z kuźni
- wtorek, 18, sierpień 2020 22:49
- Andrzej Pilipiuk
W drzwiach zaplecza stanęła Carla. Uśmiechnął się mimowolnie na jej widok.
-Matka pyta czy przyjdziesz na kolację…
-Kiedy? – rzucił okiem na zegarek.
-Za około godzinę. Zrobiła mamyłgę.
-Mam tu jeszcze trochę roboty, ale powinienem zdążyć. Łaciarka zacięła się dziś trzy razy, przypuszczam że na trybach zebrał się nagar no i osie trzeba przesmarować – wyjaśnił widząc jej zaciekawienie.
-Smar gdzieś tam był… - dziewczyna omiotła półki wzrokiem. – Albo w magazynie może…
-Lepsza będzie oliwa zegarmistrzowska. Wyprosiłem od sąsiadów – wyjaśnił.
-To ci chociaż kawy przyniosę…
Odprowadził ją wzrokiem. Gruby warkocz zabawnie podskakiwał na plecach dziewczyny. Ostatnie zadanie tego dnia… Poszukał oliwiarki. Zdemontował obudowę maszyny. Faktycznie mechanizm miał prawo się zacinać. Najpierw kawałkiem szmatki na wykałaczce usunął „błoto” – resztki smarów zmieszane z kurzem, pyłem ulicznym i rozmaitymi brudami.
-Trocin tu tyle jak u stolarza a nie u szewca – mruknął po polsku.
Wróciła Carla. Woń mocnej kawy wypełniła wnętrze. Na spodeczku leżało jeszcze kilka ciasteczek, twardych jak podeszwa ale bardzo smacznych. Podziękował.
-Czym różni się oliwa zegarmistrzowska od takiej której używamy w kuchni? – zagadnęła dziewczyna rozsiadając się na krześle.
-Oliwa kuchenna jest tłoczona bezpośrednio z oliwek. Zegarmistrzowska jest odpowiednio filtrowana, dodaje się też różnych składników by zmniejszyć jej kwaśność i poprawić zdolności penetracyjne - wyjaśnił ostrożnie usuwając zaskorupiały osad. – Dzięki temu łatwiej wnika w niedostępne szczeliny, łatwiej też wsiąka w napotkane złogi i odspaja je od powierzchni metalu. Ale do celów kuchennych już się raczej nie nadaje… Choć może pomóc na zatwardzenie.
Wcisnął stopą pedał i patrzył w skupieniu jak tryby przenoszą napęd na wrzeciono… Nadal coś się zacinało. Wreszcie wypatrzył przyczynę kłopotów. Drobny metalowy wiór blokował zęby. Skąd mógł odpaść? Wydobył go. Pędzelkiem naniósł kroplę oliwy. Maszyneria wyglądała na niemal nową. Puścił raz jeszcze w ruch. Tym razem wszystko chodziło gładko jak w zegarku.
Przymknął oczy. Poczuł zmęczenie, senność człowieka który nie może zasnąć bo obok pracują potężne silniki… Potrząsnął głową. Dziwna wizja minęła. Raz jeszcze wcisnął pedał. Mechanizm działał bez zarzutu.
Co się ze mną dzieje? – zadumał się.
-Jesteś bardzo mądry – pochwaliła dziewczyna.
-Nie jestem, ale mężczyzna powinien znać choć podstawy techniki…
-Przeszkadzam? – zaniepokoiła się.
-Nie przeszkadzasz – opowiedział zgodnie z prawdą.
-Tęsknisz za Wenecją? Byłam tam trzy razy… To piękne i ciekawe miasto.
-Owszem… Każdy tęskni do miejsc gdzie się urodził i wychował. Nawet gdy spotkały go tam różne złe rzeczy…
-Pojedziemy tam kiedyś razem? – zatrzepotała rzęsami. – Pokazałbyś mi różne ciekawe zakątki…
-Yhym… - mruknął wymijająco.
Jest takie polskie słowo które do niej pasuje – pomyślał. – Trzepaczka? Trzepotka? Nie, zaraz… Podobne… - Grzebał przez chwilę w pamięci. - O już wiem „trzpiotka”. Mała wesoła podrywaczka. Za młoda, zbyt dziecinna. Raczej jak młodsza siostra której nigdy nie miałem…
Oczyścił rowek w którym chodził pasek klinowy. Kolejna próba. Tym razem maszyna zdziałała bez zarzutu. Patrzył jak igła uderza w próżnię, podłożył kawałek skóry, założył nitkę. Przeszył na próbę kawałek giemzy. Potem sprawdził jeszcze na ścinakach dwoiny. Ścieg wyszedł równiutki.








