemy się problemem psychologii postaci. Bohaterowie naszych dzieł powinni posiadać obok interesującego życia także ciekawe wnętrze. Zastanówmy się zatem jak to osiągnąć.

        Tym co determinuje nasze działanie jest doświadczenie. Działania bohatera wynikają z tego że w przeszłości przytrafiło mu się coś co zmieniło mu kilka połączeń w mózgu. W Milczeniu Owiec naćpany morderca widząc wykluwanie się ćmy z kokonu doszedł do wniosku, że jest w stanie przeobrazić się w kobietę. W moich utworach Jakub działa automatycznie jak człowiek ze wsi. Pojawia się problem, rozwiązuje go przy użyciu dostępnych narzędzi. Czy myśli? Nie ręczyłbym za to. Jednak on też miał w życiu chwile gdy dokonywał wyborów. I te wybory ukształtowały jego osobowość.

        Podobnie działamy my. Rozwiązujemy problemy tak jak nas tego nauczyło nasze życie. W moim opowiadaniu Księżniczka tytułowa bohaterka rozbiera sobie każdy problem po kolei, odnajduje praprzyczynę swoich kłopotów analizuje ją i zaczyna działać. Jest to zachowanie wyuczone. Musiała dawać sobie radę przez ponad 1000 lat życia... W sytuacji dynamicznego zagrożenia – zaatakowana przez dwu dresiarzy działa instynktownie – ale tez w sposób kontrolowany i wyuczony. Bez skrupułów zadaje im obrażenia które definitywnie wyłącza ich z walki na dobre.

        Nasz bohater w przypadku pojawienia się problemu będzie go rozwiązywał tak jak my mu każemy. Dlatego musimy zwrócić baczną uwagę na to by jego działania nie wydały się czytelnikowi niezrozumiałe. Wędrowycz jeśli pojawia się problem wypija słoik bimbru, zagryza pasztetem z kota i z siekierą lub pepeszą w dłoni bierze się do roboty. Gdyby zamiast tego wyciągnął laptopa i połączył się z satelitą – czytelnik może by to nawet i kupił, ale takie rozwiązania sytuacji fabularnej spowodowałoby poważny dysonans. Dlatego że używanie komputera nie mieści się w konwencji tej postaci. To człowiek ze wsi, ukształtowany bardziej przez instynkt niż rozum. Zachowania postaci wypływają więc z ich przeszłości i z wzorców ich osobowości które utrzymujemy w mózgu gdy piszemy.

        Wzorzec musi być konsekwentnie utrzymywany w stanie homeostazy. Trwały, niezmienny lub powoli i świadomie ewoluujący. Opisując czyny bohatera skupiamy się na ułamku jego “życia” – ale cala reszta – może okazać się potrzebna. Jeśli oglądaliście serial nie-brazylijski “nieśmiertelny” – w każdym odcinku bohaterowie przechodzą kilka retrospekcji. Fragmenty ich wspomnień pomagają im się odnaleźć w analogicznej choć odmi